23.06.2025, 15:23 ✶
Woody powiązany był z Maddoxem tak średnio, powiedzmy. Gdyby jeszcze dzień wcześniej dostał to kundlisko na wyciągnięcie ręki, to by go świerzbiło jak nieszczęście odwinąć się za ten malowniczy rozpierdol w Rejwachu, którego spierddox narobił. Przetrzepać mu skórę za ów grzech, ale także w imię zasad, przeciwko kurestwu i profilaktycznie, na przyszłość.
To byłoby wczoraj. Teraz nastał poranek po Spalonej Nocy. Woody’ego na tym etapie świerzbiło tylko piekące limo pod okiem i garść oparzeń. Na domiar złego jeden z palców miał w szynie, co nie sprzyjałoby wyprowadzaniu ciosów. Znajdował się w iście żałosnym stanie: obolały jak jasna cholera, straumatyzowany przez ogień. Zmęczenie ciągnęło mu głowę w dół tak, jakby łysa czacha była z ołowiu, a na domiar złego wciąż pławił się głęboko w odmętach rozpaczy po utraceniu w płomieniach małżeńskiego gniazdka, w którym spędził swego czasu z żoną ponad dwadzieścia pięknych lat.
Sponiewierany wrak Woody’ego Tarpaulina — śmierdzący dymem i żywym spirytusem — pół-drzemał teraz, pochrapując, w jednym z boksów na głównej sali Rejwachu. Woody nie potrafiłby w tamtej chwili tak po prostu pójść do łóżka i twardo zasnąć na długie godziny. Obudziła się w nim szaleńcza paranoja: zaraz wrócą, zaraz wszystko zacznie się od nowa, nie wiemy, czy to naprawdę koniec. Postał więc na posterunku, półprzytomny, bo półprzytomny, ale budził się co kilka minut, aby zobaczyć, kto pałęta się po pubie i czy jest na pewno bezpiecznie. Nie wyrzucił stąd rano nikogo, lecz większość ludzi, którzy chronili się w jego lokalu, sama rozpierzchła się z nastaniem świtu w Londyn, aby na własne oczy ujrzeć skalę zniszczeń. Rejwach bardziej niszczycielskiej nocy nie widział chyba w całej swojej wiekowej karierze. Choć ogień oszczędził większość budynku, to brakowało części krzeseł, podłogę zaściełał gęsto dywan potłuczonych szklanic i kuflów. Portrety były dziwnie milczące, duch gdzieś zniknął i tylko gramofon niemrawo wygrywał jakieś smętne melodie w rytm ospałych kroków pojedynczych przybitych ludzi snujących się po barze niczym garstka żywych trupów. Front Rejwachu był liźnięty ogniem, drzwi ledwo się trzymały. Gdy więc zostały z takim rozmachem otwarte, coś w nich trzasnęło, a jeden z zawiasów niebezpiecznie się obluzował w nadpalonej futrynie. Nie domknęły się więc wrota za Faye, zaszurały o podłogę i pozostały na wpół otwarte.
— Pani Łowcza. — W pierwszej chwili Woody jedynie lekko rozchylił zaropiałe, przekrwione oczy. — Co za wejście. Wiem już, kogo wzywać, jak będę potrzebował rozbiórki. — Spróbował zaśmiać się, lecz wyszedł z tego raczej smutny warkot, który zaraz przerodził się w kaszel.
Tarp otworzył w końcu oczy w pełni, westchnął ciężko i podparł się zdrową ręką o blat, żeby pomóc sobie przy wstawaniu. Przyjrzał się dokładniej Travers w czerwonej kreacji. Impet, z jakim weszła, nie sugerował, aby to była jej krew, a i bliższa inspekcja wskazywała na farbę.
— Żywa? Na chodzie? To naprzód. Kogo szukamy? — Nie silił się więcej na żart.
Jego twarz zdradzała zaciętym wyrazem, że była to wyjątkowo niełatwa noc, lecz zachrypnięty głos wciąż miał w sobie jakąś odległą łagodność. Mężczyzna poczłapał do wyjścia, nie zaprzątając sobie nawet głowy zapraszaniem Faye do środka. Po drodze zabrał spod lady zapasowy kapelusz — na tę chwilę jedyną czystą część garderoby. Wyszedłszy na ulicę spojrzał po raz kolejny już na sczerniałą fasadę Rejwachu i nie mógł powstrzymać ciężkiego westchnięcia.
— Nieźle nas urządzili, co? — Nie mówił tylko o swoim przybytku. Ogarnął wzrokiem resztę ulicy Śmiertelnego Nokturnu, która znajdowała się w jeszcze bardziej opłakanym stanie.
!Trauma Ognia
To byłoby wczoraj. Teraz nastał poranek po Spalonej Nocy. Woody’ego na tym etapie świerzbiło tylko piekące limo pod okiem i garść oparzeń. Na domiar złego jeden z palców miał w szynie, co nie sprzyjałoby wyprowadzaniu ciosów. Znajdował się w iście żałosnym stanie: obolały jak jasna cholera, straumatyzowany przez ogień. Zmęczenie ciągnęło mu głowę w dół tak, jakby łysa czacha była z ołowiu, a na domiar złego wciąż pławił się głęboko w odmętach rozpaczy po utraceniu w płomieniach małżeńskiego gniazdka, w którym spędził swego czasu z żoną ponad dwadzieścia pięknych lat.
Sponiewierany wrak Woody’ego Tarpaulina — śmierdzący dymem i żywym spirytusem — pół-drzemał teraz, pochrapując, w jednym z boksów na głównej sali Rejwachu. Woody nie potrafiłby w tamtej chwili tak po prostu pójść do łóżka i twardo zasnąć na długie godziny. Obudziła się w nim szaleńcza paranoja: zaraz wrócą, zaraz wszystko zacznie się od nowa, nie wiemy, czy to naprawdę koniec. Postał więc na posterunku, półprzytomny, bo półprzytomny, ale budził się co kilka minut, aby zobaczyć, kto pałęta się po pubie i czy jest na pewno bezpiecznie. Nie wyrzucił stąd rano nikogo, lecz większość ludzi, którzy chronili się w jego lokalu, sama rozpierzchła się z nastaniem świtu w Londyn, aby na własne oczy ujrzeć skalę zniszczeń. Rejwach bardziej niszczycielskiej nocy nie widział chyba w całej swojej wiekowej karierze. Choć ogień oszczędził większość budynku, to brakowało części krzeseł, podłogę zaściełał gęsto dywan potłuczonych szklanic i kuflów. Portrety były dziwnie milczące, duch gdzieś zniknął i tylko gramofon niemrawo wygrywał jakieś smętne melodie w rytm ospałych kroków pojedynczych przybitych ludzi snujących się po barze niczym garstka żywych trupów. Front Rejwachu był liźnięty ogniem, drzwi ledwo się trzymały. Gdy więc zostały z takim rozmachem otwarte, coś w nich trzasnęło, a jeden z zawiasów niebezpiecznie się obluzował w nadpalonej futrynie. Nie domknęły się więc wrota za Faye, zaszurały o podłogę i pozostały na wpół otwarte.
— Pani Łowcza. — W pierwszej chwili Woody jedynie lekko rozchylił zaropiałe, przekrwione oczy. — Co za wejście. Wiem już, kogo wzywać, jak będę potrzebował rozbiórki. — Spróbował zaśmiać się, lecz wyszedł z tego raczej smutny warkot, który zaraz przerodził się w kaszel.
Tarp otworzył w końcu oczy w pełni, westchnął ciężko i podparł się zdrową ręką o blat, żeby pomóc sobie przy wstawaniu. Przyjrzał się dokładniej Travers w czerwonej kreacji. Impet, z jakim weszła, nie sugerował, aby to była jej krew, a i bliższa inspekcja wskazywała na farbę.
— Żywa? Na chodzie? To naprzód. Kogo szukamy? — Nie silił się więcej na żart.
Jego twarz zdradzała zaciętym wyrazem, że była to wyjątkowo niełatwa noc, lecz zachrypnięty głos wciąż miał w sobie jakąś odległą łagodność. Mężczyzna poczłapał do wyjścia, nie zaprzątając sobie nawet głowy zapraszaniem Faye do środka. Po drodze zabrał spod lady zapasowy kapelusz — na tę chwilę jedyną czystą część garderoby. Wyszedłszy na ulicę spojrzał po raz kolejny już na sczerniałą fasadę Rejwachu i nie mógł powstrzymać ciężkiego westchnięcia.
— Nieźle nas urządzili, co? — Nie mówił tylko o swoim przybytku. Ogarnął wzrokiem resztę ulicy Śmiertelnego Nokturnu, która znajdowała się w jeszcze bardziej opłakanym stanie.
!Trauma Ognia
piw0 to moje paliwo