09.07.2025, 21:43 ✶
Musieli być świadomi prawdy, czyż nie? Nieważne jak bardzo brutalna była, musieli to wiedzieć, znać realia, aby móc podejmować racjonalne decyzje. Te zaś malowały się coraz wyraźniej. Nie mogli dłużej poruszać się w świecie wyobrażeń na temat tego, co mogą zrobić dla Astarotha, skoro Astaroth nie robił nic dla siebie ani dla nich. Na dłuższą metę byłoby to wyniszczające dla wszystkich.
To nie było poddawanie się. To nie był zawód. Nie było to także opuszczenie pola bitwy. Nie było to zostanie wyniesionym na tarczy, nawet jeśli żadne z nich jednocześnie nie miało z nią wrócić. Nikogo nie porzucali. Jedynie porządkowali fakty, które mówiły bardzo jasno. Nie mogli poświęcać się dla kogoś, kto jedynie ciągnął ich na dno.
- Prędzej niż później ściągnęlibyśmy sobie problemy na głowę - stwierdził, przez moment spoglądając w niebo zasnute chmurami, przez które od czasu do czasu ledwo przebijał się księżyc.
Było cicho. Nie było ani ciemno, ani jasno. Wokół nich panował półmrok. W powietrzu dało się wyczuć charakterystyczne nuty jesieni. Nie było jeszcze zupełnie zimno, jednak od morza zawierała chłodna, słona bryza. Gdzieś niedaleko nich fale obijały się o ostre, wysokie skały. Byli coraz bliżej docelowego miejsca. Psy hasały tuż przed nimi, raz za razem oddalając się i zbliżając.
- Poręczyłem za niego wtedy, wiesz - powoli powrócił do tematu, biorąc głęboki wdech. - Sądziłem, że może usamodzielni się od twojej czy mojej pomocy. Że kiedy sam będzie odpowiedzialny za swoje dostawy, gdy zacznie robić samodzielne interesy, zajmie się czymś innym niż własne jazdy - teoretycznie to powinno mieć sens, prawda? - Brałem pod uwagę to, jak szybko zaczął bazować na przysyłanej krwi. Że potrzebował nie być twoim problemem. Mieć własne źródła - tak, dokładnie na tej, o którą starli się w Dolinie Godryka, co raczej oboje doskonale pamiętali. - I to, że jeśli coś się nie powiedzie. Jeżeli ich - celowo nie użył słowa mnie, choć właśnie to miał na myśli - zabraknie, znowu zacznie całkowicie opierać się na tobie. Szczególnie, gdy jego Kimi... ...nie bójmy się tego powiedzieć... ...nie wytrzymała presji. Nie chciałem, aby to nadal był całkowicie twój problem. Głodny wampir w domu. Nie przy wszelkim innym gównie, za które też byłem odpowiedzialny - tak, miał tę świadomość, bo obiecał być a go nie było, nie zareagował, nie wsparł Riny, kiedy go potrzebowała.
Pluł sobie w brodę. Oczywiście, że sobie pluł, nawet jeśli wszystko ostatecznie jakoś się ułożyło. Nie do tego jednak zmierzał. Jego usta musiały opuścić znacznie bardziej trudne, ale zdecydowane słowa.
- Będę zmuszony cofnąć moją protekcję - powiedział wreszcie; zwięźle i do celu, prawda? - Nie mogę ręczyć za niego, nawet nieoficjalnie - Geraldine wiedziała, co miał na myśli, więc nie czuł potrzeby wdawać się w zbędne szczegóły - gdy zachowuje się nie tylko niebezpiecznie, ale także nieracjonalnie - to było jasne, czyż nie? - Ma szczęście, bo wraz z ustaniem pożarów zmieniono lokalizację głównego wejścia na Ścieżki. Nie będzie w stanie wrócić tam sam. Nikt nie wykorzysta tego, że znalazł się tam zbłąkany, niedoinformowany wampir, za którego nikt nie odpowiada i za którym nikt nie stoi - kontynuował cicho, cholernie poważnie. - Ale jeśli jakimś cudem wpadnie na pomysł, żeby próbować korzystać z moich wpływów, aby osiągnąć coś tam albo na Nokturnie... ...musisz wiedzieć, że na to nie pozwolę. My nie możemy sobie na to pozwolić. To też musimy brać pod uwagę, zwłaszcza w tych czasach - zakończył z głębokim wdechem.
Być może to wcale nie miało mieć miejsca. Z dużym prawdopodobieństwem mogli odesłać Rotha do ojca do Snowdonii. Jennifer miała załatwiać synowi krew. Wszystko miało ułożyć się dużo bardziej optymistycznie, ale jednocześnie należało także brać pod uwagę tę gorszą wersję. To, że Astaroth postanowi uciec z domu, że zapałęta się w niewłaściwe miejsce.
Wtedy? Tak. Dokładnie tak. Nie mogli liczyć na to, że zachowując się dobrze w domu, Yaxley nie postanowi wyładować się na zewnątrz. Mógł narobić im naprawdę olbrzymich problemów. Szczególnie, gdy nie odpowiadał za własne zachowanie.
Sytuacja po pożarach była napięta. Zarówno oficjalnie, jak i w półświatku. Nie potrzebowali dodatkowych trudności. Wystarczyło to, co miało miejsce.
- W piątek rano wybierzemy się do Whitby, później możemy odwiedzić Londyn? Załatwić dwie sprawy za jednym zamachem? Myślę, że mimo wszystko, mieszkanie sprzeda się na pniu - nie, nie sądził, by to był nadmierny optymizm.
Znał realia życia, więc wiedział, że po tragediach znajdowali się ludzie gotowi natychmiast ulżyć pogorzelcom, odciążając ich od problemów ze spalonymi mieszkaniami. Nie zamierzał korzystać z takich ofert. Nie miał dziesięciu lat, nie był naiwny ani zdesperowany. Jednakże zdecydowanie zamierzał wykorzystać sytuację do tego, aby pozbyć się ciężaru, jakim był zniszczony apartament. Tym bardziej, że wizja wspólnego mieszkania z kolegami przestała być dla niego tak kusząca jak wcześniej.
- Zależy mi tylko, byśmy nie byli na tym zbyt wiele stratni - bardzo lekko wzruszył ramionami. - Kupując tereny poza miastem, zwłaszcza po tym, co stało się w stolicy, potrzebujemy jak najwięcej galeonów - stwierdził bez potrzeby owijania w bawełnę, bo tak to przecież wyglądało, nawet w przypadku zamożnych czarodziejów i czarownic.
Jasne, Roise wywodził się z bogatego domu. Jego ród miał pieniądze. Nigdy nie cierpieli biedy, nie mieli potrzeby oszczędzać, nie znali pojęcia zbytku, jednakże jego własne podejście było pod tym względem nieco niestandardowe. Raczej wolał umiejętnie korzystać z rodzinnych zasobów, nie nadużywając dobroci ojca, który co prawda chętnie sypnąłby synowi złotem, ale nie o to przecież chodziło, czyż nie?
Zbyt wiele razy widział, z czym wiąże się bycie uwiązanym do rodowego skarbca. Nazbyt często widział ludzi, którzy nie znali wartości pieniądza, szastając nim na prawo i na lewo. Tylko po to, żeby w najmniej oczekiwanym momencie spaść z piedestału i wywinąć salto przez drzwi. Był świadkiem wydziedziczeń albo odcięcia kurka od źródełka z forsą i tego, co wtedy działo się z tymi ludźmi.
Dzięki temu stosunkowo szybko nauczył się dysponować własnymi pieniędzmi w taki sposób, aby nie szczędzić sobie dóbr, ale też nie przepierdalać wszystkiego, co sam zarobił. Raczej nie potrzebował odmawiać sobie niczego (no, może poza założeniem prywatnej praktyki), żył na naprawdę wysokim, dostatnim poziomie. Bez wsparcia Greengrassów, nawet jeśli z pewnością mogli zapewnić mu utrzymanie. Tyle tylko, że znał też realia.
Z pewnością sporo osób pomyślało o opuszczeniu dużego miasta. Nie oni jedni wpadli na pomysł kupna posiadłości w sensownym dystansie od Londynu. Nie tylko oni mieli szukać nowego stałego domu. Potrzebowali zatem całego kapitału, jaki tylko mogli mieć. Sprzedaż spalonego mieszkania była w tym wypadku dosyć istotna. Może nie miała odbyć się z zyskiem, ale z jak najmniejszą stratą już tak.
I nie, nie brał pod uwagę wysokiego statusu majątkowego jego dziewczyny. Oczywiście, zdawał sobie sprawę z tego, jakimi funduszami dysponowali Yaxleyowie. Wiedział o tym od wielu lat, jednak to nie było dla niego praktycznie żadną opcją do rozważenia. Chciał ożenić się z Geraldine, założyć z nią oficjalny dom, dać jej wszystko, na co zasługuje.
Samodzielnie. Co najwyżej z równym, partnerskim wkładem. Nie chciał korzystać z nadmiernej ilości wsparcia ze strony któregokolwiek z rodów. Zamierzał radzić sobie jak zwykle. Nawet jeśli pożary wpłynęły na wartość rynkową jego własności. Nawet jeśli to oznaczało jeszcze dalsze odsunięcie marzeń o prywatnej praktyce. Kiedyś miał ją otworzyć. Teraz jego plany na powrót przedstawiały się inaczej.
Nie, nie liczył już na mityczny awans w Mungu. Nie to trzymało go teraz przy etacie w szpitalu. Nie był już aż takim marzycielem. Dostrzegał to, co mu obiecywano a co najpewniej nigdy nie miało mieć miejsca. Jednakże mógł tam pracować jeszcze przez jakiś czas. Jego priorytety były jasne.
I to przez nie wyraził zgodę na...
...konie. Cholerne konie.
- Mhm. Jasne - odparł, choć w jego głosie ani przez moment nie wybrzmiało jakiekolwiek przekonanie. - Devon ma odpowiednio duże posiadłości na sprzedaż. Z pewnością będą tam... ...szczęśliwe - nawet się przy tym nie wzdrygnął, co było sukcesem, nie?
To nie było poddawanie się. To nie był zawód. Nie było to także opuszczenie pola bitwy. Nie było to zostanie wyniesionym na tarczy, nawet jeśli żadne z nich jednocześnie nie miało z nią wrócić. Nikogo nie porzucali. Jedynie porządkowali fakty, które mówiły bardzo jasno. Nie mogli poświęcać się dla kogoś, kto jedynie ciągnął ich na dno.
- Prędzej niż później ściągnęlibyśmy sobie problemy na głowę - stwierdził, przez moment spoglądając w niebo zasnute chmurami, przez które od czasu do czasu ledwo przebijał się księżyc.
Było cicho. Nie było ani ciemno, ani jasno. Wokół nich panował półmrok. W powietrzu dało się wyczuć charakterystyczne nuty jesieni. Nie było jeszcze zupełnie zimno, jednak od morza zawierała chłodna, słona bryza. Gdzieś niedaleko nich fale obijały się o ostre, wysokie skały. Byli coraz bliżej docelowego miejsca. Psy hasały tuż przed nimi, raz za razem oddalając się i zbliżając.
- Poręczyłem za niego wtedy, wiesz - powoli powrócił do tematu, biorąc głęboki wdech. - Sądziłem, że może usamodzielni się od twojej czy mojej pomocy. Że kiedy sam będzie odpowiedzialny za swoje dostawy, gdy zacznie robić samodzielne interesy, zajmie się czymś innym niż własne jazdy - teoretycznie to powinno mieć sens, prawda? - Brałem pod uwagę to, jak szybko zaczął bazować na przysyłanej krwi. Że potrzebował nie być twoim problemem. Mieć własne źródła - tak, dokładnie na tej, o którą starli się w Dolinie Godryka, co raczej oboje doskonale pamiętali. - I to, że jeśli coś się nie powiedzie. Jeżeli ich - celowo nie użył słowa mnie, choć właśnie to miał na myśli - zabraknie, znowu zacznie całkowicie opierać się na tobie. Szczególnie, gdy jego Kimi... ...nie bójmy się tego powiedzieć... ...nie wytrzymała presji. Nie chciałem, aby to nadal był całkowicie twój problem. Głodny wampir w domu. Nie przy wszelkim innym gównie, za które też byłem odpowiedzialny - tak, miał tę świadomość, bo obiecał być a go nie było, nie zareagował, nie wsparł Riny, kiedy go potrzebowała.
Pluł sobie w brodę. Oczywiście, że sobie pluł, nawet jeśli wszystko ostatecznie jakoś się ułożyło. Nie do tego jednak zmierzał. Jego usta musiały opuścić znacznie bardziej trudne, ale zdecydowane słowa.
- Będę zmuszony cofnąć moją protekcję - powiedział wreszcie; zwięźle i do celu, prawda? - Nie mogę ręczyć za niego, nawet nieoficjalnie - Geraldine wiedziała, co miał na myśli, więc nie czuł potrzeby wdawać się w zbędne szczegóły - gdy zachowuje się nie tylko niebezpiecznie, ale także nieracjonalnie - to było jasne, czyż nie? - Ma szczęście, bo wraz z ustaniem pożarów zmieniono lokalizację głównego wejścia na Ścieżki. Nie będzie w stanie wrócić tam sam. Nikt nie wykorzysta tego, że znalazł się tam zbłąkany, niedoinformowany wampir, za którego nikt nie odpowiada i za którym nikt nie stoi - kontynuował cicho, cholernie poważnie. - Ale jeśli jakimś cudem wpadnie na pomysł, żeby próbować korzystać z moich wpływów, aby osiągnąć coś tam albo na Nokturnie... ...musisz wiedzieć, że na to nie pozwolę. My nie możemy sobie na to pozwolić. To też musimy brać pod uwagę, zwłaszcza w tych czasach - zakończył z głębokim wdechem.
Być może to wcale nie miało mieć miejsca. Z dużym prawdopodobieństwem mogli odesłać Rotha do ojca do Snowdonii. Jennifer miała załatwiać synowi krew. Wszystko miało ułożyć się dużo bardziej optymistycznie, ale jednocześnie należało także brać pod uwagę tę gorszą wersję. To, że Astaroth postanowi uciec z domu, że zapałęta się w niewłaściwe miejsce.
Wtedy? Tak. Dokładnie tak. Nie mogli liczyć na to, że zachowując się dobrze w domu, Yaxley nie postanowi wyładować się na zewnątrz. Mógł narobić im naprawdę olbrzymich problemów. Szczególnie, gdy nie odpowiadał za własne zachowanie.
Sytuacja po pożarach była napięta. Zarówno oficjalnie, jak i w półświatku. Nie potrzebowali dodatkowych trudności. Wystarczyło to, co miało miejsce.
- W piątek rano wybierzemy się do Whitby, później możemy odwiedzić Londyn? Załatwić dwie sprawy za jednym zamachem? Myślę, że mimo wszystko, mieszkanie sprzeda się na pniu - nie, nie sądził, by to był nadmierny optymizm.
Znał realia życia, więc wiedział, że po tragediach znajdowali się ludzie gotowi natychmiast ulżyć pogorzelcom, odciążając ich od problemów ze spalonymi mieszkaniami. Nie zamierzał korzystać z takich ofert. Nie miał dziesięciu lat, nie był naiwny ani zdesperowany. Jednakże zdecydowanie zamierzał wykorzystać sytuację do tego, aby pozbyć się ciężaru, jakim był zniszczony apartament. Tym bardziej, że wizja wspólnego mieszkania z kolegami przestała być dla niego tak kusząca jak wcześniej.
- Zależy mi tylko, byśmy nie byli na tym zbyt wiele stratni - bardzo lekko wzruszył ramionami. - Kupując tereny poza miastem, zwłaszcza po tym, co stało się w stolicy, potrzebujemy jak najwięcej galeonów - stwierdził bez potrzeby owijania w bawełnę, bo tak to przecież wyglądało, nawet w przypadku zamożnych czarodziejów i czarownic.
Jasne, Roise wywodził się z bogatego domu. Jego ród miał pieniądze. Nigdy nie cierpieli biedy, nie mieli potrzeby oszczędzać, nie znali pojęcia zbytku, jednakże jego własne podejście było pod tym względem nieco niestandardowe. Raczej wolał umiejętnie korzystać z rodzinnych zasobów, nie nadużywając dobroci ojca, który co prawda chętnie sypnąłby synowi złotem, ale nie o to przecież chodziło, czyż nie?
Zbyt wiele razy widział, z czym wiąże się bycie uwiązanym do rodowego skarbca. Nazbyt często widział ludzi, którzy nie znali wartości pieniądza, szastając nim na prawo i na lewo. Tylko po to, żeby w najmniej oczekiwanym momencie spaść z piedestału i wywinąć salto przez drzwi. Był świadkiem wydziedziczeń albo odcięcia kurka od źródełka z forsą i tego, co wtedy działo się z tymi ludźmi.
Dzięki temu stosunkowo szybko nauczył się dysponować własnymi pieniędzmi w taki sposób, aby nie szczędzić sobie dóbr, ale też nie przepierdalać wszystkiego, co sam zarobił. Raczej nie potrzebował odmawiać sobie niczego (no, może poza założeniem prywatnej praktyki), żył na naprawdę wysokim, dostatnim poziomie. Bez wsparcia Greengrassów, nawet jeśli z pewnością mogli zapewnić mu utrzymanie. Tyle tylko, że znał też realia.
Z pewnością sporo osób pomyślało o opuszczeniu dużego miasta. Nie oni jedni wpadli na pomysł kupna posiadłości w sensownym dystansie od Londynu. Nie tylko oni mieli szukać nowego stałego domu. Potrzebowali zatem całego kapitału, jaki tylko mogli mieć. Sprzedaż spalonego mieszkania była w tym wypadku dosyć istotna. Może nie miała odbyć się z zyskiem, ale z jak najmniejszą stratą już tak.
I nie, nie brał pod uwagę wysokiego statusu majątkowego jego dziewczyny. Oczywiście, zdawał sobie sprawę z tego, jakimi funduszami dysponowali Yaxleyowie. Wiedział o tym od wielu lat, jednak to nie było dla niego praktycznie żadną opcją do rozważenia. Chciał ożenić się z Geraldine, założyć z nią oficjalny dom, dać jej wszystko, na co zasługuje.
Samodzielnie. Co najwyżej z równym, partnerskim wkładem. Nie chciał korzystać z nadmiernej ilości wsparcia ze strony któregokolwiek z rodów. Zamierzał radzić sobie jak zwykle. Nawet jeśli pożary wpłynęły na wartość rynkową jego własności. Nawet jeśli to oznaczało jeszcze dalsze odsunięcie marzeń o prywatnej praktyce. Kiedyś miał ją otworzyć. Teraz jego plany na powrót przedstawiały się inaczej.
Nie, nie liczył już na mityczny awans w Mungu. Nie to trzymało go teraz przy etacie w szpitalu. Nie był już aż takim marzycielem. Dostrzegał to, co mu obiecywano a co najpewniej nigdy nie miało mieć miejsca. Jednakże mógł tam pracować jeszcze przez jakiś czas. Jego priorytety były jasne.
I to przez nie wyraził zgodę na...
...konie. Cholerne konie.
- Mhm. Jasne - odparł, choć w jego głosie ani przez moment nie wybrzmiało jakiekolwiek przekonanie. - Devon ma odpowiednio duże posiadłości na sprzedaż. Z pewnością będą tam... ...szczęśliwe - nawet się przy tym nie wzdrygnął, co było sukcesem, nie?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down