Co widzisz, wielki wieszczu?
Jego serce, zatrzymane na pieśni poprzedniej miłości, chciało trwać w miejscu, w gotowości, ale rozsądek mu mówił, że to nierozsądne. Vasilij miał niebotyczne ilości pieniędzy i zapewne zapory pożarowe, które uchronią jego majątek, jak Warownia czy inne rodowe siedziby. Jeśli nie będzie celem ataków, niby dlaczego miałby spłonąć? Mógł mu mówić o tym, jakie decyzje podejmuje codziennie, ale żadna z nich nie brzmiała wyraźnie krytyką Voldemorta. Ostatecznie, miał inne walki, które wybierał, Morpheus nie mógł go za to winić. Morpheus nie miał wyjścia, bo jego walka przykleiła się do niego wraz z nazwiskiem, ale wiedział, że to wymówka. Po tej nocy i tak by ją podjął, czyż nie krwawili dostatecznie?
Potrzebował zapalić, więc wyjął z kieszeni papierosy i wsadził sobie jednego do ust. Poczuł, jak na bibułce przykleił się popiół i trafił z jego ust na język, cierpki, węglisty posmak ludobójstwa. Zamiast wziąć zapalniczkę, nachylił się nad płonącym parapetem, urwanym połowicznie od okna i od niego odpalił swoje narzędzie autodestrukcji. Po tej nocy już nic mu nie zaszkodzi jeśli chodzi o jego płuca. Zaciągnął się dymem z poczuciem ulgi. Siny dym wymieszał się z czarnym. Nic nie miało już znaczenia.
Co widzisz, niedorobiony proroku?
Widział poświęcenie, które notował. Nazwiska tych, których znał, którzy zatrzymali się, aby pomóc, zapisywał skrzętnie na pergaminie. Widział, że Biblioteka Parkinsonów ocalała, a wraz z nią apartament Anthony'ego, co napawało go odrobiną nadziei. Co prawda godzina była nadal młoda, ale był to ważny dla niego fakt, odrobina chłodnej bryzy na spieczoną skórę. Miał tam świeże ubranie, leki, kilka talii kart i swoich dzienników.
Uniósł w górę wahadełko. Nie był to wahadełko hipnotyzerów, chociaż mogło też do tego służyć. Morpheus zamknął oczy i stanął w miejscu, pozwalając sobie na czucie energii, z jaką przychodziło mu się mierzyć. Niechże poprowadzą go bogowie, przeznaczenie, los, trzecie oko, jakkolwiek ktokolwiek chciał przeprowadzić go przez Horyzontalną. Wahadełko było najpierw spokojne, nieruchome, ściągnięte uziemieniem, a później zaczęło się poruszać, symetryczna, idealne wyważona kukuła pikująca dziobem w dół wskazywała mu drogę, tylko ku czemu?
Zapisywał kolejne zniszczenia, natężenie zniszczeń, rodzaje. Które kamienice zostały zniszczone dłonią rozboju, które były celem popiołów. Zatrzymał się przy spalonej doszczętnie kamienicy Neila. Klatka schodowa, gruzowisko, meble w płomieniach, nie było już czego gasić, niechaj płonie, nie dało się rozróżnić, które rzeczy spadły przez sufit, a które należały do danych mieszkań, wygięte kandelabry od gorąca i kolorowe płomienie od porzuconych eliksirów, których fiolki popękały. Magiczne pióro notowało, a on szedł dalej, zasłaniając nos przed toksycznymi wyziewami.
Starał się nie zatrzymywać, ale zaglądać do zaułków, przyglądać temu, co wcześniej już zauważał. Które miejsca były zaczątkiem pożaru, a które tylko stały się pokarmem dla żywiołu grzechu obżarstwa, z wiecznie pustym żołądkiem, który nie patrzy na to, co przed nim, tylko trawi, trawi, trawi. Pewnie dlatego nie bał się tego ognia. Rzucił niedopałek papierosa w pożar, za siebie, niech się pali, przecież nic już nie zaszkodzi Londynowi, jak jego płucom.
Ogień oczyszcza. Ze złych wspomnień i z dobrych, pozostawia czystą kartę, wielką niewiadomą, pełną żyznego popiołu, czekającą na pierwszy deszcz, aby wypuścić kiełki nowego życia. Szczerze jednak wątpił w łaskawość tego popiołu i samego Londynu, jako miejsce, gdzie może wyrosnąć coś, co nie jest entropią.
Kłócąca się para została zanotowana, tak samo jak ochronione domostwa, łatwo było dostrzec bogaczy i biednych w tej katastrofie, miejsca, gdzie tylko pękały szyby, a gdzie z kamienic pozostawał wrak.
Z ciężkim sercem rozczytywał tabliczki z nazwiskami, spalone i wygięte temperaturą oraz bezimienne posiadlosci. Widział Millie i Heather, lecące jak z pęcherzem, mijały go znajome twarze ale przeważnie takie pół znane-pół nieznane.
— Panie Longbottom, co pan tu robi, proszę uciekać! — zatrzymała go kobieta z wielkim kufrem unoszącym się za nią, osmalona na twarzy i ubraniu. Pani Smithbee pracowała w Departamencie Magicznych Gier i Sportów i bardzo często mijali się w windzie, robiąc sobie przerwę na lunch. Teraz trzymała w jednej ręce różdżkę, w drugiej miotłę. — Jest pan ranny, pomóc panu z teleportacją?
Morpheus pokręcił głową.
— Jestem tu służbowo, proszę uciekać. Ma pani gdzie nocować?
Pani Smithbee przytaknęła, wsiadając na miotłę i unosząc się w górę. Wyjaśniła, że jej matka mieszka ja wybrzeżu w Szkocji, powinna dolecieć rano. Longbottom życzył jej powodzenia, a w swoich dokumentach zapisał jej adres i nazwisko oraz gdzie można jej szukać. Spotkanie trwało kilka sekund, ale wywołało dziwną dziurę w mężczyźnie. Przegrali. Przegrali. To już koniec. Potrząsnął głową, po czym odrzucił loki do tyłu; o ile w ogóle dało się je tak nazwać. Popiół sprawił, że były całe szorstkie, dziwnie sterczały, zauważył też, że kilka kosmków było nadpalonych, kończyły się stopionym kulkami z organicznej materii. Pewnie cały cuchnął spalenizną, tylko już nic nie czuł.
Apatia kolejnych zniszczonych kamienic. Kolejnych numerów. Unikanie podejrzanych osób. Ależ z ciebie tchórz mruczał mu do ucha zbyt znajomy głos, zmieszany z jego sumieniem. Wyjdź, walcz i umrzyj. Zdechnij wreszcie.
Zamiast tego zatrzymał się przed ich kamienicą, która też złapała płomienie, sadzę na ścianach i puste oczodoły. Znał te okna, te rynny, nawet jeżeli od dwudziestu lat zamieszkałe przez innych ludzi. Spalone marzenie, o którym nie planował tak dużo myśleć, ale które było zbyt realne od tej nocy. Wyciągnął rękę do ognia, ale cofnął ją. Nie było sensu karania ognia ogniem, nie zrozumie. Znał ten moment, gdy czas jest dziwnie spokojnie, bo wszyscy już odeszli i jest tylko on i jego gniew. Miał ochotę mu powiedzieć, Złoty Chłopcze, nie zachowuj się, jakbyś był łaskawy. Vasilij może był przez ułamek ich żyć jego, ale nie mógł zachowywać się, jakby go znał. Nie był jedynym, który powoli umierał.
Otrząsnął się z tego. Miał zadanie do wykonania. Koniec. Ugryzł wnętrze policzka, aż poczuł krew i ból. Dobrze.
Splądrowany sklep jubilerski. Mieszkanie Alexandra Mulcibera, poczerniała kamienica. Nie wchodził do środka, ale myślał o tych spiętrzonych książkach, o poprzesuwanych, niedopasowanych meblach, poduszkach. O tym, że wszystko pożerał teraz płomień, że pozostanie z niczym. Taka rzecz prawdziwych wieszczów, utracić wszystko, co mieli, pozostać obdartymi z każdej materialnej właściwości, aby obnażyć przed Bogami ich duszę. Zabrać skórę, naznaczyć ją bliznami i upokorzeniem. Pióro zawahało się i przestało pisać jego myśli, zbyt osobiste, aby znajdowały się w tym spisie. Zwinął rulon i schował bezpiecznie we wewnętrznych częściach ubrania.
Nie miał wchodzić do środka, ale coś go tknęło nieprzyjemnie. Zasłonił usta i nos szmatką i wszedł do budynku, pomimo niebezpieczeństwa i sprawdził każdy pokój po kolei, aby upewnić się, że otumaniony narkotykami Alexander nie zmienił się w ofiarę całopalną. W końcu ucieczka z zadymionych pomieszczeń. Nie było go tam.
Teraz Tessa, musiał sprawdzić, co z antykwariatem. I znów przemykał przez płonące ulice, kilka numerów dalej, starając nie zaplątać się w ogniu i nie myśleć o tym, że jesień przyszła tego roku szybciej.
Przewagi:
Tajemne Runy (I): zapisywanie notatek runami
Wróżbiarstwo (III): wahadełko
Zwady:
Słabe płuca (I)
Uzależnienie (I): papierosy