08.07.2025, 12:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.07.2025, 12:38 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
W oczach Ambroisa, to nie Geraldine czy oni razem zawodzili Astarotha. To nie oni nie dawali sobie rady z opieką nad jej młodszym bratem. To wspomniany wampir popadł w marazm, nie próbując znaleźć rozwiązania, nie chcąc iść dalej. Robili wszystko, co mogli, aby to zmienić. A jednak nic nie działało.
W oczach Ambroisa, to nie było także nic niezwykłego, że próbował, naprawdę próbował włączyć się w rozwiązanie problemu, jaki mieli. Oboje. W końcu byli razem. Nie zamierzał zostawić Yaxleyówny z tym wszystkim, co działo się wbrew jej szczerym chęciom. Starała się, ale to ją wykańczało. Należało wreszcie powiedzieć stop. To była ta chwila. Jak nie teraz to kiedy?
- Nie, nie jest - odparł bez konieczności namyślania się nad odpowiedzią, bowiem Geraldine kolejny raz miała rację.
Jednocześnie nie mógł jednak nie pochylić się nad tematem z nieco innej perspektywy. Tej, która w jego oczach być może w pewnym sensie wyjaśniała gwałtowność zachowań Rotha. I tej, która zarazem nie zwiastowała zbyt dobrze na jakąkolwiek przyszłość młodego Yaxleya. W tym wypadku, Ambroise miał jednocześnie zbieżne i zupełnie inne obserwacje. Tak, jak najbardziej zgadzał się ze słowami o tym, że Astaroth nie był już dzieckiem. Nie był nawet nastolatkiem. Teoretycznie przed przemianą przekroczył magiczną granicę i stał się kimś dorosłym, ale...
...no właśnie.
- Nie znam się na wampirach, wiesz - nie zamierzał ukrywać tego, że o ile jego zainteresowania sięgały naprawdę głęboko i dotyczyły wielu kwestii, które mogłyby być zbieżne z życiem po śmierci, nigdy nie czuł potrzeby zgłębiania tematu wampiryzmu.
Czy teraz tego żałował? Niekoniecznie. Oczywiście, z pewnością byłoby im łatwiej, gdyby mieli szerszą wiedzę odnośnie przypadłości brata dziewczyny, ale nawet ta, jaką posiadali wystarczała mu, aby mógł stwierdzić najważniejsze rzeczy. Operował faktami, paroma przypuszczeniami, kilkoma informacjami zdobytymi podczas załatwiania krwi dla Yaxleya. To wszystko układało się w raczej dosyć jasny obraz.
- Ale z medycznego punktu widzenia, Roth się nie starzeje. Nie zestarzeje się. W jego ciele nie zachodzą żadne nowe zmiany, prócz tych wywoływanych przez wampiryzm - stwierdził spokojnie, mimo wszystko zamierzając przejść od razu do sedna, nie krążyć naokoło, nawet jeśli jego wnioski były dosyć ponure. - Najważniejsze struktury mózgowe odpowiadające za dojrzałość rozwijają się do około dwudziestego piątego, dwudziestego szóstego roku życia. W przypadku młodych chłopców - urwał na moment, mimowolnie cicho parskając pod nosem na wspomnienie własnych młodzieńczych lat - w przypadku młodych arystokratów - tak, to było cyniczne, ale trafione; w końcu sam też wychował się w bogactwie i przekonaniu o własnej zajebistości związanej ze statusem społecznym - to może zająć znacznie dłużej - czy w ogóle musiał kończyć zdanie?
Skoro jednak powiedział a, zamierzał także wypowiedzieć b. Choćby tylko po to, aby oboje mogli ostatecznie zgodzić się we wniosku, do którego zmierzali już od jakiegoś czasu. Po wydarzeniach z lasu, o których usłyszał, naprawdę nie miał już zbyt wielu złudzeń. Zresztą nie zamierzał dawać się nimi karmić komuś, kto nawet nie próbował wykorzystać kupowanego sobie czasu, aby się zmienić.
- On nie dorośnie. Może się przystosować, ale umysłowo zawsze będzie młodym dorosłym - stwierdził wreszcie na głos, utrzymując spojrzenie na twarzy Yaxleyówny i lekko ściskając jej palce wplecione w jego własne. - Nie sądzę, że będziemy mieć skuteczny wpływ na jego wychowanie. Jasne, może nauczyć się maskować - tu akurat on sam także miał dosyć szerokie doświadczenie w byciu kameleonem; oboje zdawali sobie z tego sprawę - ale gdzieś musiałby być sobą i ktoś musiałby nauczyć go rozgraniczać tu od tam. Inaczej to nie zadziała - nie rozwijał tego dalej, bo i po co?
Po prostu stwierdził to, co oboje gdzieś podskórnie już wiedzieli. Nawet ich własna relacja w znacznej mierze bazowała na tym, że wewnątrz ich domu mogli zachowywać się normalnie. Dokładnie tak jak chcieli. Nie mieli oporów przed pokazywaniem swojej naturalnej strony. Nie tej bazującej na pilnowaniu się wymogów stawianych im przez społeczeństwo czy status.
Zresztą, na zewnątrz też raczej nie mieli w zwyczaju zbyt mocno uginać karku. Zazwyczaj robili to, czego chcieli. Ale w domu? W domu byli zupełnie naturalni. W domu mogli nie zwracać uwagi na to, co poza nim było istotne. Tak jak w przeciągu ostatniego tygodnia, gdy ganiali się po salonie albo kochali w ogródku.
Mieli to porzucić ze względu na kogoś, kto nigdy nie miał odwzajemnić ich starań? Mieli całkowicie zabić w sobie spontaniczność? Stać się wymuszonymi rodzicami wiecznego nastolatka z burzą hormonów? Wpadającego to w euforię i manię, to w depresję? Zważać i baczyć na wszystko, co mówią i robią?
Poza tym na chwilę przed wybuchem pożarów rozmawiali także o własnej przyszłości. O swojej rodzinie. O tym, że choć teraz to nie był najwłaściwszy moment, być może za kilka lat mogli chcieć coś zmienić. Założyć rodzinę, założyć stado. To także kryło się gdzieś pod powierzchnią. To również wpływało na jego osąd. Wampiry i dzieci nie były zbyt dobrym połączeniem. Szczególnie, gdy nie mogli zaufać zachowaniom Rotha.
Prócz tego wszelkie wyjazdy. Wakacje. Wycieczki za miasto. Weekendy w domu w Whitby. Polowania Geraldine, jego wielogodzinne dyżury w pracy. W tej formie mogli utrzymać wszystko jeszcze przez miesiąc, może dwa, ale na dłuższą metę? Dawał im góra pół roku zanim coś znów by pękło. Nie w nich, ich relacja wychodziła na prostą, ale w ich stosunkach z Astarothem. Prędzej niż później coś spektakularnie by się spierdoliło.
A już nie było łatwo.
- Jest - potrzebował sekundy albo dwóch, żeby uświadomić sobie upływ czasu - środa. W czwartek rano powinienem dostać aktualizację grafiku - stwierdził, nie dodając, z czego to wynikało.
Stracili dużo osób. Naprawdę wiele. Pożary odebrały życie zarówno cywilom, jak i ratownikom. Uzdrowicielom, stażystom, członkom ich rodzin. Chaos nadal nie został do końca opanowany. Sytuacja wciąż ulegała zmianom.
- Podejrzewam, że nie wcisną mnie nigdzie na piątek rano, ale wieczór mogę mieć już w pracy - a to oznaczało, że na ten moment najstabilniejszy moment mieli właśnie za niecałe dwa dni.
Posłał pytające spojrzenie w kierunku dziewczyny. Teoretycznie stwierdziła, że jej plany na tydzień były względnie luźne, jednak wciąż zamierzał potwierdzić z nią, że ta data wstępnie jej pasowała.
- Powinniśmy sprzedać mieszkanie - skinął głową. - Nie zarobimy na nim, ale to najrozsądniejsza decyzja - szczególnie po tym wszystkim, co działo się w ich świecie, po sytuacji z pożarami i Romulusem...
...prócz tego, Roise szczerze wątpił, aby większość ich bliskich nie myślała podobnie, jeśli nie tak samo. Nie byli już wiecznymi imprezowiczami. Życie nocne ich nie przyciągało. Przynajmniej nie wszystkich. Potrzebowali spokoju. A tego w Londynie już nie było.
To nie byłby pierwszy raz, kiedy pomyślał o tej możliwości. Ten wieczór miał stanowić wstęp do nowego rozdziału. Prędzej czy później musieli zatem rozważyć dalsze możliwości. Londyn był dobry krótkoterminowo, ale ciągłe życie w wielkim mieście zupełnie do nich nie pasowało. Jednocześnie teoretycznie po ślubie powinni planować przenosiny jak najbliżej Doliny Godryka. Tak nakazywałby obyczaj. To były jego rodzinne strony, jego rodowa odpowiedzialność. Powinien zamieszkać jak najbliżej Kniei, ale...
...no właśnie. O tym też już rozmawiali, prawda? W ostatnim czasie czuł się coraz bardziej przytłoczony oczekiwaniami, które stawiano mu bez cienia wyrozumiałości. Bez odrobiny wdzięczności za to, co robił. Ponadto miał wrażenie, że starano się zadbać o to, aby rzeczywiście nie sięgnął po należne mu dziedzictwo. Może nie robił tego ojciec, ale matka siostry? Ich relacje uległy poprawie wraz z upływem czasu, ale czym innym było to nagłe zajście w ciążę? Staranie się o syna, który mógłby wypchnąć go ze stołka, znajdując na to jakiś sposób?
- W stronę Dover? Canterbury? Chelmsford? - Rzucił zatem, nie czekając zbytnio, aby dodać. - Okolice morza, ewentualnie Tamizy? Dużo zieleni? Spory dom z dużą działką? - W tym wypadku zdecydowanie mieli jasność.
Tak, być może była to całkiem szybka decyzja, jednak w gruncie rzeczy przecież zawsze działali w ten sposób. To nie był moment na długie zwlekanie. Za dużo się działo. Zbyt wiele się zmieniało.
- O ile budynki gospodarcze nie będą znajdować się w pobliżu domu - zaznaczył, nie zagłębiając się zbytnio w temat, dlaczego tak bardzo mu na tym zależało.
Nie lubił koni. Ot co. Nie lubił parzystokopytnych. Po prostu. Nie zamierzał udawać, że przez te niecałe dwa lata zupełnie zmienił swoje zdanie w ich temacie. Być może jednocześnie w dalszym ciągu trwał w przekonaniu, że nie stanowi to dla niego nawet najmniejszego problemu w normalnym życiu. Bo tak było, prawda? Nie miewał doczynienia z takimi stworzeniami. Jednakże nie chciał kusić losu. Nie potrzebował zmieniać podejścia, skoro nie miewał styczności z końmi i tak dalej.
- Najlepiej w przeciwległym krańcu w stosunku do szklarni - dopowiedział po kilkunastu sekundach, dorzucając jeszcze względnie gładkie. - Tak, żeby nie zeżarły niczego, co im zaszkodzi, rzecz jasna. I żeby nie popsuły upraw - bo tylko o to chodziło, czyż nie?
Kwestie techniczne. Dbanie o otoczenie. Nie prywatne uprzedzenia względem zwierzęcych demonów. Wcale.
W oczach Ambroisa, to nie było także nic niezwykłego, że próbował, naprawdę próbował włączyć się w rozwiązanie problemu, jaki mieli. Oboje. W końcu byli razem. Nie zamierzał zostawić Yaxleyówny z tym wszystkim, co działo się wbrew jej szczerym chęciom. Starała się, ale to ją wykańczało. Należało wreszcie powiedzieć stop. To była ta chwila. Jak nie teraz to kiedy?
- Nie, nie jest - odparł bez konieczności namyślania się nad odpowiedzią, bowiem Geraldine kolejny raz miała rację.
Jednocześnie nie mógł jednak nie pochylić się nad tematem z nieco innej perspektywy. Tej, która w jego oczach być może w pewnym sensie wyjaśniała gwałtowność zachowań Rotha. I tej, która zarazem nie zwiastowała zbyt dobrze na jakąkolwiek przyszłość młodego Yaxleya. W tym wypadku, Ambroise miał jednocześnie zbieżne i zupełnie inne obserwacje. Tak, jak najbardziej zgadzał się ze słowami o tym, że Astaroth nie był już dzieckiem. Nie był nawet nastolatkiem. Teoretycznie przed przemianą przekroczył magiczną granicę i stał się kimś dorosłym, ale...
...no właśnie.
- Nie znam się na wampirach, wiesz - nie zamierzał ukrywać tego, że o ile jego zainteresowania sięgały naprawdę głęboko i dotyczyły wielu kwestii, które mogłyby być zbieżne z życiem po śmierci, nigdy nie czuł potrzeby zgłębiania tematu wampiryzmu.
Czy teraz tego żałował? Niekoniecznie. Oczywiście, z pewnością byłoby im łatwiej, gdyby mieli szerszą wiedzę odnośnie przypadłości brata dziewczyny, ale nawet ta, jaką posiadali wystarczała mu, aby mógł stwierdzić najważniejsze rzeczy. Operował faktami, paroma przypuszczeniami, kilkoma informacjami zdobytymi podczas załatwiania krwi dla Yaxleya. To wszystko układało się w raczej dosyć jasny obraz.
- Ale z medycznego punktu widzenia, Roth się nie starzeje. Nie zestarzeje się. W jego ciele nie zachodzą żadne nowe zmiany, prócz tych wywoływanych przez wampiryzm - stwierdził spokojnie, mimo wszystko zamierzając przejść od razu do sedna, nie krążyć naokoło, nawet jeśli jego wnioski były dosyć ponure. - Najważniejsze struktury mózgowe odpowiadające za dojrzałość rozwijają się do około dwudziestego piątego, dwudziestego szóstego roku życia. W przypadku młodych chłopców - urwał na moment, mimowolnie cicho parskając pod nosem na wspomnienie własnych młodzieńczych lat - w przypadku młodych arystokratów - tak, to było cyniczne, ale trafione; w końcu sam też wychował się w bogactwie i przekonaniu o własnej zajebistości związanej ze statusem społecznym - to może zająć znacznie dłużej - czy w ogóle musiał kończyć zdanie?
Skoro jednak powiedział a, zamierzał także wypowiedzieć b. Choćby tylko po to, aby oboje mogli ostatecznie zgodzić się we wniosku, do którego zmierzali już od jakiegoś czasu. Po wydarzeniach z lasu, o których usłyszał, naprawdę nie miał już zbyt wielu złudzeń. Zresztą nie zamierzał dawać się nimi karmić komuś, kto nawet nie próbował wykorzystać kupowanego sobie czasu, aby się zmienić.
- On nie dorośnie. Może się przystosować, ale umysłowo zawsze będzie młodym dorosłym - stwierdził wreszcie na głos, utrzymując spojrzenie na twarzy Yaxleyówny i lekko ściskając jej palce wplecione w jego własne. - Nie sądzę, że będziemy mieć skuteczny wpływ na jego wychowanie. Jasne, może nauczyć się maskować - tu akurat on sam także miał dosyć szerokie doświadczenie w byciu kameleonem; oboje zdawali sobie z tego sprawę - ale gdzieś musiałby być sobą i ktoś musiałby nauczyć go rozgraniczać tu od tam. Inaczej to nie zadziała - nie rozwijał tego dalej, bo i po co?
Po prostu stwierdził to, co oboje gdzieś podskórnie już wiedzieli. Nawet ich własna relacja w znacznej mierze bazowała na tym, że wewnątrz ich domu mogli zachowywać się normalnie. Dokładnie tak jak chcieli. Nie mieli oporów przed pokazywaniem swojej naturalnej strony. Nie tej bazującej na pilnowaniu się wymogów stawianych im przez społeczeństwo czy status.
Zresztą, na zewnątrz też raczej nie mieli w zwyczaju zbyt mocno uginać karku. Zazwyczaj robili to, czego chcieli. Ale w domu? W domu byli zupełnie naturalni. W domu mogli nie zwracać uwagi na to, co poza nim było istotne. Tak jak w przeciągu ostatniego tygodnia, gdy ganiali się po salonie albo kochali w ogródku.
Mieli to porzucić ze względu na kogoś, kto nigdy nie miał odwzajemnić ich starań? Mieli całkowicie zabić w sobie spontaniczność? Stać się wymuszonymi rodzicami wiecznego nastolatka z burzą hormonów? Wpadającego to w euforię i manię, to w depresję? Zważać i baczyć na wszystko, co mówią i robią?
Poza tym na chwilę przed wybuchem pożarów rozmawiali także o własnej przyszłości. O swojej rodzinie. O tym, że choć teraz to nie był najwłaściwszy moment, być może za kilka lat mogli chcieć coś zmienić. Założyć rodzinę, założyć stado. To także kryło się gdzieś pod powierzchnią. To również wpływało na jego osąd. Wampiry i dzieci nie były zbyt dobrym połączeniem. Szczególnie, gdy nie mogli zaufać zachowaniom Rotha.
Prócz tego wszelkie wyjazdy. Wakacje. Wycieczki za miasto. Weekendy w domu w Whitby. Polowania Geraldine, jego wielogodzinne dyżury w pracy. W tej formie mogli utrzymać wszystko jeszcze przez miesiąc, może dwa, ale na dłuższą metę? Dawał im góra pół roku zanim coś znów by pękło. Nie w nich, ich relacja wychodziła na prostą, ale w ich stosunkach z Astarothem. Prędzej niż później coś spektakularnie by się spierdoliło.
A już nie było łatwo.
- Jest - potrzebował sekundy albo dwóch, żeby uświadomić sobie upływ czasu - środa. W czwartek rano powinienem dostać aktualizację grafiku - stwierdził, nie dodając, z czego to wynikało.
Stracili dużo osób. Naprawdę wiele. Pożary odebrały życie zarówno cywilom, jak i ratownikom. Uzdrowicielom, stażystom, członkom ich rodzin. Chaos nadal nie został do końca opanowany. Sytuacja wciąż ulegała zmianom.
- Podejrzewam, że nie wcisną mnie nigdzie na piątek rano, ale wieczór mogę mieć już w pracy - a to oznaczało, że na ten moment najstabilniejszy moment mieli właśnie za niecałe dwa dni.
Posłał pytające spojrzenie w kierunku dziewczyny. Teoretycznie stwierdziła, że jej plany na tydzień były względnie luźne, jednak wciąż zamierzał potwierdzić z nią, że ta data wstępnie jej pasowała.
- Powinniśmy sprzedać mieszkanie - skinął głową. - Nie zarobimy na nim, ale to najrozsądniejsza decyzja - szczególnie po tym wszystkim, co działo się w ich świecie, po sytuacji z pożarami i Romulusem...
...prócz tego, Roise szczerze wątpił, aby większość ich bliskich nie myślała podobnie, jeśli nie tak samo. Nie byli już wiecznymi imprezowiczami. Życie nocne ich nie przyciągało. Przynajmniej nie wszystkich. Potrzebowali spokoju. A tego w Londynie już nie było.
To nie byłby pierwszy raz, kiedy pomyślał o tej możliwości. Ten wieczór miał stanowić wstęp do nowego rozdziału. Prędzej czy później musieli zatem rozważyć dalsze możliwości. Londyn był dobry krótkoterminowo, ale ciągłe życie w wielkim mieście zupełnie do nich nie pasowało. Jednocześnie teoretycznie po ślubie powinni planować przenosiny jak najbliżej Doliny Godryka. Tak nakazywałby obyczaj. To były jego rodzinne strony, jego rodowa odpowiedzialność. Powinien zamieszkać jak najbliżej Kniei, ale...
...no właśnie. O tym też już rozmawiali, prawda? W ostatnim czasie czuł się coraz bardziej przytłoczony oczekiwaniami, które stawiano mu bez cienia wyrozumiałości. Bez odrobiny wdzięczności za to, co robił. Ponadto miał wrażenie, że starano się zadbać o to, aby rzeczywiście nie sięgnął po należne mu dziedzictwo. Może nie robił tego ojciec, ale matka siostry? Ich relacje uległy poprawie wraz z upływem czasu, ale czym innym było to nagłe zajście w ciążę? Staranie się o syna, który mógłby wypchnąć go ze stołka, znajdując na to jakiś sposób?
- W stronę Dover? Canterbury? Chelmsford? - Rzucił zatem, nie czekając zbytnio, aby dodać. - Okolice morza, ewentualnie Tamizy? Dużo zieleni? Spory dom z dużą działką? - W tym wypadku zdecydowanie mieli jasność.
Tak, być może była to całkiem szybka decyzja, jednak w gruncie rzeczy przecież zawsze działali w ten sposób. To nie był moment na długie zwlekanie. Za dużo się działo. Zbyt wiele się zmieniało.
- O ile budynki gospodarcze nie będą znajdować się w pobliżu domu - zaznaczył, nie zagłębiając się zbytnio w temat, dlaczego tak bardzo mu na tym zależało.
Nie lubił koni. Ot co. Nie lubił parzystokopytnych. Po prostu. Nie zamierzał udawać, że przez te niecałe dwa lata zupełnie zmienił swoje zdanie w ich temacie. Być może jednocześnie w dalszym ciągu trwał w przekonaniu, że nie stanowi to dla niego nawet najmniejszego problemu w normalnym życiu. Bo tak było, prawda? Nie miewał doczynienia z takimi stworzeniami. Jednakże nie chciał kusić losu. Nie potrzebował zmieniać podejścia, skoro nie miewał styczności z końmi i tak dalej.
- Najlepiej w przeciwległym krańcu w stosunku do szklarni - dopowiedział po kilkunastu sekundach, dorzucając jeszcze względnie gładkie. - Tak, żeby nie zeżarły niczego, co im zaszkodzi, rzecz jasna. I żeby nie popsuły upraw - bo tylko o to chodziło, czyż nie?
Kwestie techniczne. Dbanie o otoczenie. Nie prywatne uprzedzenia względem zwierzęcych demonów. Wcale.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down