08.07.2025, 00:25 ✶
Geraldine miała dowiedzieć się o wszystkim, co w oczach Ambroisa stanowiło ostatni gwóźdź do trumny Romulusa. Oczywiście, że miała. W końcu nigdy nie potrafił zbyt długo ukrywać przed nią tak poważnych spraw. Nie chciał jej okłamywać. Nie zamierzał także pozwolić na to, aby działania rzekomego najlepszego przyjaciela trwale odwlekły jego zamiary wobec ukochanej. Tyle tylko, że w tym momencie jeszcze nie był w stanie poruszyć z nią tego tematu.
Ba. Wedle własnego odbioru, jednocześnie nie chciał tego robić, ponieważ pragnął, aby Yaxleyówna nie czuła tego samego, co on poczuł. Nie chciał jeszcze bardziej psuć tego wieczoru. Zamierzał zadbać o to, żeby wszystko, co planował nadal miało właściwy wydźwięk. Nie, by jego dziewczyna wiązała ognisko z planowałem, ale mi nie wyszło, to wina Pottera, wybacz, być może jeszcze kiedyś nadarzy się właściwa okazha.
Nie chciał żalić jej się z tego, co poczuł, gdy ten całkowicie zawiódł jego oczekiwań. Nie miał w zwyczaju użalać się nad sobą. To po pierwsze. Po drugie zaś to oznaczałoby, że dał Romanowi wygrać. Że pozwolił na to, aby ten człowiek miał nad nim władzę wystarczającą do zrujnowania mu przyszłości. Przedłożyłby własną frustrację ponad szczęśliwy moment, gdyby postanowił wylać z siebie gorzkie żale zamiast przetrawić to wewnątrz i przemyśleć to, co mógł zrobić z całą sytuacją.
Rzecz jasna, poza pozbyciem się Romulusa z ich życia. Ta decyzja podjęła się praktycznie sama. Wszystkie inne były już znacznie cięższe. Wymagały rozmów i myślenia perspektywicznego. Na przykład odnośnie drugiego naczelnego problemu ogniska: stanu, w jakim pojawił się tam brat Yaxleyówny. Tego, że mając szczere chęci zadbania o kogokolwiek, Roth zupełnie nie zważał na swoich najbliższych. Było to widoczne zarówno wtedy na ulicy podczas konfrontacji z grupą chuliganów. Jak i w sposobie, w który podszedł do Roisa na zakończenie ogniska, zupełnie ignorując stan, w jakim znalazł się Greengrass, tylko usiłując odesłać go do Eliasa.
Ambroise był rodzinnym człowiekiem. Naprawdę. A przynajmniej właśnie za takiego uważał się praktycznie od zawsze. Cenił sobie rodowe wartości, szanował tradycję, utrzymywał kontakty ze znaczną większością krewnych i tak dalej, i tak dalej. Brał udział w uroczystościach, pojawiał się na świętowaniu sabatów. Szczerze wierzył w konieczność pielęgnowania relacji z bliskimi mu ludźmi.
Tyle tylko, że w tym wypadku nie miał zielonego pojęcia, co powinien zrobić. Coraz bardziej nie wiedział, w jaki sposób będzie wyglądać ich życie z młodym wampirem pod jednym dachem, jednocześnie mając wrażenie, że z tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia.
Jeszcze przed pożarami Londynu, gdy podjęli decyzję o tym, aby ponownie związać się ze sobą nawzajem, zostawili dosyć sporo tematów na później. Między innymi kwestie mieszkaniowe. Mieli poruszyć je z czasem i to raczej nie uległo zmianie. Tyle tylko, że wyjazd do Exmoor udowadniał, że Astaroth wymagał znacznie większej uwagi niż oboje mogli zakładać. Miał naprawdę mocne wahania nastrojów. Zachowywał się jak nastolatek podczas burzy hormonów, wspomagany substancjami psychoaktywnymi, w dodatku mający zdecydowanie niebezpiecznie dużo siły.
Tego nie dało się zignorować. Nie po tym, co Ambroise usłyszał w kwestii najświeższych zachowań Rotha. Astaroth był cholernie niestabilny i w odbiorze Greengrassa, zażywane medykamenty, od których był uzależniony Roth, stanowiły wyłącznie sam czubek góry lodowej. To był jedynie wierzch problemów. Prawdziwa istota nowego sposobu bycia brata Geraldine tkwiła gdzieś znacznie głębiej. Nie tylko w eliksirach nasennych. Nie tylko w odwyku. Nie tylko w wampiryzmie.
Oczywiście, mogli próbować pomóc mu wyjść na prostą. Już to robili. Przynajmniej w kwestii środków nasennych. Tyle tylko, że nie dało się nie zauważyć, że Yaxley już wcześniej miał ze sobą problemy. Wtedy w czerwcu, kiedy ścięli się ze sobą nawzajem na korytarzu w mieszkaniu przy Horyzontalnej, młody chłopak nie był jeszcze uzależniony od żadnych specyfików. Był za to pełen gniewu i zupełnie nieprzewidywalny.
Wpadał w depresję, później w manię. Przeskakiwał między stanami. Traktował siostrę jak swoją własność, jednocześnie odnosząc się do niej jak do śmiecia. Nie dało się przewidywać jego zachowania. To wszystko sprawiało, że Ambroise naprawdę poważnie zastanawiał się nad tym, co rzeczywiście potrafili jeszcze osiągnąć. Co mogli zrobić bez straty dla siebie. Bez podejmowania ryzyka za ryzykiem.
Był logicznym człowiekiem, szczególnie we własnych oczach, pracował na oddziale zatruć eliksiralnych, toteż nie raz, nie dwa naoglądał się wielu różnych zachowań. Co prawda później takie osoby zazwyczaj witała Lecznica Dusz. Oni w Mungu leczyli wyłącznie skutki przedawkowań, ich powody były badane przez magipsychiatrów. Jednakże wiedział, jaka męczarnia mogła ich czekać. Był tego świadomy od samego początku. I chociaż nigdy nie pozwoliłby, aby Rina przechodziła przez to sama, jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że oboje musieli w najbliższym czasie odbyć rozmowę dotyczącą mierzenia sił na zamiary.
Londyn nie był już tym samym miejscem. Stolica być może była w trakcie odbudowy. Podnosiła się z gruzów po niedawnych pożarach, ale powrót do poprzedniego stanu raczej przestał wchodzić w grę. To nie do końca było już miejsce, które znali. Zasady gry ulegały nieustannym zmianom a Roise...
...Roise zupełnie nie wiedział, w jaki sposób mieliby pogodzić konieczność dostosowania się do nowej rzeczywistości przy jednoczesnych dalszych próbach wzięcia odpowiedzialności nie tylko za siebie (z osobna czy nawzajem), lecz także za nieprzewidywalnego, maniakalnego wampira.
Roth go nienawidził. Przynajmniej przez większość czasu. Później nagle się z nim spoufalał, aby następnie znów ziać nienawiścią. Ambroise nie zamierzał mu na to pozwalać.
Jak mieliby dzielić jeden dach? Na Horyzontalnej czy w Whitby? W obu tych miejscach, gdzie powinni móc odpocząć, odetchnąć?
- Wiem. Nie zamierzam dolewać smoczej oliwy do ognia - ale to wiedziała, czyż nie? - Ale jednocześnie nie wyobrażam sobie nie bywać w twoim mieszkaniu. Nie zamierzam chodzić na palcach, bo wkurwia go moja twarz - w tym momencie na jego twarzy pojawiło się coś na kształt ironicznego uśmiechu, jednak dosyć szybko spoważniał.
Przecież nie był ślepy. Rina już się dusiła. Dostrzegał to, nawet jeśli o tym nie mówił. Szukał rozwiązań tak samo jak i ona ich poszukiwała. Robili to oboje. Tylko Roth pozostawał bierny. Przynajmniej do momentu, w którym zaczynała kierować nim agresja. Wtedy dosłownie przemieniał się w potwora mogącego skrzywdzić wszystkich bez chwili zawahania, nie patrząc na nic. Jak mieli mu ufać? Jak mieli spać spokojnie z myślą, że w każdej chwili może ich zaatakować? Dzielić z nim dom? Wprowadzić go w swoją przestrzeń?
- Moglibyśmy wybrać się tam w przeciągu najbliższego tygodnia? Do Whitby? - Stwierdził w zamyśleniu, kiwając do siebie głową, bo to brzmiało już jak jakiś plan. - Upewnić się, że wszystko jest w porządku. Zacząć tworzyć jakiś plan - nawet jeśli dostęp do materiałów i specjalistów miał być obecnie ograniczony, przecież i tak to były w większości niemagiczne tereny.
Oczywiście, mugole również ucierpieli od ognia, ale dostęp do lokalnych rzemieślników mógł być ułatwiony. To nie był Londyn. To była prowincja. Poważniejsza sprawa dotyczyła stolicy.
- Nie wiem - odpowiedział wyjątkowo wprost, ten nieliczny raz naprawdę nie wahając się przed przyznaniem, że tu także zupełnie nie miał pojęcia. - Corio przygotował całą listę dokumentów związanych z remontem części wspólnej, która ucierpiała jednocześnie ze spłonięciem tamtego mieszkania, co samo w sobie jest dosyć skomplikowane, bo kamienica zalicza się już do zabytków. Jeszcze przed pożarami, budynek był obłożony obwarowaniami i obostrzeniami dotyczącymi nawet zmian wewnątrz. Nie tylko w układzie pomieszczeń, ale także przy wykończeniach. W takim wypadku? - Urwał na chwilę, tylko po to, żeby posłać wymowne spojrzenie w kierunku Geraldine. - Nie wiem, czy to gra warta świeczki. Jeśli spróbują wymusić na mnie - bo tak, bez wątpienia mogli tylko próbować; raczej bezskutecznie - trzymanie się określonych wymagań, czeka mnie bardzo kosztowna batalia - nie musiał mówić, jaka, czyż nie?
Istniały tylko dwie opcje: mógł rzeczywiście spełniać wszystkie wygórowane wymagania, wlewając czas i majątek do studni niemal bez dna. Mógł także posunąć się do łapówkarstwa, które było tak samo drogie i niosło ze sobą ryzyko. Pokręcił głową, wykrzywiając wargi w czymś na kształt niezbyt entuzjastycznego uśmiechu, po czym przeniósł wzrok z dziewczyny z powrotem na linię horyzontu.
- Zresztą - zaczął po chwili milczenia, szukając odpowiednich słów, choć te chyba nie istniały; nie, gdy była mowa o czymś takim. - Racja - wyjątkowa zgodność, tak? - Whitby to dobre miejsce, ale to odskocznia - a nie musiał mówić, że Londyn nigdy nie był jego ulubionym miejscem zamieszkania, czyż nie? - Jest za daleko od miasta. Poza tym, to mały budynek. Swego czasu myślałem o dokupieniu części wrzosowiska. Tak, by oficjalnie była nasza, ale rozbudowa tamtego domu będzie absurdalnie kosztowna. Już sam remont pochłonie sporo funduszy. Być może sprzedając spalone mieszkanie i inwestując to w naprawy, wyjdziemy na nieznacznym plusie, ale - zamilkł po raz kolejny.
No właśnie. Ale? To było ich ukochane miejsce, jednak bez wątpienia nie dało się ukryć, że lokalizacja miała również dużo zalet, co wad. Przez ostatnie półtora roku oboje doszli do tego samego wniosku. Już o tym rozmawiali. Nie dało się trzymać zupełnie z dala od konfliktu. Nie mogli wrócić do alientowania się na odludziu. To już nie wchodziło w grę.
- Nie, nie możemy tam ponownie zamieszkać - przytaknął wprost, bardzo poważnie.
Ba. Wedle własnego odbioru, jednocześnie nie chciał tego robić, ponieważ pragnął, aby Yaxleyówna nie czuła tego samego, co on poczuł. Nie chciał jeszcze bardziej psuć tego wieczoru. Zamierzał zadbać o to, żeby wszystko, co planował nadal miało właściwy wydźwięk. Nie, by jego dziewczyna wiązała ognisko z planowałem, ale mi nie wyszło, to wina Pottera, wybacz, być może jeszcze kiedyś nadarzy się właściwa okazha.
Nie chciał żalić jej się z tego, co poczuł, gdy ten całkowicie zawiódł jego oczekiwań. Nie miał w zwyczaju użalać się nad sobą. To po pierwsze. Po drugie zaś to oznaczałoby, że dał Romanowi wygrać. Że pozwolił na to, aby ten człowiek miał nad nim władzę wystarczającą do zrujnowania mu przyszłości. Przedłożyłby własną frustrację ponad szczęśliwy moment, gdyby postanowił wylać z siebie gorzkie żale zamiast przetrawić to wewnątrz i przemyśleć to, co mógł zrobić z całą sytuacją.
Rzecz jasna, poza pozbyciem się Romulusa z ich życia. Ta decyzja podjęła się praktycznie sama. Wszystkie inne były już znacznie cięższe. Wymagały rozmów i myślenia perspektywicznego. Na przykład odnośnie drugiego naczelnego problemu ogniska: stanu, w jakim pojawił się tam brat Yaxleyówny. Tego, że mając szczere chęci zadbania o kogokolwiek, Roth zupełnie nie zważał na swoich najbliższych. Było to widoczne zarówno wtedy na ulicy podczas konfrontacji z grupą chuliganów. Jak i w sposobie, w który podszedł do Roisa na zakończenie ogniska, zupełnie ignorując stan, w jakim znalazł się Greengrass, tylko usiłując odesłać go do Eliasa.
Ambroise był rodzinnym człowiekiem. Naprawdę. A przynajmniej właśnie za takiego uważał się praktycznie od zawsze. Cenił sobie rodowe wartości, szanował tradycję, utrzymywał kontakty ze znaczną większością krewnych i tak dalej, i tak dalej. Brał udział w uroczystościach, pojawiał się na świętowaniu sabatów. Szczerze wierzył w konieczność pielęgnowania relacji z bliskimi mu ludźmi.
Tyle tylko, że w tym wypadku nie miał zielonego pojęcia, co powinien zrobić. Coraz bardziej nie wiedział, w jaki sposób będzie wyglądać ich życie z młodym wampirem pod jednym dachem, jednocześnie mając wrażenie, że z tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia.
Jeszcze przed pożarami Londynu, gdy podjęli decyzję o tym, aby ponownie związać się ze sobą nawzajem, zostawili dosyć sporo tematów na później. Między innymi kwestie mieszkaniowe. Mieli poruszyć je z czasem i to raczej nie uległo zmianie. Tyle tylko, że wyjazd do Exmoor udowadniał, że Astaroth wymagał znacznie większej uwagi niż oboje mogli zakładać. Miał naprawdę mocne wahania nastrojów. Zachowywał się jak nastolatek podczas burzy hormonów, wspomagany substancjami psychoaktywnymi, w dodatku mający zdecydowanie niebezpiecznie dużo siły.
Tego nie dało się zignorować. Nie po tym, co Ambroise usłyszał w kwestii najświeższych zachowań Rotha. Astaroth był cholernie niestabilny i w odbiorze Greengrassa, zażywane medykamenty, od których był uzależniony Roth, stanowiły wyłącznie sam czubek góry lodowej. To był jedynie wierzch problemów. Prawdziwa istota nowego sposobu bycia brata Geraldine tkwiła gdzieś znacznie głębiej. Nie tylko w eliksirach nasennych. Nie tylko w odwyku. Nie tylko w wampiryzmie.
Oczywiście, mogli próbować pomóc mu wyjść na prostą. Już to robili. Przynajmniej w kwestii środków nasennych. Tyle tylko, że nie dało się nie zauważyć, że Yaxley już wcześniej miał ze sobą problemy. Wtedy w czerwcu, kiedy ścięli się ze sobą nawzajem na korytarzu w mieszkaniu przy Horyzontalnej, młody chłopak nie był jeszcze uzależniony od żadnych specyfików. Był za to pełen gniewu i zupełnie nieprzewidywalny.
Wpadał w depresję, później w manię. Przeskakiwał między stanami. Traktował siostrę jak swoją własność, jednocześnie odnosząc się do niej jak do śmiecia. Nie dało się przewidywać jego zachowania. To wszystko sprawiało, że Ambroise naprawdę poważnie zastanawiał się nad tym, co rzeczywiście potrafili jeszcze osiągnąć. Co mogli zrobić bez straty dla siebie. Bez podejmowania ryzyka za ryzykiem.
Był logicznym człowiekiem, szczególnie we własnych oczach, pracował na oddziale zatruć eliksiralnych, toteż nie raz, nie dwa naoglądał się wielu różnych zachowań. Co prawda później takie osoby zazwyczaj witała Lecznica Dusz. Oni w Mungu leczyli wyłącznie skutki przedawkowań, ich powody były badane przez magipsychiatrów. Jednakże wiedział, jaka męczarnia mogła ich czekać. Był tego świadomy od samego początku. I chociaż nigdy nie pozwoliłby, aby Rina przechodziła przez to sama, jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że oboje musieli w najbliższym czasie odbyć rozmowę dotyczącą mierzenia sił na zamiary.
Londyn nie był już tym samym miejscem. Stolica być może była w trakcie odbudowy. Podnosiła się z gruzów po niedawnych pożarach, ale powrót do poprzedniego stanu raczej przestał wchodzić w grę. To nie do końca było już miejsce, które znali. Zasady gry ulegały nieustannym zmianom a Roise...
...Roise zupełnie nie wiedział, w jaki sposób mieliby pogodzić konieczność dostosowania się do nowej rzeczywistości przy jednoczesnych dalszych próbach wzięcia odpowiedzialności nie tylko za siebie (z osobna czy nawzajem), lecz także za nieprzewidywalnego, maniakalnego wampira.
Roth go nienawidził. Przynajmniej przez większość czasu. Później nagle się z nim spoufalał, aby następnie znów ziać nienawiścią. Ambroise nie zamierzał mu na to pozwalać.
Jak mieliby dzielić jeden dach? Na Horyzontalnej czy w Whitby? W obu tych miejscach, gdzie powinni móc odpocząć, odetchnąć?
- Wiem. Nie zamierzam dolewać smoczej oliwy do ognia - ale to wiedziała, czyż nie? - Ale jednocześnie nie wyobrażam sobie nie bywać w twoim mieszkaniu. Nie zamierzam chodzić na palcach, bo wkurwia go moja twarz - w tym momencie na jego twarzy pojawiło się coś na kształt ironicznego uśmiechu, jednak dosyć szybko spoważniał.
Przecież nie był ślepy. Rina już się dusiła. Dostrzegał to, nawet jeśli o tym nie mówił. Szukał rozwiązań tak samo jak i ona ich poszukiwała. Robili to oboje. Tylko Roth pozostawał bierny. Przynajmniej do momentu, w którym zaczynała kierować nim agresja. Wtedy dosłownie przemieniał się w potwora mogącego skrzywdzić wszystkich bez chwili zawahania, nie patrząc na nic. Jak mieli mu ufać? Jak mieli spać spokojnie z myślą, że w każdej chwili może ich zaatakować? Dzielić z nim dom? Wprowadzić go w swoją przestrzeń?
- Moglibyśmy wybrać się tam w przeciągu najbliższego tygodnia? Do Whitby? - Stwierdził w zamyśleniu, kiwając do siebie głową, bo to brzmiało już jak jakiś plan. - Upewnić się, że wszystko jest w porządku. Zacząć tworzyć jakiś plan - nawet jeśli dostęp do materiałów i specjalistów miał być obecnie ograniczony, przecież i tak to były w większości niemagiczne tereny.
Oczywiście, mugole również ucierpieli od ognia, ale dostęp do lokalnych rzemieślników mógł być ułatwiony. To nie był Londyn. To była prowincja. Poważniejsza sprawa dotyczyła stolicy.
- Nie wiem - odpowiedział wyjątkowo wprost, ten nieliczny raz naprawdę nie wahając się przed przyznaniem, że tu także zupełnie nie miał pojęcia. - Corio przygotował całą listę dokumentów związanych z remontem części wspólnej, która ucierpiała jednocześnie ze spłonięciem tamtego mieszkania, co samo w sobie jest dosyć skomplikowane, bo kamienica zalicza się już do zabytków. Jeszcze przed pożarami, budynek był obłożony obwarowaniami i obostrzeniami dotyczącymi nawet zmian wewnątrz. Nie tylko w układzie pomieszczeń, ale także przy wykończeniach. W takim wypadku? - Urwał na chwilę, tylko po to, żeby posłać wymowne spojrzenie w kierunku Geraldine. - Nie wiem, czy to gra warta świeczki. Jeśli spróbują wymusić na mnie - bo tak, bez wątpienia mogli tylko próbować; raczej bezskutecznie - trzymanie się określonych wymagań, czeka mnie bardzo kosztowna batalia - nie musiał mówić, jaka, czyż nie?
Istniały tylko dwie opcje: mógł rzeczywiście spełniać wszystkie wygórowane wymagania, wlewając czas i majątek do studni niemal bez dna. Mógł także posunąć się do łapówkarstwa, które było tak samo drogie i niosło ze sobą ryzyko. Pokręcił głową, wykrzywiając wargi w czymś na kształt niezbyt entuzjastycznego uśmiechu, po czym przeniósł wzrok z dziewczyny z powrotem na linię horyzontu.
- Zresztą - zaczął po chwili milczenia, szukając odpowiednich słów, choć te chyba nie istniały; nie, gdy była mowa o czymś takim. - Racja - wyjątkowa zgodność, tak? - Whitby to dobre miejsce, ale to odskocznia - a nie musiał mówić, że Londyn nigdy nie był jego ulubionym miejscem zamieszkania, czyż nie? - Jest za daleko od miasta. Poza tym, to mały budynek. Swego czasu myślałem o dokupieniu części wrzosowiska. Tak, by oficjalnie była nasza, ale rozbudowa tamtego domu będzie absurdalnie kosztowna. Już sam remont pochłonie sporo funduszy. Być może sprzedając spalone mieszkanie i inwestując to w naprawy, wyjdziemy na nieznacznym plusie, ale - zamilkł po raz kolejny.
No właśnie. Ale? To było ich ukochane miejsce, jednak bez wątpienia nie dało się ukryć, że lokalizacja miała również dużo zalet, co wad. Przez ostatnie półtora roku oboje doszli do tego samego wniosku. Już o tym rozmawiali. Nie dało się trzymać zupełnie z dala od konfliktu. Nie mogli wrócić do alientowania się na odludziu. To już nie wchodziło w grę.
- Nie, nie możemy tam ponownie zamieszkać - przytaknął wprost, bardzo poważnie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down