29.06.2025, 20:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.06.2025, 20:21 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Koniec. Tak. To był koniec. Zdecydowanie. Przynajmniej dla niego. Nie tyle w tym momencie, nie tyle przez emocje, które nim kierowały, co po prostu. Pas. Czara goryczy przelała się w sposób, który w oczach Greengrassa nie pozwalał na dalsze rozważanie czyichkolwiek motywacji. Czy to jego własnych, czy też romulusowych.
Czy zabrzmiało to trochę tak, jakby rozstawał się z dziewczyną? Być może, chociaż sam nie byłby w stanie tego stwierdzić, bo o ironio, gdy przyszło mu zakończyć swoją relację uczuciową, zwinął się wraz z pierwszym światłem mroźnego poranka. Nie było rozmowy, nie padły żadne wielkie bądź dramatyczne deklaracje kierowane do kogokolwiek. Odszedł.
Teraz zresztą też miał to zrobić, więc może rzeczywiście coś w tym było? Tyle tylko, że wtedy to, co robił łamało mu serce na drobne kawałki. Sprawiało, że zupełnie nie był w stanie zebrać słów, jednak wciąż przynajmniej spróbował zmusić się do napisania czegoś w rodzaju wyjaśnień. Marnych, bo marnych. Krótkich, bo krótkich, ale usiłował dać Geraldine coś w rodzaju domknięcia. Nawet, jeśli dla niego to nigdy nie miał być zupełnie zamknięty rozdział.
Nie, to nie był pierwszy raz, gdy z kimkolwiek zrywał. Yaxleyówna była jego pierwszą i jedyną miłością, pierwszą i jedyną osobą, którą całkowicie świadomie i otwarcie nazywał jego. Aczkolwiek bez wątpienia w czasach szkolnych zdarzało mu się plątać w układy, w których koleżanki niemalże od razu zakładały, że mogły uważać go za swoją parę. Raczej szybko wyprowadzał je wtedy z błędu.
Do tamtego pamiętnego momentu na plaży (a może trochę wcześniej?) nie uważał się za stałego w uczuciach. Za osobę faktycznie chcącą budować wieloletnią, długofalową relację. Za mężczyznę, który mógłby chcieć podążyć tą wyjątkowo klasyczną ścieżką. Budować dom, wić gniazdo, cokolwiek w tym rodzaju.
To uległo zmianie. Tak naprawdę sam nie do końca wiedział, kiedy, jednakże był świadomy, czemu. Przez co. Przez kogo, tak właściwie. Nie nastąpiło to od razu, on też potrzebował naprawdę sporo czasu, aby wydorośleć w tym typowym sensie. Czy nudnym? W jego oczach niekoniecznie. Już nie, choć kiedyś bez wątpienia sądził coś zupełnie innego.
A jednak nawet wbrew temu wewnętrznemu uporowi. Mimo ciężkiego charakteru, który on uznawał raczej za stabilność i niechęć do zbyt przerysowanych zmian, których nie potrzebował. Nie dało się nie dostrzec, że przez lata przestał być tym samym człowiekiem, co kiedyś. Zmienił się. W ostatnich miesiącach usiłował powrócić do starych schematów, jednak już do nich nie pasował.
Męczył się. Brnął w to, lecz jednocześnie podświadomie nie był ślepy na to, że przestały do niego pasować. On nie pasował już do nich. Próbował wypierać ten fakt. Usiłował na nowo przestawić się w tamten kawalerski, niepoważny rytm. Towarzyszył swojemu najlepszemu kumplowi w różnorodnych sytuacjach, ale wewnętrznie naprawdę nie czuł, by to było dla niego właściwe.
Być może już wtedy zaczął rozwodzić się z Romulusem? Może wtedy nastąpiły pierwsze wewnętrzne pęknięcia? Jak na siebie, wyjątkowo akceptował styl życia Pottera. Nie usiłował go zmieniać, szczególnie, że...
...no, właśnie. Próbował czerpać z tego inspirację dla własnych zachowań, choć nie zwykł naśladować innych ludzi. Wtedy zresztą też po prostu poszukiwał powodu do tego, aby móc mówić sobie, że dobrze postąpił. Poniekąd po to, by potwierdzać sobie we własnym umyśle, że nie jest właściwym człowiekiem do stylu życia, jaki porzucił. Że jego decyzja miała dodatkowe znaczenie również na tej płaszczyźnie, bo w istocie byli z bratem podobni do siebie.
Tylko...
...czy rzeczywiście byli? Akceptował Romulusa, w końcu wychowali się razem. Ich relacja trwała wiele dekad. Traktowali się jak rodzeństwo, więc wybaczali sobie naprawdę wiele różnych kwestii. Braci się nie traci, tak? A co wtedy, kiedy brat zaczyna zachowywać się jak jedynak? A co wtedy, gdy przedkłada siebie i swoje nieszczęście nad szczęście kogoś, kto powinien być mu bliski?
No właśnie.
Być może to rzeczywiście brzmiało jak zerwanie. Chociaż w oczach Greengrassa to był bardziej pogrzeb. Mowa pożegnalna. Krótka i oszczędna, niezbyt złożona, choć bez wątpienia potrafił wypowiadać się na licznych pogrzebach, jakie odbył. Nawet na tych, na których pojawiał się nadal zupełnie zaskoczony nagłą śmiercią kogoś, kto jeszcze przed chwilą chodził po tym świecie.
Natomiast w tej chwili brakowało mu słów. Nie umiał nazwać tego, co czuł. To było zbyt złożone. Wkurwienie? Nie. To nie do końca było to. Rozczarowanie? Spojrzał na Rinę, gdy podsunęła mu to słowo. Nie musiał smakować go w ustach. Nie tym razem. Wiedział, skąd bierze się ta propozycja, ale nie, nie był rozczarowany. Gdyby wiedziała, co tak właściwie zrobił jego kolega, pewnie byłoby jej łatwiej zrozumieć jego odczucia. Zdawał sobie sprawę z tego faktu, dlatego dostrzegalnie pokręcił głową, po czym bezwiednie nią pokiwał. Potwierdzał sobie to, co zaraz opuściło jego usta.
- Zdrada - dokładnie tak się teraz czuł. - Jakby wbił mi nóż w plecy - to wystarczyło, żeby podjął decyzję, jaka padła z jego strony pod postacią krótkiej deklaracji.
Chwilowo jeszcze zawoalowanej, choć nieświadomie. W swojej głowie jednak brał odpowiedzialność za to, że obrócił się tyłem do Pottera. Chwytał więc ostrze i przekręcał je do końca. Wbijał je głębiej w siebie, aby móc przebić nim także Romulusa. Dla niego to było zadziwiająco jasne. Dla Yaxleyówny? Tak, jego słowa mogły ją zszokować.
- Nie musiał - odparł bez chwili namysłu, bo wcale nie potrzebował myśleć o tym, co może powiedzieć na ten temat; Geraldine miała rację. - Nathaniel jest jaki jest. Mógł bywać zajęty, mógł nie wychować syna - to mogłoby być odpowiedzią i usprawiedliwieniem, gdyby fakt, że ojciec Ambroisa również nie palił się do porzucenia kariery i wychowania syna, toteż Roise po prostu kontynuował - ale wszystko, czego Potter chciał, Potter miał - prosta sprawa, czyż nie?
Tatuś wychował jedynaka. Jedynak znalazł przyjaciół. Przyjaciele uznali go za brata. Tyle tylko, że on chyba podświadomie wcale nie chciał mieć prawdziwego rodzeństwa. Pragnął zjeść ciastko i mieć ciastko. A ojciec zawsze starał się mu to zagwarantować. Greengrass nie próbował tego dalej tolerować. Mógł tylko wyobrażać sobie, w jaki sposób to będzie wyglądać, jednak tego też nie chciał robić.
- Być może - stwierdził, wpatrując się w pupile, które co chwilę pojawiały się i znikały za linią horyzontu.
Szli coraz bardziej pod górę. Słony, wilgotny wiatr wzmagał się. Szum fal był coraz głośniejszy. Chmury raz po raz odsłaniały bladą tarczę księżyca. Nie było pełni, ale w tych momentach noc bez wątpienia stawała się całkiem jasna. Zupełnie tak jak podejmowana decyzja.
- Ale jak dla mnie, Rina - odezwał się po chwili milczenia, mimowolnie ściskając dłoń dziewczyny - on nas sabotował. Nas wszystkich - i choć Merlin mu świadkiem, zdawał sobie sprawę, z czego to może wynikać, w tym momencie zupełnie przestawał tolerować lęki przyjaciela. - Nie zamierzam tego tolerować - tak, chyba nie było prostszego przekazu, prawda?
Wątpił, że Romulus kiedykolwiek się zmieni. Przekroczył granicę. Zbyt mocno, aby Ambroise zamierzał wyciągnąć rękę. Szczególnie, że w żadnym momencie wieczoru, Romy nie próbował nic ratować. Nie. On zemdlał. Ewakuował się z rzeczywistości. Znalazł boczną furtkę z szamba, które sam rozlał. Bawcie się, moi drodzy. A tak nie mogło być. Nie w świecie, w którym wszyscy żyli.
Czy zabrzmiało to trochę tak, jakby rozstawał się z dziewczyną? Być może, chociaż sam nie byłby w stanie tego stwierdzić, bo o ironio, gdy przyszło mu zakończyć swoją relację uczuciową, zwinął się wraz z pierwszym światłem mroźnego poranka. Nie było rozmowy, nie padły żadne wielkie bądź dramatyczne deklaracje kierowane do kogokolwiek. Odszedł.
Teraz zresztą też miał to zrobić, więc może rzeczywiście coś w tym było? Tyle tylko, że wtedy to, co robił łamało mu serce na drobne kawałki. Sprawiało, że zupełnie nie był w stanie zebrać słów, jednak wciąż przynajmniej spróbował zmusić się do napisania czegoś w rodzaju wyjaśnień. Marnych, bo marnych. Krótkich, bo krótkich, ale usiłował dać Geraldine coś w rodzaju domknięcia. Nawet, jeśli dla niego to nigdy nie miał być zupełnie zamknięty rozdział.
Nie, to nie był pierwszy raz, gdy z kimkolwiek zrywał. Yaxleyówna była jego pierwszą i jedyną miłością, pierwszą i jedyną osobą, którą całkowicie świadomie i otwarcie nazywał jego. Aczkolwiek bez wątpienia w czasach szkolnych zdarzało mu się plątać w układy, w których koleżanki niemalże od razu zakładały, że mogły uważać go za swoją parę. Raczej szybko wyprowadzał je wtedy z błędu.
Do tamtego pamiętnego momentu na plaży (a może trochę wcześniej?) nie uważał się za stałego w uczuciach. Za osobę faktycznie chcącą budować wieloletnią, długofalową relację. Za mężczyznę, który mógłby chcieć podążyć tą wyjątkowo klasyczną ścieżką. Budować dom, wić gniazdo, cokolwiek w tym rodzaju.
To uległo zmianie. Tak naprawdę sam nie do końca wiedział, kiedy, jednakże był świadomy, czemu. Przez co. Przez kogo, tak właściwie. Nie nastąpiło to od razu, on też potrzebował naprawdę sporo czasu, aby wydorośleć w tym typowym sensie. Czy nudnym? W jego oczach niekoniecznie. Już nie, choć kiedyś bez wątpienia sądził coś zupełnie innego.
A jednak nawet wbrew temu wewnętrznemu uporowi. Mimo ciężkiego charakteru, który on uznawał raczej za stabilność i niechęć do zbyt przerysowanych zmian, których nie potrzebował. Nie dało się nie dostrzec, że przez lata przestał być tym samym człowiekiem, co kiedyś. Zmienił się. W ostatnich miesiącach usiłował powrócić do starych schematów, jednak już do nich nie pasował.
Męczył się. Brnął w to, lecz jednocześnie podświadomie nie był ślepy na to, że przestały do niego pasować. On nie pasował już do nich. Próbował wypierać ten fakt. Usiłował na nowo przestawić się w tamten kawalerski, niepoważny rytm. Towarzyszył swojemu najlepszemu kumplowi w różnorodnych sytuacjach, ale wewnętrznie naprawdę nie czuł, by to było dla niego właściwe.
Być może już wtedy zaczął rozwodzić się z Romulusem? Może wtedy nastąpiły pierwsze wewnętrzne pęknięcia? Jak na siebie, wyjątkowo akceptował styl życia Pottera. Nie usiłował go zmieniać, szczególnie, że...
...no, właśnie. Próbował czerpać z tego inspirację dla własnych zachowań, choć nie zwykł naśladować innych ludzi. Wtedy zresztą też po prostu poszukiwał powodu do tego, aby móc mówić sobie, że dobrze postąpił. Poniekąd po to, by potwierdzać sobie we własnym umyśle, że nie jest właściwym człowiekiem do stylu życia, jaki porzucił. Że jego decyzja miała dodatkowe znaczenie również na tej płaszczyźnie, bo w istocie byli z bratem podobni do siebie.
Tylko...
...czy rzeczywiście byli? Akceptował Romulusa, w końcu wychowali się razem. Ich relacja trwała wiele dekad. Traktowali się jak rodzeństwo, więc wybaczali sobie naprawdę wiele różnych kwestii. Braci się nie traci, tak? A co wtedy, kiedy brat zaczyna zachowywać się jak jedynak? A co wtedy, gdy przedkłada siebie i swoje nieszczęście nad szczęście kogoś, kto powinien być mu bliski?
No właśnie.
Być może to rzeczywiście brzmiało jak zerwanie. Chociaż w oczach Greengrassa to był bardziej pogrzeb. Mowa pożegnalna. Krótka i oszczędna, niezbyt złożona, choć bez wątpienia potrafił wypowiadać się na licznych pogrzebach, jakie odbył. Nawet na tych, na których pojawiał się nadal zupełnie zaskoczony nagłą śmiercią kogoś, kto jeszcze przed chwilą chodził po tym świecie.
Natomiast w tej chwili brakowało mu słów. Nie umiał nazwać tego, co czuł. To było zbyt złożone. Wkurwienie? Nie. To nie do końca było to. Rozczarowanie? Spojrzał na Rinę, gdy podsunęła mu to słowo. Nie musiał smakować go w ustach. Nie tym razem. Wiedział, skąd bierze się ta propozycja, ale nie, nie był rozczarowany. Gdyby wiedziała, co tak właściwie zrobił jego kolega, pewnie byłoby jej łatwiej zrozumieć jego odczucia. Zdawał sobie sprawę z tego faktu, dlatego dostrzegalnie pokręcił głową, po czym bezwiednie nią pokiwał. Potwierdzał sobie to, co zaraz opuściło jego usta.
- Zdrada - dokładnie tak się teraz czuł. - Jakby wbił mi nóż w plecy - to wystarczyło, żeby podjął decyzję, jaka padła z jego strony pod postacią krótkiej deklaracji.
Chwilowo jeszcze zawoalowanej, choć nieświadomie. W swojej głowie jednak brał odpowiedzialność za to, że obrócił się tyłem do Pottera. Chwytał więc ostrze i przekręcał je do końca. Wbijał je głębiej w siebie, aby móc przebić nim także Romulusa. Dla niego to było zadziwiająco jasne. Dla Yaxleyówny? Tak, jego słowa mogły ją zszokować.
- Nie musiał - odparł bez chwili namysłu, bo wcale nie potrzebował myśleć o tym, co może powiedzieć na ten temat; Geraldine miała rację. - Nathaniel jest jaki jest. Mógł bywać zajęty, mógł nie wychować syna - to mogłoby być odpowiedzią i usprawiedliwieniem, gdyby fakt, że ojciec Ambroisa również nie palił się do porzucenia kariery i wychowania syna, toteż Roise po prostu kontynuował - ale wszystko, czego Potter chciał, Potter miał - prosta sprawa, czyż nie?
Tatuś wychował jedynaka. Jedynak znalazł przyjaciół. Przyjaciele uznali go za brata. Tyle tylko, że on chyba podświadomie wcale nie chciał mieć prawdziwego rodzeństwa. Pragnął zjeść ciastko i mieć ciastko. A ojciec zawsze starał się mu to zagwarantować. Greengrass nie próbował tego dalej tolerować. Mógł tylko wyobrażać sobie, w jaki sposób to będzie wyglądać, jednak tego też nie chciał robić.
- Być może - stwierdził, wpatrując się w pupile, które co chwilę pojawiały się i znikały za linią horyzontu.
Szli coraz bardziej pod górę. Słony, wilgotny wiatr wzmagał się. Szum fal był coraz głośniejszy. Chmury raz po raz odsłaniały bladą tarczę księżyca. Nie było pełni, ale w tych momentach noc bez wątpienia stawała się całkiem jasna. Zupełnie tak jak podejmowana decyzja.
- Ale jak dla mnie, Rina - odezwał się po chwili milczenia, mimowolnie ściskając dłoń dziewczyny - on nas sabotował. Nas wszystkich - i choć Merlin mu świadkiem, zdawał sobie sprawę, z czego to może wynikać, w tym momencie zupełnie przestawał tolerować lęki przyjaciela. - Nie zamierzam tego tolerować - tak, chyba nie było prostszego przekazu, prawda?
Wątpił, że Romulus kiedykolwiek się zmieni. Przekroczył granicę. Zbyt mocno, aby Ambroise zamierzał wyciągnąć rękę. Szczególnie, że w żadnym momencie wieczoru, Romy nie próbował nic ratować. Nie. On zemdlał. Ewakuował się z rzeczywistości. Znalazł boczną furtkę z szamba, które sam rozlał. Bawcie się, moi drodzy. A tak nie mogło być. Nie w świecie, w którym wszyscy żyli.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down