07.07.2025, 15:43 ✶
Nie istniał scenariusz, w którym ręce Alastora Moody'ego miały nie opleść ciasno jego młodszej siostry, kiedy ta rzucała się na niego, a jeżeli miał zaistnieć – nie zadziałoby się to z jego nieprzymuszonej woli. Słowa bywały ciężkie. Życie dawało w kość. Topiły się jednak w tym smutku istnienia rzeczy pewne – niewyczerpywalne pokłady cierpliwości mężczyzny trwającego przy niej jak skała. Miało to na sobie wiele rys, bo już dawno poprzepalały mu się wszystkie styki i sam nie był ostoją zdrowego umysłu, ale brakło w tym ułudy – on naprawdę robił co tylko potrafił zrobić, żeby Millie była szczęśliwa, a świat w którym funkcjonowała warty walczenia o powrót do zdrowia. Brak odrzucenia i śmiałe wyrażanie głębokiej miłości, jaką do niej żywił, składały się na te starania i obraz dobrego człowieka, jaki chciał pozostawić po sobie kiedy pozostaną po nim już tylko wspomnienia i drewniana tablica przybita do drzewa na odludziu.
Zaśmiał się lekko.
– Krypem? – Wykrzywił się, tak dowcipnie, nieszczególnie starał się nadać temu gestowi jakiejś teatralności. – Słowo, którego szukasz to Auror. Londyn miałby naprawdę przewalone, gdybym zdradzał się od razu, że gdzieś wszedłem. – Pocałował ją w czoło, tuż przy linii włosów i odsunął się od niej, szukając w pomieszczeniu czegokolwiek, na czym mógłby usiąść, żeby się tu jakoś podziać. Przy takiej różnicy wzrostu prowadzenie rozmowy w klaustrofobicznie ciasnym pokoju Lecznicy Dusz (nie to, żeby te pokoje były AŻ TAK małe – to Alastor był AŻ TAK wielki) zaliczało się do katorgi, w której nie dało się uniknąć garbienia ani zadzierania głowy. Wykonał więc gest pytający niemo – mogę? – a później usiadł na krawędzi jej łóżka (nie miał przecież zająć mebla należącego do współlokatorki) i słuchał i słuchał i... To było dużo informacji, ale nie wydawało się, żeby którakolwiek z nich mu umknęła. Był wypoczęty i skupiony – nie zaciął się w momencie, kiedy zadała mu pytanie.
– A po co to zasłaniać? I tak to znajdą. Możemy to wytrzeć teraz, jeśli nie chcesz, żeby uzdrowicielki to znalazły. – Powiedział swobodnie. Nie skarcił jej, bo się sama w głowie już pewnie skarciła pięć razy, ale wyraźnie zasugerował najrozsądniejszą z dróg i od razu wiadomo było, że się będzie przy nich upierał. Przez moment na nią nie patrzył – spojrzenie utkwiło mu na tych obrazkach, ale nie skomentował ich głośno, jedynie pozwolił pewnym przemyśleniom kłębić się w głowie. Cisza, która na moment pomiędzy nimi zapadła była wyjątkowo głośna. – Nie mówił mi. – I to chyba dobrze? Bo Alastora wbrew pozorom nie cieszyły momenty, kiedy inni traktowali jego i jego siostrę jak jeden nierozłączalny byt. Owszem, musieliby go dosłownie zamordować, żeby nie chciał być blisko Mills, ale to przecież była dorosła kobieta. Z własnymi marzeniami i planem tygodnia – raportowanie każdej mu wszystkiego zdawało się obdzierać ją z samodzielności i odrębności, a to pozostawiało na ich relacji to dziwne coś, to...
Tę myśl, że ona już zawsze będzie chora. Że Millie już nigdy nie będzie samodzielna, że...
– Nawet gdyby mi powiedział, to przyszedłem słuchać ciebie, a nie jego interpretacji, wiesz o tym? Posłucham. Tylko jedna historia po drugiej... – Zabrzmiał przy tym miękko, pochylił się też do przodu, do tego obrazka, żeby zobaczyć, czym to w ogóle było stworzone. Coś tam przecież potrafił, a jak nie, to zapłaci. Ostatnio wydarzyło się tak wiele, że obrazki na ścianach wydawały się trywialne przy próbie ujęcia ich jako problem. Gdyby jeszcze wszystko inne dało się obejrzeć z takiego dystansu...
Zaśmiał się lekko.
– Krypem? – Wykrzywił się, tak dowcipnie, nieszczególnie starał się nadać temu gestowi jakiejś teatralności. – Słowo, którego szukasz to Auror. Londyn miałby naprawdę przewalone, gdybym zdradzał się od razu, że gdzieś wszedłem. – Pocałował ją w czoło, tuż przy linii włosów i odsunął się od niej, szukając w pomieszczeniu czegokolwiek, na czym mógłby usiąść, żeby się tu jakoś podziać. Przy takiej różnicy wzrostu prowadzenie rozmowy w klaustrofobicznie ciasnym pokoju Lecznicy Dusz (nie to, żeby te pokoje były AŻ TAK małe – to Alastor był AŻ TAK wielki) zaliczało się do katorgi, w której nie dało się uniknąć garbienia ani zadzierania głowy. Wykonał więc gest pytający niemo – mogę? – a później usiadł na krawędzi jej łóżka (nie miał przecież zająć mebla należącego do współlokatorki) i słuchał i słuchał i... To było dużo informacji, ale nie wydawało się, żeby którakolwiek z nich mu umknęła. Był wypoczęty i skupiony – nie zaciął się w momencie, kiedy zadała mu pytanie.
– A po co to zasłaniać? I tak to znajdą. Możemy to wytrzeć teraz, jeśli nie chcesz, żeby uzdrowicielki to znalazły. – Powiedział swobodnie. Nie skarcił jej, bo się sama w głowie już pewnie skarciła pięć razy, ale wyraźnie zasugerował najrozsądniejszą z dróg i od razu wiadomo było, że się będzie przy nich upierał. Przez moment na nią nie patrzył – spojrzenie utkwiło mu na tych obrazkach, ale nie skomentował ich głośno, jedynie pozwolił pewnym przemyśleniom kłębić się w głowie. Cisza, która na moment pomiędzy nimi zapadła była wyjątkowo głośna. – Nie mówił mi. – I to chyba dobrze? Bo Alastora wbrew pozorom nie cieszyły momenty, kiedy inni traktowali jego i jego siostrę jak jeden nierozłączalny byt. Owszem, musieliby go dosłownie zamordować, żeby nie chciał być blisko Mills, ale to przecież była dorosła kobieta. Z własnymi marzeniami i planem tygodnia – raportowanie każdej mu wszystkiego zdawało się obdzierać ją z samodzielności i odrębności, a to pozostawiało na ich relacji to dziwne coś, to...
Tę myśl, że ona już zawsze będzie chora. Że Millie już nigdy nie będzie samodzielna, że...
– Nawet gdyby mi powiedział, to przyszedłem słuchać ciebie, a nie jego interpretacji, wiesz o tym? Posłucham. Tylko jedna historia po drugiej... – Zabrzmiał przy tym miękko, pochylił się też do przodu, do tego obrazka, żeby zobaczyć, czym to w ogóle było stworzone. Coś tam przecież potrafił, a jak nie, to zapłaci. Ostatnio wydarzyło się tak wiele, że obrazki na ścianach wydawały się trywialne przy próbie ujęcia ich jako problem. Gdyby jeszcze wszystko inne dało się obejrzeć z takiego dystansu...
fear is the mind-killer.