30.06.2025, 12:48 ✶
Nie musiał o tym myśleć. Wiedział. Po prostu wiedział, ile prawdy leży w tych słowach. Tak, miało być trudno, ale...
...no, właśnie. Z drugiej strony, czy teraz było mu łatwo? Czy byłoby mu łatwiej, gdyby odpuścił? Zapomniał? Abstrahując od tego, że już i tak wielokrotnie starał się nie patrzeć na akcje, jakie urządzali mu przyjaciele, że był w stanie wybaczyć im więcej niż innym ludziom, że miał do nich naprawdę niecodzienne pokłady cierpliwości. Tym razem naprawdę nie chciał myśleć o tym, co by mu to dało.
Nie, nie sądził, aby dzięki nowemu kredytowi zaufania, problem miał nie pojawić się powtórnie. Wręcz przeciwnie. Poza tym nie dało się nie spojrzeć na to od tej najbardziej ponurej, skrajnie realistycznej strony. Nie mógł nie zadać sobie jednego jedynego pytania: co byłoby, gdyby Potter nie polubił Yaxleyówny? Co stałoby się, gdyby podszedł do niej tak jak do Prudence? No właśnie.
Nie chciał tego nadmiernie analizować, ale wnioski nasuwały się same. W tym momencie nie wiedział już, tak po prawdzie, co było a co nie było sabotażem. Czy plotki rozsiewane przez Romulusa miały zmotywować go do działania? A może wręcz przeciwnie? Być może miały sprawić, że nigdy więcej nie odezwie się do swojej (wtedy jeszcze byłej) dziewczyny? Za tym drugim mogłoby zresztą przemawiać to, że Potter, choć zgodził się pomóc mu w oświadczynach, postanowił następnie dokonać szeregu zmian w ustaleniach.
Zaczął gadać o planie na prawo i na lewo, nawet jeśli tylko do Corneliusa, Geraldine prawie to usłyszała. Umieścił zwierzęta nie nad tym drugim, właściwym jeziorem, lecz w ich sypialni. Ba. Nawet podczas rozmowy, jaką prowadzili jeszcze w domu, jego propozycje były mniej lub bardziej absurdalne. Nad wodą zresztą też. Już wtedy dawał przesłanki, że wcale nie chciał skupić się na tym, co było dla Greengrassa najważniejsze, lecz wręcz przeciwnie. Strzelał absurdalnymi propozycjami. Chciał zestresować Geraldine informacją o omdleniu Astarotha. Albo te narwale...
...te narwale... ...w jaki sposób miały być powiązane z zaręczynami? Roise odruchowo potrząsnął głową, usiłując pozbyć się tej myśli. Wcale nie chciał się nad tym zastanawiać. Miał dosyć, po prostu dosyć. Podjął decyzję, a nie zwykł rzucać słów na wiatr. Po prostu. Nie zamierzał pozwolić na to, aby ktoś bawił się kosztem jego, jego rodziny i planów.
- Zbyt wiele razy puszczaliśmy mu wszystko płazem - Geraldine miała rację, jednak poniekąd to oni sami przyczynili się do tego faktu.
Romulus miał ich za statystów, bo sami mu na to pozwolili. No cóż. Każdy miał swoje granice. Nawet ich nadmierna wyrozumiałość.
- Po prawdzie, tak wkurwionego widziałem go tylko kilka razy w życiu - odparł, nie kryjąc tego, że mógł znać się z Corneliusem lepiej niż z kimkolwiek innym (szczególnie po dojściu do wniosku, że z Romulusem w istocie prawdopodobnie nie znał się już wcale), ale taki stan zdenerwowania obserwował u Corio wyłącznie parokrotnie.
Za każdym razem w okolicznościach, które były wyjątkowo poważne. Zresztą teraz także nie dało się powiedzieć, aby takie nie były. Szczególnie, że Ambroise doskonale słyszał to, jak Roman wysprzęglił się do (już chyba raczej nie) ich wspólnego przyjaciela. Wiedział zatem, że Lestrange zdawał sobie sprawę z typu sytuacji, w jakiej Potter postanowił zrobić z siebie teatralną divę.
Nie chodziło wyłącznie o obrażenie gospodarza w jego własnym domu. Nie chodziło o zbrukane zaufanie. Nie o czucie się lepszym od innych, upoważnionym do decydowania o tym, kto bytuje w posiadłości, która nie należała do Romulusa, a jednak ten czuł się zobligowany do wywalania z niej Prudence. To nie była wyłącznie kwestia zignorowania upomnień i ostrzeżeń. Wjechania na Bletchley, ignorując fakt, że Greengrass przyznał się do bycia odpowiedzialnym za tamtą lewitację.
Nie, nie, nie. Nie chodziło o wyciągnięcie wahadełka, nie o próbę manipulacji Benjym, nie o przystawienie mu różdżki do gardła. Nie o bobry umieszczone w sypialni, które całkowicie zdemolowały pomieszczenie, całe szczęście, nie wdając się w zbyt intensywną i groźną konfrontację z psami albo z kotem. Nawet nie o całkowicie rozpierdolone zaręczyny, które były tak ważne dla Ambroisa.
Ponownie: nie. Nie chodziło o żadną z tych rzeczy...
...pojedynczo...
...chodziło o wszystkie razem. O czarę goryczy, która w jednym momencie była jeszcze praktycznie pusta, zaledwie lekko wypełniona przez coś, na co każdy z towarzystwa starał się nie patrzeć. Każdy miewał swoje gorsze momenty. Każdy z nich zrobił kiedyś coś, co było trudne do przełknięcia. Nikt nie pozostawał zupełnie bez winy. Jednakże Roman przelał swoje naczynie w zaledwie kilka minut. Zrobił niemalże wszystko, co mógł uczynić, żeby nie tylko podpaść pozostałym, lecz całkowicie wytrącić ich z równowagi.
Roise przeniósł wzrok z horyzontu na sylwetki psów, które chyba coś tropiły, po czym powrócił spojrzeniem do Yaxleyówny. Ich rozmowa nie była łatwa, ale jednocześnie nawet mając zaledwie część kontekstu, jego dziewczyna po prostu wiedziała. Zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji. To nie był wyskok, który można było ot tak zapomnieć i wybaczyć.
W istocie, sądził, że nie tylko on miał podstawy ku temu, by tego nie robić. Romy zraził do siebie wyjątkowo dużo osób na raz. Niewłaściwych osób.
- W innym wypadku nie wziąłbym jej do zapewnienia wsparcia z twoim bratem - stwierdził po prostu, w dalszym ciągu unosząc kącik ust w krzywym, jednak zadziwiająco rozbawionym wyrazie.
Mimo wszystko, w całej tej sytuacji dostrzegał pewne zabawne absurdy. Romulus nie wiedział, ile jednocześnie było przerysowania a ile prawdy w tym, co tak głośno zakładał. Tak, Prudence mogła być niebezpieczna. Z pewnością. Jeśli tylko tego chciała, na pewno potrafiłaby go zranić czy zabić. Na wiele różnych sposobów.
Tyle tylko, że raczej nie pałała chęcią do siania zamętu. Zdecydowanie nie kryła się w krzakach i nie próbowała atakować osób uważających się za jej ofiary. Zresztą wcale nie musiałaby robić tego w ten sposób. Miała swoje znacznie bardziej wygodne sposoby. To było dla Roisa bardziej niż pewne. W końcu pod pewnymi względami byli do siebie podobni, natomiast on bez wątpienia potrafił działać tak, żeby nie brudzić sobie jawnie rąk i nie ryzykować przeżycia ofiary. Pozwolenie sobie na to, aby puścić kogoś luzem po próbie morderstwa było...
- ...niechlujne - rzucił w przestrzeń, kręcąc głową i niemalże nie powstrzymując się od wywrócenia oczami. - Gdyby Prue spróbowała zabić Romka, puszczając go po tym wolno, a potem znowu podejmując próbę na oczach wszystkich zebranych, to byłoby niechlujne. Szczególnie, że i ty, i ja... ...a zatem i ona... ...wszyscy jesteśmy w stanie z marszu wskazać co najmniej kilka metod tego jak pozbyć się kogoś w sposób, który nie jest aż tak niedbały i nie uruchamia machiny śledztw na temat okoliczności zgonu - dla niego to było wyjątkowo jasne, podejrzewał, że dla Riny także.
Naprawdę nie trzeba było być wielkim odkrywcą, żeby dojść do podobnego wniosku. Szczególnie, gdy bywało się wcześniej na terenie letniej posiadłości Ursuli. Miała choćby te swoje szklarnie. Odrobina właściwej substancji niepostrzeżenie dolana bądź dosypana do kawy była tylko jedną z możliwości. Romulus zupełnie nie wiedział, o czym pierdoli.
Jasne, zawsze miał tendencję do fiksowania się, jednakże nawet nie próbował zracjonalizować sobie sytuacji. Mógł nie wiedzieć o rodzaju magii, jaką interesowali się ludzie z jego otoczenia, ale przecież powinien być świadomy tego, że antropolog sądowy raczej doskonale wiedział, w jaki sposób nie zrzucić sobie gilotyny na kark. Biletu w jedną stronę wprost do Azkabanu.
...no, właśnie. Z drugiej strony, czy teraz było mu łatwo? Czy byłoby mu łatwiej, gdyby odpuścił? Zapomniał? Abstrahując od tego, że już i tak wielokrotnie starał się nie patrzeć na akcje, jakie urządzali mu przyjaciele, że był w stanie wybaczyć im więcej niż innym ludziom, że miał do nich naprawdę niecodzienne pokłady cierpliwości. Tym razem naprawdę nie chciał myśleć o tym, co by mu to dało.
Nie, nie sądził, aby dzięki nowemu kredytowi zaufania, problem miał nie pojawić się powtórnie. Wręcz przeciwnie. Poza tym nie dało się nie spojrzeć na to od tej najbardziej ponurej, skrajnie realistycznej strony. Nie mógł nie zadać sobie jednego jedynego pytania: co byłoby, gdyby Potter nie polubił Yaxleyówny? Co stałoby się, gdyby podszedł do niej tak jak do Prudence? No właśnie.
Nie chciał tego nadmiernie analizować, ale wnioski nasuwały się same. W tym momencie nie wiedział już, tak po prawdzie, co było a co nie było sabotażem. Czy plotki rozsiewane przez Romulusa miały zmotywować go do działania? A może wręcz przeciwnie? Być może miały sprawić, że nigdy więcej nie odezwie się do swojej (wtedy jeszcze byłej) dziewczyny? Za tym drugim mogłoby zresztą przemawiać to, że Potter, choć zgodził się pomóc mu w oświadczynach, postanowił następnie dokonać szeregu zmian w ustaleniach.
Zaczął gadać o planie na prawo i na lewo, nawet jeśli tylko do Corneliusa, Geraldine prawie to usłyszała. Umieścił zwierzęta nie nad tym drugim, właściwym jeziorem, lecz w ich sypialni. Ba. Nawet podczas rozmowy, jaką prowadzili jeszcze w domu, jego propozycje były mniej lub bardziej absurdalne. Nad wodą zresztą też. Już wtedy dawał przesłanki, że wcale nie chciał skupić się na tym, co było dla Greengrassa najważniejsze, lecz wręcz przeciwnie. Strzelał absurdalnymi propozycjami. Chciał zestresować Geraldine informacją o omdleniu Astarotha. Albo te narwale...
...te narwale... ...w jaki sposób miały być powiązane z zaręczynami? Roise odruchowo potrząsnął głową, usiłując pozbyć się tej myśli. Wcale nie chciał się nad tym zastanawiać. Miał dosyć, po prostu dosyć. Podjął decyzję, a nie zwykł rzucać słów na wiatr. Po prostu. Nie zamierzał pozwolić na to, aby ktoś bawił się kosztem jego, jego rodziny i planów.
- Zbyt wiele razy puszczaliśmy mu wszystko płazem - Geraldine miała rację, jednak poniekąd to oni sami przyczynili się do tego faktu.
Romulus miał ich za statystów, bo sami mu na to pozwolili. No cóż. Każdy miał swoje granice. Nawet ich nadmierna wyrozumiałość.
- Po prawdzie, tak wkurwionego widziałem go tylko kilka razy w życiu - odparł, nie kryjąc tego, że mógł znać się z Corneliusem lepiej niż z kimkolwiek innym (szczególnie po dojściu do wniosku, że z Romulusem w istocie prawdopodobnie nie znał się już wcale), ale taki stan zdenerwowania obserwował u Corio wyłącznie parokrotnie.
Za każdym razem w okolicznościach, które były wyjątkowo poważne. Zresztą teraz także nie dało się powiedzieć, aby takie nie były. Szczególnie, że Ambroise doskonale słyszał to, jak Roman wysprzęglił się do (już chyba raczej nie) ich wspólnego przyjaciela. Wiedział zatem, że Lestrange zdawał sobie sprawę z typu sytuacji, w jakiej Potter postanowił zrobić z siebie teatralną divę.
Nie chodziło wyłącznie o obrażenie gospodarza w jego własnym domu. Nie chodziło o zbrukane zaufanie. Nie o czucie się lepszym od innych, upoważnionym do decydowania o tym, kto bytuje w posiadłości, która nie należała do Romulusa, a jednak ten czuł się zobligowany do wywalania z niej Prudence. To nie była wyłącznie kwestia zignorowania upomnień i ostrzeżeń. Wjechania na Bletchley, ignorując fakt, że Greengrass przyznał się do bycia odpowiedzialnym za tamtą lewitację.
Nie, nie, nie. Nie chodziło o wyciągnięcie wahadełka, nie o próbę manipulacji Benjym, nie o przystawienie mu różdżki do gardła. Nie o bobry umieszczone w sypialni, które całkowicie zdemolowały pomieszczenie, całe szczęście, nie wdając się w zbyt intensywną i groźną konfrontację z psami albo z kotem. Nawet nie o całkowicie rozpierdolone zaręczyny, które były tak ważne dla Ambroisa.
Ponownie: nie. Nie chodziło o żadną z tych rzeczy...
...pojedynczo...
...chodziło o wszystkie razem. O czarę goryczy, która w jednym momencie była jeszcze praktycznie pusta, zaledwie lekko wypełniona przez coś, na co każdy z towarzystwa starał się nie patrzeć. Każdy miewał swoje gorsze momenty. Każdy z nich zrobił kiedyś coś, co było trudne do przełknięcia. Nikt nie pozostawał zupełnie bez winy. Jednakże Roman przelał swoje naczynie w zaledwie kilka minut. Zrobił niemalże wszystko, co mógł uczynić, żeby nie tylko podpaść pozostałym, lecz całkowicie wytrącić ich z równowagi.
Roise przeniósł wzrok z horyzontu na sylwetki psów, które chyba coś tropiły, po czym powrócił spojrzeniem do Yaxleyówny. Ich rozmowa nie była łatwa, ale jednocześnie nawet mając zaledwie część kontekstu, jego dziewczyna po prostu wiedziała. Zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji. To nie był wyskok, który można było ot tak zapomnieć i wybaczyć.
W istocie, sądził, że nie tylko on miał podstawy ku temu, by tego nie robić. Romy zraził do siebie wyjątkowo dużo osób na raz. Niewłaściwych osób.
- W innym wypadku nie wziąłbym jej do zapewnienia wsparcia z twoim bratem - stwierdził po prostu, w dalszym ciągu unosząc kącik ust w krzywym, jednak zadziwiająco rozbawionym wyrazie.
Mimo wszystko, w całej tej sytuacji dostrzegał pewne zabawne absurdy. Romulus nie wiedział, ile jednocześnie było przerysowania a ile prawdy w tym, co tak głośno zakładał. Tak, Prudence mogła być niebezpieczna. Z pewnością. Jeśli tylko tego chciała, na pewno potrafiłaby go zranić czy zabić. Na wiele różnych sposobów.
Tyle tylko, że raczej nie pałała chęcią do siania zamętu. Zdecydowanie nie kryła się w krzakach i nie próbowała atakować osób uważających się za jej ofiary. Zresztą wcale nie musiałaby robić tego w ten sposób. Miała swoje znacznie bardziej wygodne sposoby. To było dla Roisa bardziej niż pewne. W końcu pod pewnymi względami byli do siebie podobni, natomiast on bez wątpienia potrafił działać tak, żeby nie brudzić sobie jawnie rąk i nie ryzykować przeżycia ofiary. Pozwolenie sobie na to, aby puścić kogoś luzem po próbie morderstwa było...
- ...niechlujne - rzucił w przestrzeń, kręcąc głową i niemalże nie powstrzymując się od wywrócenia oczami. - Gdyby Prue spróbowała zabić Romka, puszczając go po tym wolno, a potem znowu podejmując próbę na oczach wszystkich zebranych, to byłoby niechlujne. Szczególnie, że i ty, i ja... ...a zatem i ona... ...wszyscy jesteśmy w stanie z marszu wskazać co najmniej kilka metod tego jak pozbyć się kogoś w sposób, który nie jest aż tak niedbały i nie uruchamia machiny śledztw na temat okoliczności zgonu - dla niego to było wyjątkowo jasne, podejrzewał, że dla Riny także.
Naprawdę nie trzeba było być wielkim odkrywcą, żeby dojść do podobnego wniosku. Szczególnie, gdy bywało się wcześniej na terenie letniej posiadłości Ursuli. Miała choćby te swoje szklarnie. Odrobina właściwej substancji niepostrzeżenie dolana bądź dosypana do kawy była tylko jedną z możliwości. Romulus zupełnie nie wiedział, o czym pierdoli.
Jasne, zawsze miał tendencję do fiksowania się, jednakże nawet nie próbował zracjonalizować sobie sytuacji. Mógł nie wiedzieć o rodzaju magii, jaką interesowali się ludzie z jego otoczenia, ale przecież powinien być świadomy tego, że antropolog sądowy raczej doskonale wiedział, w jaki sposób nie zrzucić sobie gilotyny na kark. Biletu w jedną stronę wprost do Azkabanu.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down