27.06.2025, 15:03 ✶
Na żart o kochance Alastor wykrzywił się dziwacznie. Widać było, że ta jego dowcipna i sarkastyczna część chciała się uśmiechnąć i płynąć z tym żartem dalej, ale coś go zablokowało. Tym czymś (nie trzeba się tu przecież było wielce zastanawiać) były niezbyt sprzyjające zabawie okoliczności, które wprawiły go w bardzo charakterystyczny stan, jaki dało się podsumować bardzo prosto – Moody coraz mocniej skupiał się na zadaniu. Nikt nie mógł mu go dać, ale on dał je sobie sam – już marszczył czoło, pogłębiając i tak pokaźną zmarszczkę przy prawej brwi, już wpatrywał się w ulicę wzrokiem tak czujnym, jakby dostrzegał tam coś więcej niż inni.
– Możesz nazwać to kochanką. – Nie zabrzmiało to tak wesoło jak chciał, żeby zabrzmiało. Popiół osiadający mu na gardle uczynił jego głos jeszcze bardziej szorstkim niż zazwyczaj. – Ukrywałem coś przed tobą. – I chociaż oczywiste było, że nie była to inna kobieta, to wciąż było zbyt mocne niedopowiedzenie, aby nie nazwać części ich relacji... fałszywą!
Obserwował, jak blondynka stawia kilka kroków w przód głębokim szoku, samemu dbając w tym momencie o jej bezpieczeństwo. Uważne oczy rozglądały się wokół, nie pozwolił jej też ręką wyjść poza obszar, który mógł dobrze okalać wzrokiem i w razie potrzeby odbić różdżką cokolwiek mogło polecieć w ich kierunku. Co jakiś czas spoglądał w górę – bo z góry i z dołu również dało się zaatakować kogoś, kto śmiał sprzeciwić się tym, którzy uczynili Londyn gorejącym miastem, a jego twarz była znana zamaskowanym oprawcom z Beltane i nie tylko – miał przez to wrażenie, że jego obecność zapewniała Eden zarówno bezpieczeństwo ze względu na jego siłę, jak i niebezpieczeństwo przez wzgląd na podjęte decyzje. I tutaj ktoś zorientowany w miłości mógłby powiedzieć: jakże nierozważnym było wprowadzanie jej w temat Zakonu Feniksa. Wysyłając list do Brenny w przeddzień katastrofy nie wahał się jednak, bo go wychowano na Aurora i na męża, który tym Aurorem był, jest i będzie. Nie było w głowie Moody'ego miejsca na zawahanie się w sprawie Śmierciożerców – można było jedynie objąć właściwą stronę, albo okazać się tchórzem – nie miał tu litości nawet dla swojej ukochanej siostry, chociaż zaprzysiągł chronić ją przed złem tego świata.
Brak reakcji... też był złem.
Nie był tym typem bohatera, który chciał zostać po tym wszystkim zaklętym w marmur i zdobić korytarze Ministerstwa. Dwie deski przybite do pnia drzewa na odludziu i świadomość tego, że zrobił wszystko, co mógł i przekonał każdego, kogo mógł – a Eden nie była słaba.
– Czasami kiedy mówię ci, że odsypiam i nie mogę się spotkać, wciąż pracuję. – Przyznał, kiedy opanowała przynajmniej część emocji, tłumiąc je dokładnie tak, jak powinien zrobić to człowiek dojrzały. Dokładnie tak, jak powinien robić to Auror. Jeszcze mocniej utwierdził się w przekonaniu, że nie popełnia błędu. Zaprzestał sporządzania koślawych notatek w wyciągniętym wcześniej notesie. Pokraczne zapisy mogły wydawać się zabawne, ale nie mógł przecież poświęcić temu pełni swojej uwagi. – Nie dla Aurorów. Zrobili coś innego. Przysięgałem na utratę pamięci, że nikomu nie powiem o tym bez powodu i dotrzymuję tej tajemnicy od kilku lat. Stworzyli podziemną bojówkę poza systemem Ministerstwa, więc wysyłam im dane.
Kilka sekund milczał.
– Spójrz. Nie widzę nikogo w oknie twojego budynku, ale w oknie kamienicy po prawej ktoś się poruszył. Na najwyższym piętrze, po lewej stronie. Powinniśmy przesunąć się bliżej. – Bliżej ognia, bliżej niebezpieczeństwa – ale od razu było po nim widać, że nie zamierza nigdzie uciekać. Właśnie próbował wyczaić najodpowiedniejszy sposób na przesunięcie się w głąb Alei Horyontalnej bez ryzyka, że zielony promień zaklęcia sięgnie ich kiedy tylko wyjrzą zza rogu.
– Możesz nazwać to kochanką. – Nie zabrzmiało to tak wesoło jak chciał, żeby zabrzmiało. Popiół osiadający mu na gardle uczynił jego głos jeszcze bardziej szorstkim niż zazwyczaj. – Ukrywałem coś przed tobą. – I chociaż oczywiste było, że nie była to inna kobieta, to wciąż było zbyt mocne niedopowiedzenie, aby nie nazwać części ich relacji... fałszywą!
Obserwował, jak blondynka stawia kilka kroków w przód głębokim szoku, samemu dbając w tym momencie o jej bezpieczeństwo. Uważne oczy rozglądały się wokół, nie pozwolił jej też ręką wyjść poza obszar, który mógł dobrze okalać wzrokiem i w razie potrzeby odbić różdżką cokolwiek mogło polecieć w ich kierunku. Co jakiś czas spoglądał w górę – bo z góry i z dołu również dało się zaatakować kogoś, kto śmiał sprzeciwić się tym, którzy uczynili Londyn gorejącym miastem, a jego twarz była znana zamaskowanym oprawcom z Beltane i nie tylko – miał przez to wrażenie, że jego obecność zapewniała Eden zarówno bezpieczeństwo ze względu na jego siłę, jak i niebezpieczeństwo przez wzgląd na podjęte decyzje. I tutaj ktoś zorientowany w miłości mógłby powiedzieć: jakże nierozważnym było wprowadzanie jej w temat Zakonu Feniksa. Wysyłając list do Brenny w przeddzień katastrofy nie wahał się jednak, bo go wychowano na Aurora i na męża, który tym Aurorem był, jest i będzie. Nie było w głowie Moody'ego miejsca na zawahanie się w sprawie Śmierciożerców – można było jedynie objąć właściwą stronę, albo okazać się tchórzem – nie miał tu litości nawet dla swojej ukochanej siostry, chociaż zaprzysiągł chronić ją przed złem tego świata.
Brak reakcji... też był złem.
Nie był tym typem bohatera, który chciał zostać po tym wszystkim zaklętym w marmur i zdobić korytarze Ministerstwa. Dwie deski przybite do pnia drzewa na odludziu i świadomość tego, że zrobił wszystko, co mógł i przekonał każdego, kogo mógł – a Eden nie była słaba.
– Czasami kiedy mówię ci, że odsypiam i nie mogę się spotkać, wciąż pracuję. – Przyznał, kiedy opanowała przynajmniej część emocji, tłumiąc je dokładnie tak, jak powinien zrobić to człowiek dojrzały. Dokładnie tak, jak powinien robić to Auror. Jeszcze mocniej utwierdził się w przekonaniu, że nie popełnia błędu. Zaprzestał sporządzania koślawych notatek w wyciągniętym wcześniej notesie. Pokraczne zapisy mogły wydawać się zabawne, ale nie mógł przecież poświęcić temu pełni swojej uwagi. – Nie dla Aurorów. Zrobili coś innego. Przysięgałem na utratę pamięci, że nikomu nie powiem o tym bez powodu i dotrzymuję tej tajemnicy od kilku lat. Stworzyli podziemną bojówkę poza systemem Ministerstwa, więc wysyłam im dane.
Kilka sekund milczał.
– Spójrz. Nie widzę nikogo w oknie twojego budynku, ale w oknie kamienicy po prawej ktoś się poruszył. Na najwyższym piętrze, po lewej stronie. Powinniśmy przesunąć się bliżej. – Bliżej ognia, bliżej niebezpieczeństwa – ale od razu było po nim widać, że nie zamierza nigdzie uciekać. Właśnie próbował wyczaić najodpowiedniejszy sposób na przesunięcie się w głąb Alei Horyontalnej bez ryzyka, że zielony promień zaklęcia sięgnie ich kiedy tylko wyjrzą zza rogu.
fear is the mind-killer.