22.06.2025, 09:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.11.2025, 22:38 przez Rodolphus Lestrange.)
Krążył wśród popiołu, ognia i ruin niczym sęp szukający swojej ofiary. Z tym, że sępy żywiły się padliną i słabymi osobnikami, a on szukał tych silnych i żywych, w pełni sił. Krążył jednak jak one, nie jak wilk polujący nocą. Krążył szukając kogoś, kogo mógłby skrzywdzić - wzywała go krew, gotująca się w żyłach jak nigdy dotąd. Wiedział, że już niedługo pierwsze promienie słońca oświetlą jego sylwetkę, odzianą w długą czarną szatę i odbiją się od maski, ukrywającą jego tożsamość. Wiedział, że powinien zaraz się ewakuować, wrócić do domu i wziąć gorący, porządny prysznic, żeby móc bez położenia się do łóżka wrócić do Ministerstwa, by odegrać jedną z najważniejszych ról w swoim życiu. Ale nie teraz - jeszcze chwilę chciał napawać się skalą zniszczeń, do których się przyczynił.
Przemierzał uliczki Horyzontalnej i już miał skręcić na Nokturn, gdy dostrzegł sylwetkę. Było ich o świcie niewiele, dbał o to by mimo swojego zamiłowania do chaosu usuwać im się z drogi. Również był zmęczony, jego szata była brudna, na masce znajdowała się krew. Ale tej konkretnej sylwetki nie mógł tak po prostu zignorować. Być może i ochronił dom rodzinny Cynthii, ale nie miał żadnej mocy, by chronić ją w chwili, gdy została wezwana do Ministerstwa. Wysłali ją w teren, a może poszła tu sama? To nie było ważne: ważne, że miała dokąd wrócić. I to dzięki niemu. Stał spokojnie, nie chcąc jej wystraszyć - chociaż może powinien? Może powinien wykonać jakikolwiek krok, żeby Cynthia się odwróciła i zaczęła uciekać w bezpieczne miejsce? Bo mimo że Spalona Noc dobiegała końca, to przecież wcale jeszcze nie było bezpiecznie.
Drgnął jednak, bo nie spodziewał się, że kobieta do niego podejdzie. I... Najwyraźniej weźmie za kogoś innego. Pod maską uniósł brwi, zaskoczony. A więc wiedziała... Wiedziała o kimś. I sama nie była w organizacji - jego zmęczony umysł pracował na najwyższych obrotach, próbując połączyć pasujące do siebie kropki. Dlaczego ta kobieta wiedziała o jednym z nich, skoro sama nie przywdziała czarnej szaty i nie włożyła maski? Gdy podeszła z zaciętą miną, jego serce drgnęło. Dawno nie widział takiej determinacji u nikogo, kto stawał oko w oko z wysłannikiem śmierci. Rodolphus lekko przekrzywił głowę, obserwując każdy krok Cynthii, ale wbrew samemu sobie nie zacisnął mocniej palców na różdżce. Czekał, chociaż sam nie wiedział na co.
Uniósł lewą dłoń, gdy Cynthia skończyła mówić. Ale nie po to, by wziąć od niej fiolkę. Dłoń odziana w cienką, czarną rękawiczkę ze skórki musnęła jej palce, by w końcu zamknąć jej własne palce na fiolce. Lekko naparł na jej dłoń, pokazując tym samym, że nie potrzebuje eliksirów.
- Tobie się bardziej przydadzą - nie musiał się obawiać, jego głos był zniekształcony przez maskę. Wiedział, że wzięła go za kogoś innego, bo Flintówna nie miała prawa wiedzieć, że jest jednym ze Śmierciożerców. Nie mógł sobie pozwolić na niepodjęcie tej rękawicy i zagrania w malutkim przedstawieniu, skoro sama zaczęła. - Nic ci nie jest?
Niech zatrzyma tę fiolkę, jej się bardziej przyda. On za to sięgnął do jej włosów, przyklejonych do szyi. Wyglądała brudno, nieidealnie, ale w tej nieidealności było coś, co nie pozwoliło mu tak po prostu odejść.
- Nie skrzywdzili cię? - lekko zaczesał włosy za jej ucho, nie zwracając uwagi na to, że już raz wykonał podobny gest, u siebie w piwnicy w Walii.