12.02.2023, 11:55 ✶
Tak, to było komiczne, dwójka mężczyzn dyskutująca o jej sprawie w taki sposób, jakby ta wcale Nory nie dotyczyła. Oboje przesądzili już nad jej losem, a teraz oddaleni od niej na kilka długich kroków próbowali dojść do konsensusu, który usatysfakcjonuje ich oboje. Ona natomiast, siedząca grzecznie na krześle, miała się do tego wyroku dostosować. Moody tego do końca nie przemyślał, a że Nora nieszczególnie opierała się temu, aby w ciszy spoczywać na krześle, to nie było już żadnej iskry nadziei na to, że się cokolwiek w tej materii zmieni.
- Zbadam tę sprawę. Pozwoli pan jednak, że najpierw - to powiedziawszy sięgnął do swojego portfela - ureguluję jej rachunek, żeby restauracja nie była stratna...?
Czy miał te pieniądze? Nie. Alastor nie miał żadnych pieniędzy. Od dłuższego czasu żywił się słoikami, które otrzymywał od jednej z ciotek, bo całą wypłatę przekazał kobiecie, której utrzymujący ją do tej pory jedyny syn, a zarazem jedyna rodzina, padł ofiarą swojej własnej klątwy. Suma nie była mała, ale wiedział przecież, że pokryje z tego koszty pogrzebu, a na życie pozostanie jej niewiele. Galeony znajdujące się w jego portfelu nie należały do niego - należały do Ministerstwa. I będzie się musiał z nich rozliczyć, ale nie było to teraz ani trochę istotne. Kiedy miał kupić coś sobie, każda komórka jego ciała opierała się z całej siły. Kiedy miał te pieniądze bezmyślnie oddać komuś... Cóż... Prawdopodobnie, gdyby nie to, że jego rodzina posiadała sporą sieć mieszkań, Moody pomieszkiwałby u znajomych.
Właściciel restauracji mamrotał coś pod nosem. Ostatecznie jednak tę zapłatę przyjął. Alastor uśmiechnął się do niego, ale nie był to uśmiech szczególnie ciepły - taki, którym obdarowywał osoby w jego odczuciu wartościowe - nie chciał jednak aby ktokolwiek zapamiętał go tutaj jako gbura. W głębi duszy krzyczał. Bo ten rachunek zdecydowanie nie należał do niskich. Za ten kawałek mięsa przepłacił tyle, że wracając do stolika Nory rozważał prośbę, żeby spakowali mu to czego nie zjadł na wynos. Był człowiekiem wielkim. Tak wielkim, że omal nie zahaczył głową o zdobiony, złoty żyrandol. Dzisiaj jednak, licząc ile będzie musiał wpisać w okienko „wydatki” w dokumentacji tego śledztwa, czuł się naprawdę mały.
Stanąwszy obok niej, obejrzał się za swoje plecy żeby sprawdzić, czy nikt ich nie podsłuchuje.
- Cześć, Nora - zaczął, spokojnym głosem, zdecydowanie innym od tego, który mogła pamiętać z przeszłości. Bo chociaż łatwo było go rozpoznać po twarzy (okej, nie był szczególnie charakterystyczny, ale wpatrywali się w swoje oczy wystsrczająco długo), Moody zmienił się. Nie chodziło tu tylko w wzrost, ale i o szorstkość, której nabrał. - Udawaj chociaż trochę skruszoną, kiedy będziemy wychodzili, to się do ciebie nie przyczepi.
- Zbadam tę sprawę. Pozwoli pan jednak, że najpierw - to powiedziawszy sięgnął do swojego portfela - ureguluję jej rachunek, żeby restauracja nie była stratna...?
Czy miał te pieniądze? Nie. Alastor nie miał żadnych pieniędzy. Od dłuższego czasu żywił się słoikami, które otrzymywał od jednej z ciotek, bo całą wypłatę przekazał kobiecie, której utrzymujący ją do tej pory jedyny syn, a zarazem jedyna rodzina, padł ofiarą swojej własnej klątwy. Suma nie była mała, ale wiedział przecież, że pokryje z tego koszty pogrzebu, a na życie pozostanie jej niewiele. Galeony znajdujące się w jego portfelu nie należały do niego - należały do Ministerstwa. I będzie się musiał z nich rozliczyć, ale nie było to teraz ani trochę istotne. Kiedy miał kupić coś sobie, każda komórka jego ciała opierała się z całej siły. Kiedy miał te pieniądze bezmyślnie oddać komuś... Cóż... Prawdopodobnie, gdyby nie to, że jego rodzina posiadała sporą sieć mieszkań, Moody pomieszkiwałby u znajomych.
Właściciel restauracji mamrotał coś pod nosem. Ostatecznie jednak tę zapłatę przyjął. Alastor uśmiechnął się do niego, ale nie był to uśmiech szczególnie ciepły - taki, którym obdarowywał osoby w jego odczuciu wartościowe - nie chciał jednak aby ktokolwiek zapamiętał go tutaj jako gbura. W głębi duszy krzyczał. Bo ten rachunek zdecydowanie nie należał do niskich. Za ten kawałek mięsa przepłacił tyle, że wracając do stolika Nory rozważał prośbę, żeby spakowali mu to czego nie zjadł na wynos. Był człowiekiem wielkim. Tak wielkim, że omal nie zahaczył głową o zdobiony, złoty żyrandol. Dzisiaj jednak, licząc ile będzie musiał wpisać w okienko „wydatki” w dokumentacji tego śledztwa, czuł się naprawdę mały.
Stanąwszy obok niej, obejrzał się za swoje plecy żeby sprawdzić, czy nikt ich nie podsłuchuje.
- Cześć, Nora - zaczął, spokojnym głosem, zdecydowanie innym od tego, który mogła pamiętać z przeszłości. Bo chociaż łatwo było go rozpoznać po twarzy (okej, nie był szczególnie charakterystyczny, ale wpatrywali się w swoje oczy wystsrczająco długo), Moody zmienił się. Nie chodziło tu tylko w wzrost, ale i o szorstkość, której nabrał. - Udawaj chociaż trochę skruszoną, kiedy będziemy wychodzili, to się do ciebie nie przyczepi.
fear is the mind-killer.