25.06.2025, 22:41 ✶
Oto i on: Woody przemierzający dziarsko Nokturn w drodze na Podziemne Ścieżki. Choć już tknięty niepokojem, to wciąż jeszcze pełen sił i zacięcia, nieprzewidujący pełnej skali katastrofy. Bo i cóż on do tej pory widział? Czego do tej pory doświadczył? Ot, jakaś czarna smuga sadzy na twarzy i kożuszek popiołu na płaszczu — cały jego dotychczasowy dorobek przykrości, jeśli pominąć mieniący się w oczach i pamięci widok płonących mieszkań Nokturnczyków.
Spodziewał się czarodziej, że może napotkać po drodze jakieś znajome twarze, lecz z pewnością nie myślał o tych twarzach. Zamrugał dwa razy, aby się upewnić, że wśród chmur prochu wzrok go nie zwodzi, lecz osoby stojące przy wyjściu z Wiwerna nie chciały być nikim innym jak Dorą i Thomasem. Oboje byli na pierwszy rzut oka w nastrojach nieszczególnie entuzjastycznych, lecz czyż nie trudno było o cokolwiek innego w tych okolicznościach? On przecież też się nie cieszył.
— A co was tu przywiało? — zaczepił, dopadłszy ich w kilku ciężkich susach, nim zdążyli się oddalić. Realnie go to zastanowiło, lecz nie zamierzał w takiej chwili i takim miejscu wdawać się w szerokie dysputy o tym, czy to odpowiedzialne, aby tu spacerowali. I dlaczego u licha wychodzą od konkurencji? — Nie jest bezpiecznie. To się tu wszystko odpala od tego syfu, klątwa jak się kurwa patrzy. — Złapał na dłoń nieco prochu, coby go odpowiednio zademonstrować. — Na moich oczach się przed chwilą od tego zjarała kamienica przy numerze... — tu został ów numer wymieniony.
Po tym wstępnym pouczeniu dopiero zorientował się, że pociąganie nosem Dory może nie być efektem podrażnienia, lecz czegoś o bardziej niepokojącym podłożu. Spojrzał więc pytająco-karcąco na Thomasa, nie bardzo wiedząc, co to z tym faktem począć. Nie zapyta przecież, czy wszystko w porządku, kiedy ewidentnie nie było…
Spodziewał się czarodziej, że może napotkać po drodze jakieś znajome twarze, lecz z pewnością nie myślał o tych twarzach. Zamrugał dwa razy, aby się upewnić, że wśród chmur prochu wzrok go nie zwodzi, lecz osoby stojące przy wyjściu z Wiwerna nie chciały być nikim innym jak Dorą i Thomasem. Oboje byli na pierwszy rzut oka w nastrojach nieszczególnie entuzjastycznych, lecz czyż nie trudno było o cokolwiek innego w tych okolicznościach? On przecież też się nie cieszył.
— A co was tu przywiało? — zaczepił, dopadłszy ich w kilku ciężkich susach, nim zdążyli się oddalić. Realnie go to zastanowiło, lecz nie zamierzał w takiej chwili i takim miejscu wdawać się w szerokie dysputy o tym, czy to odpowiedzialne, aby tu spacerowali. I dlaczego u licha wychodzą od konkurencji? — Nie jest bezpiecznie. To się tu wszystko odpala od tego syfu, klątwa jak się kurwa patrzy. — Złapał na dłoń nieco prochu, coby go odpowiednio zademonstrować. — Na moich oczach się przed chwilą od tego zjarała kamienica przy numerze... — tu został ów numer wymieniony.
Po tym wstępnym pouczeniu dopiero zorientował się, że pociąganie nosem Dory może nie być efektem podrażnienia, lecz czegoś o bardziej niepokojącym podłożu. Spojrzał więc pytająco-karcąco na Thomasa, nie bardzo wiedząc, co to z tym faktem począć. Nie zapyta przecież, czy wszystko w porządku, kiedy ewidentnie nie było…
piw0 to moje paliwo