29.06.2025, 23:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.06.2025, 23:24 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Zawsze wydawało mu się, że charakter Pottera to pewna pokrętna zaleta. Że wszystkie różnice, jakie mógł dostrzec pomiędzy sobą a najlepszym przyjacielem były jedynie czymś, co czyniło z nich odrębne jednostki. Szczególnie w czasach szkolnych, gdy jeszcze wizualnie przypominali siebie nawzajem, co w pewnym sensie było dla Greengrassa naprawdę irytujące, cenił sobie te drobne rzeczy, przez które on był nim a Romulus był Romulusem. Barwnym, kolorowym, ekspansywnym, ale z drugiej strony...
...nie kłamał, gdy rzucił do Riny te słowa odnośnie rocznikowego błazna. Ani tego, że w tamtym okresie oni wszyscy zachowywali się zupełnie inaczej niż w późniejszych latach. Mieli zupełnie inne motywacje, przynajmniej tak mu się wydawało, bo w końcu byli tylko dzieciakami. Wpierw małymi, później większymi.
Nie zauważył, kiedy zaczęli obracać się w towarzystwie naprawdę dużego dziecka. A może po prostu nie chciał tego widzieć? W końcu miał niewątpliwą tendencję do zakrzywiania rzeczywistości na swoją modłę. Często gęsto przyjmował konkretną narrację i uznawał ją praktycznie za pewnik. W końcu lubił mieć rację. Nienawidził nie mieć swojego zdania albo dawać komuś do zrozumienia, że to on, Roise mylił się w osądzie.
Jednakże w tym konkretnym przypadku? Nie potrafił, po prostu nie potrafił dłużej udawać. Widział. Oczywiście, że dostrzegał wszystkie te ostatnie parszywe zachowania. Wszystko to, co jeszcze bardziej komplikowało już i tak trudną sytuację. To, co raniło wszystkich dookoła. W imię czego?
Próbował sądzić, że pchnięcia go do działania. Przypisywał przyjacielowi jakieś wyższe cele. Czemu? Czy to była ta chwila, aby przyznać, że po prostu nie wyobrażał sobie tego, by ktoś tak mu bliski postanowił go sabotować? Aby nie miał naprawdę dobrych intencji, tylko w rzeczywistości faktycznie obawiał się tego, o czym parokrotnie zająknął się, gdy był schlany w trzy dupy?
Tak, Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, że Romulus nie chciał być zupełnie sam. Z tego, że życie jedynaka w oczach Pottera nie było usłane różami. A jeśli już, Roman dostrzegał tam naprawdę duże i ostre kolce, giętkie i czepliwe łodygi. I może tak, być może rzeczywiście poniekąd tak było. Takie wychowanie nie było pozbawione pułapek. Miało swoje minusy.
Tyle, że w istocie, Romulus rzadko kiedy tak naprawdę był sam. Niemal przez całe młodociane czasy otaczał się przyjaciółmi a oni widzieli w nim brata. Jasne, później ich drogi odrobinę się rozeszły, jednakże wcale nie porzucili kontaktów. Mieszkali blisko siebie, często się spotykali, utrzymywali bliskie relacje. Szczególnie wtedy, kiedy trójka z nich zamieszkała w tej samej kamienicy, natomiast Roisa dzielił od nich naprawdę niewielki dystans. Przynajmniej do pewnego momentu, dopóki nie postanowił wynieść się z Geraldine do Whitby, gdy nad Londynem zawisła gęsta mgła lęku i obawy o losy magicznego świata.
Nie chcieli mieszać się w cudzy konflikt, zaczynali układać sobie w głowach wizję kolejnego etapu życia. Co prawda robili to każde z osobna, nie mieli szansy o tym porozmawiać, zanim wszystko się nie spierdoliło, ale w ostatnich dniach doszli do tego, że w rzeczywistości myśleli dokładnie w tych samych kategoriach. Ambroise nigdy nie analizował tamtej sytuacji z perspektywy kogokolwiek z grona bliskich im ludzi. Nie miał powodu, aby to robić. A może jednak powinien mieć?
Szczególnie, że gdy rozstał się z Geraldine, po powrocie z czegoś na kształt wygnania narzucanego samemu sobie, gdy próbował pozbierać myśli kompletna bujda, Cornelius podszedł do tego w zupełnie inny sposób niż Roman. Roman bowiem...
...był Romanem. Tak mu się przynajmniej wydawało. Jego podejście było luźne. Tryskała z niego energia. Był barwny, kolorowy, zagadywał go. Greengrass założył, że po to, żeby odwrócić jego uwagę od myślenia o tym, jak bardzo zjebał sobie życie. Co jednak, jeśli dla przyjaciela to wcale nie był główny powód? Co, jeżeli za tym wszystkim kryła się znacznie bardziej prozaiczna przyczyna?
W tym momencie, Ambroise mógł kwestionować wszystko, co dotyczyło kumpla. W końcu, jaką miał gwarancję, że na niego też nie wyciągnąłby wahadełka? Ba, że tego nie zrobił? Że wszystko, w co wierzył i dotychczas nie wątpił ani przez chwilę, było rzeczywiście jego własnymi myślami?
Nie, nie chciał o tym nadmiernie myśleć. To do niczego by nie doprowadziło. To nie miało już znaczenia, bo powiedział pas. I nie, to nie był koniec świata. W pewnym sensie. Natomiast bez wątpienia poczuł się zupełnie tak jak to określił: jakby Romulus wbił mu nóż w plecy. Nie: próbował wbić, tylko rzeczywiście wbił.
Zdawał sobie sprawę z tego, że Geraldine nie do końca mogła to zrozumieć. Nie z wiedzą, jaką obecnie posiadała. Nie wiedział jednak, co powinien uczynić z tym fantem, ponieważ jego chwila, ich chwila została zrujnowana. Gdyby stwierdził ten fakt na głos, co by mu to dało? Oboje mierzyliby się z tą samą gównianą wiedzą i? I co dalej?
- Nie, to nie koniec świata - kiwnął więc głową, nie zamierzając nie zgadzać się z czymś, co było poniekąd wyjątkowo prawdziwe. - To po prostu ten moment, kiedy człowiek musi zweryfikować swoje wyobrażenia, nie? - Wzruszył ramionami, jednocześnie przełykając gorycz, jaka zebrała mu się w gardle.
Tak, strata kogoś bliskiego zawsze była trudna, ale mogło być znacznie gorzej. Przeżył już gorsze rzeczy. Miało poboleć i przestać, czyż nie?
- Sama powiedziałaś. Miał wyjątkowo dużo szczęścia - odparł bez cienia wyrozumiałości dla domniemanych rzekomych innych cech Pottera, które czyniłyby z Romulusa życiowego zwycięzcę.
To był los, to była loteria. To był Nathaniel Elias Potter, o którym można było wiele powiedzieć, ale nie to, że nie rozpieszczał swojego syna. I oczywiście, rodzice tak robili, jednak w tym wypadku chodziło o coś więcej niż zwykłe rozpuszczanie jedynaka. Będąc zupełnie szczerym, Roise miał z tym swoje doświadczenia.
Jego siostra także poniekąd wychowała się niczym jedyne dziecko, dzieliło ich osiem lat, co biorąc pod uwagę jego naukę w Hogwarcie i koczowanie w domach przyjaciół oraz krewnych, do pewnego momentu z pewnością czyniło z młodszej Greengrassówny mentalne jedyne dziecko. Mimo to, nigdy nie zachowywała się aż tak nierodzinnie. Mieli swoje konflikty i problemy, mieli ze sobą różne doświadczenia, ale...
...no, właśnie. Ani przez moment nie zwątpił w to, że Roo będzie cieszyć się z jego szczęścia. Tymczasem teraz głęboko wątpił w Romy'ego.
- Jest wykształcony w tym zakresie - niekoniecznie przypomniał, bardziej dodał, ponieważ tak, nie mógł nie zgodzić się z tym, co powiedziała jego dziewczyna. - Skończyliśmy tę samą akademię, do pewnego momentu zdawaliśmy te same zaliczenia. Nie chcę rozumieć, gdzie tak bardzo rozjechał się z tym, o czym go uczono. Albo kiedy uznał, że należy tak z tego korzystać - stwierdził całkiem spokojnie, jak na takie spostrzeżenia.
Przecież to było nie do pomyślenia, aby ktoś, kto powinien leczyć i pomagać, wpadał na pomysł wykorzystywania swoich umiejętności i wiedzy, aby kontrolować umysły najbliższych. Obcych? Jasne. Tutaj moralność to było dużo bardziej giętkie i elastyczne podejście. Roise także korzystał z wiedzy medycznej, aby w razie czego móc zadawać określone obrażenia albo z wiedzy zielarskiej, by osiągać niekoniecznie czysto uzdrowicielskie sukcesy.
Nigdy, przenigdy nie pomyślałby jednak o tym, aby świadomie wykorzystać to przeciwko komuś z ich grona. To było dla niego nie do pomyślenia. A gdy w grę wchodziło do tego mentalne mumbo jumbo? Nie, odczuwał naprawdę głęboki wstręt. W połączeniu ze zrobieniem sobie cyrku z jego dnia, Greengrass miał naprawdę bardzo konkretne wnioski. Nie chciał dłużej usprawiedliwiać Romka.
- Nie, nie tylko ja - przytaknął, nie musząc zastanawiać się ani przez sekundę. - Wyprowadził z równowagi każdego, kto znalazł się na ognisku. Nawet Corneliusa - a nie musiał wspominać, że o to było ciężko, prawda?
Zwłaszcza w takim wydaniu, w jakim zaobserwowali to po akcji nad jeziorem. To była już niemal nieprzekraczalna granica.
- Zabiłaby go - dodał dosłownie znikąd, zaledwie moment później, tym razem nawet uśmiechając się kącikiem ust; drgnęły mu wargi. - Gdyby naprawdę chciała go zabić, nie byłoby próbowała. Zabiłaby go. Nie miałby najmniejszych szans na reakcję, nawet z tymi swoimi wyśmienitymi umiejętnościami kukiełkarza - nie przerysowywał, po prostu stwierdzał fakt, ot co.
Potter tym bardziej przesadził z reakcją. Tym większa ironia tkwiła w tym wszystkim.
...nie kłamał, gdy rzucił do Riny te słowa odnośnie rocznikowego błazna. Ani tego, że w tamtym okresie oni wszyscy zachowywali się zupełnie inaczej niż w późniejszych latach. Mieli zupełnie inne motywacje, przynajmniej tak mu się wydawało, bo w końcu byli tylko dzieciakami. Wpierw małymi, później większymi.
Nie zauważył, kiedy zaczęli obracać się w towarzystwie naprawdę dużego dziecka. A może po prostu nie chciał tego widzieć? W końcu miał niewątpliwą tendencję do zakrzywiania rzeczywistości na swoją modłę. Często gęsto przyjmował konkretną narrację i uznawał ją praktycznie za pewnik. W końcu lubił mieć rację. Nienawidził nie mieć swojego zdania albo dawać komuś do zrozumienia, że to on, Roise mylił się w osądzie.
Jednakże w tym konkretnym przypadku? Nie potrafił, po prostu nie potrafił dłużej udawać. Widział. Oczywiście, że dostrzegał wszystkie te ostatnie parszywe zachowania. Wszystko to, co jeszcze bardziej komplikowało już i tak trudną sytuację. To, co raniło wszystkich dookoła. W imię czego?
Próbował sądzić, że pchnięcia go do działania. Przypisywał przyjacielowi jakieś wyższe cele. Czemu? Czy to była ta chwila, aby przyznać, że po prostu nie wyobrażał sobie tego, by ktoś tak mu bliski postanowił go sabotować? Aby nie miał naprawdę dobrych intencji, tylko w rzeczywistości faktycznie obawiał się tego, o czym parokrotnie zająknął się, gdy był schlany w trzy dupy?
Tak, Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, że Romulus nie chciał być zupełnie sam. Z tego, że życie jedynaka w oczach Pottera nie było usłane różami. A jeśli już, Roman dostrzegał tam naprawdę duże i ostre kolce, giętkie i czepliwe łodygi. I może tak, być może rzeczywiście poniekąd tak było. Takie wychowanie nie było pozbawione pułapek. Miało swoje minusy.
Tyle, że w istocie, Romulus rzadko kiedy tak naprawdę był sam. Niemal przez całe młodociane czasy otaczał się przyjaciółmi a oni widzieli w nim brata. Jasne, później ich drogi odrobinę się rozeszły, jednakże wcale nie porzucili kontaktów. Mieszkali blisko siebie, często się spotykali, utrzymywali bliskie relacje. Szczególnie wtedy, kiedy trójka z nich zamieszkała w tej samej kamienicy, natomiast Roisa dzielił od nich naprawdę niewielki dystans. Przynajmniej do pewnego momentu, dopóki nie postanowił wynieść się z Geraldine do Whitby, gdy nad Londynem zawisła gęsta mgła lęku i obawy o losy magicznego świata.
Nie chcieli mieszać się w cudzy konflikt, zaczynali układać sobie w głowach wizję kolejnego etapu życia. Co prawda robili to każde z osobna, nie mieli szansy o tym porozmawiać, zanim wszystko się nie spierdoliło, ale w ostatnich dniach doszli do tego, że w rzeczywistości myśleli dokładnie w tych samych kategoriach. Ambroise nigdy nie analizował tamtej sytuacji z perspektywy kogokolwiek z grona bliskich im ludzi. Nie miał powodu, aby to robić. A może jednak powinien mieć?
Szczególnie, że gdy rozstał się z Geraldine, po powrocie z czegoś na kształt wygnania narzucanego samemu sobie, gdy próbował pozbierać myśli kompletna bujda, Cornelius podszedł do tego w zupełnie inny sposób niż Roman. Roman bowiem...
...był Romanem. Tak mu się przynajmniej wydawało. Jego podejście było luźne. Tryskała z niego energia. Był barwny, kolorowy, zagadywał go. Greengrass założył, że po to, żeby odwrócić jego uwagę od myślenia o tym, jak bardzo zjebał sobie życie. Co jednak, jeśli dla przyjaciela to wcale nie był główny powód? Co, jeżeli za tym wszystkim kryła się znacznie bardziej prozaiczna przyczyna?
W tym momencie, Ambroise mógł kwestionować wszystko, co dotyczyło kumpla. W końcu, jaką miał gwarancję, że na niego też nie wyciągnąłby wahadełka? Ba, że tego nie zrobił? Że wszystko, w co wierzył i dotychczas nie wątpił ani przez chwilę, było rzeczywiście jego własnymi myślami?
Nie, nie chciał o tym nadmiernie myśleć. To do niczego by nie doprowadziło. To nie miało już znaczenia, bo powiedział pas. I nie, to nie był koniec świata. W pewnym sensie. Natomiast bez wątpienia poczuł się zupełnie tak jak to określił: jakby Romulus wbił mu nóż w plecy. Nie: próbował wbić, tylko rzeczywiście wbił.
Zdawał sobie sprawę z tego, że Geraldine nie do końca mogła to zrozumieć. Nie z wiedzą, jaką obecnie posiadała. Nie wiedział jednak, co powinien uczynić z tym fantem, ponieważ jego chwila, ich chwila została zrujnowana. Gdyby stwierdził ten fakt na głos, co by mu to dało? Oboje mierzyliby się z tą samą gównianą wiedzą i? I co dalej?
- Nie, to nie koniec świata - kiwnął więc głową, nie zamierzając nie zgadzać się z czymś, co było poniekąd wyjątkowo prawdziwe. - To po prostu ten moment, kiedy człowiek musi zweryfikować swoje wyobrażenia, nie? - Wzruszył ramionami, jednocześnie przełykając gorycz, jaka zebrała mu się w gardle.
Tak, strata kogoś bliskiego zawsze była trudna, ale mogło być znacznie gorzej. Przeżył już gorsze rzeczy. Miało poboleć i przestać, czyż nie?
- Sama powiedziałaś. Miał wyjątkowo dużo szczęścia - odparł bez cienia wyrozumiałości dla domniemanych rzekomych innych cech Pottera, które czyniłyby z Romulusa życiowego zwycięzcę.
To był los, to była loteria. To był Nathaniel Elias Potter, o którym można było wiele powiedzieć, ale nie to, że nie rozpieszczał swojego syna. I oczywiście, rodzice tak robili, jednak w tym wypadku chodziło o coś więcej niż zwykłe rozpuszczanie jedynaka. Będąc zupełnie szczerym, Roise miał z tym swoje doświadczenia.
Jego siostra także poniekąd wychowała się niczym jedyne dziecko, dzieliło ich osiem lat, co biorąc pod uwagę jego naukę w Hogwarcie i koczowanie w domach przyjaciół oraz krewnych, do pewnego momentu z pewnością czyniło z młodszej Greengrassówny mentalne jedyne dziecko. Mimo to, nigdy nie zachowywała się aż tak nierodzinnie. Mieli swoje konflikty i problemy, mieli ze sobą różne doświadczenia, ale...
...no, właśnie. Ani przez moment nie zwątpił w to, że Roo będzie cieszyć się z jego szczęścia. Tymczasem teraz głęboko wątpił w Romy'ego.
- Jest wykształcony w tym zakresie - niekoniecznie przypomniał, bardziej dodał, ponieważ tak, nie mógł nie zgodzić się z tym, co powiedziała jego dziewczyna. - Skończyliśmy tę samą akademię, do pewnego momentu zdawaliśmy te same zaliczenia. Nie chcę rozumieć, gdzie tak bardzo rozjechał się z tym, o czym go uczono. Albo kiedy uznał, że należy tak z tego korzystać - stwierdził całkiem spokojnie, jak na takie spostrzeżenia.
Przecież to było nie do pomyślenia, aby ktoś, kto powinien leczyć i pomagać, wpadał na pomysł wykorzystywania swoich umiejętności i wiedzy, aby kontrolować umysły najbliższych. Obcych? Jasne. Tutaj moralność to było dużo bardziej giętkie i elastyczne podejście. Roise także korzystał z wiedzy medycznej, aby w razie czego móc zadawać określone obrażenia albo z wiedzy zielarskiej, by osiągać niekoniecznie czysto uzdrowicielskie sukcesy.
Nigdy, przenigdy nie pomyślałby jednak o tym, aby świadomie wykorzystać to przeciwko komuś z ich grona. To było dla niego nie do pomyślenia. A gdy w grę wchodziło do tego mentalne mumbo jumbo? Nie, odczuwał naprawdę głęboki wstręt. W połączeniu ze zrobieniem sobie cyrku z jego dnia, Greengrass miał naprawdę bardzo konkretne wnioski. Nie chciał dłużej usprawiedliwiać Romka.
- Nie, nie tylko ja - przytaknął, nie musząc zastanawiać się ani przez sekundę. - Wyprowadził z równowagi każdego, kto znalazł się na ognisku. Nawet Corneliusa - a nie musiał wspominać, że o to było ciężko, prawda?
Zwłaszcza w takim wydaniu, w jakim zaobserwowali to po akcji nad jeziorem. To była już niemal nieprzekraczalna granica.
- Zabiłaby go - dodał dosłownie znikąd, zaledwie moment później, tym razem nawet uśmiechając się kącikiem ust; drgnęły mu wargi. - Gdyby naprawdę chciała go zabić, nie byłoby próbowała. Zabiłaby go. Nie miałby najmniejszych szans na reakcję, nawet z tymi swoimi wyśmienitymi umiejętnościami kukiełkarza - nie przerysowywał, po prostu stwierdzał fakt, ot co.
Potter tym bardziej przesadził z reakcją. Tym większa ironia tkwiła w tym wszystkim.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down