13.02.2023, 18:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.02.2023, 18:43 przez Fergus Ollivander.)
O tak wczesnej porze dnia, zwłaszcza w niezbyt przyjazną spacerowiczom pogodę, ruch był raczej marny. Można by wręcz śmiało stwierdzić, że wiało nudą. Cisza stawała się nieznośna, każde skrzypnięcie drewna czy najmniejsze poruszenie za witryną przykuwało uwagę. W powietrzu wciąż unosił się delikatny swąd spalenizny po zaklęciach rzuconych przez Brennę Longbottom, który pan Ollivander starał się zatuszować kadzidłami. Dusząca woń czegoś korzennego mieszała się z zapachem świeżej kawy, parującej z kubka na ladzie i wszechobecnym kurzem, nie ukrywając jednak śladu po wydarzeniach sprzed paru dni. Ci starsi sklepikarze, którzy od wielu lat przyjaźnili się z Garrickiem, wciąż żyli niezrozumiałym dla wszystkich włamaniem, podczas którego skradziono włosy jednorożców, jeden z najcenniejszych rdzeni różdżek. Nawet Fergus czuł lekki niepokój, wciąż czekając na wieści od brygadzistów w związku z powstaniem portretu pamięciowego jednej z podejrzanych – jasnowłosej kobiety o pyzatej twarzy, której za nic nie kojarzył, ale przez to wszystko starał się szukać czegoś znajomego w twarzach pojawiających się w sklepie klientów. Zgodnie z zaleceniem Brygady Uderzeniowej Ollivanderowie mieli wrócić do normalnego trybu pracy. Było to jednak zbyt trudne w chwili, gdy spora część towaru została zniszczona, a i sam budynek należało doprowadzić do porządku. Z dwojga złego chyba wolałby wielką groźbę na ścianie, o której dla żartu wspominała Brenna. Przynajmniej dodałoby to efektu grozy.
Korzystając z nieobecności ojca, który akurat załatwiał sprawunki w Banku Gringotta, a następnie – jak wykrzyczał, wychodząc – zamierzał złożyć wizytę Gregorowiczowi w sprawie jakichś patentów na różdżki, Fergus nie palił się zbytnio do pracy. Przeglądał stare szkice projektów, nanosząc na nich poprawki i drobne notatki, które miałyby nieco urozmaicić dotychczasowe pomysły. Garrick chyba by go wyklął, gdyby zorientował się, że jego syn zdecydował się tak bardzo ingerować w tradycyjne rzemiosło, dodając coś od siebie. Ale z racji tego, że go tu nie było… Upił łyk kawy, szybko jednak odstawiając kubek, gdy do pomieszczenia wszedł bardzo wysoki mężczyzna. W pierwszej chwili pomyślał, że to tamten archeolog z Egiptu z kolejnym dziwactwem do określenia jego pochodzenia, ale ten miał nieco ciemniejszy odcień włosów i był zdecydowanie wyższy. Kojarzył jego twarz z Pokątnej, ale niespecjalnie potrafił przypisać do niej nazwisko. A może widział go już u Nory? Tam przewijało się chyba pół magicznego Londynu.
- Dzień dobry – odpowiedział mu, od razu zadając sobie w głowie pytanie: naprawa, czy nowa różdżka? A może przybysz go zaskoczy? – W czym mogę pomóc? – zapytał jeszcze, podnosząc się z krzesła, na którym do tej pory siedział. – Nieprzyjemna pogoda. Może kawy?
Nie wiedział, skąd znalazły się w nim takie pokłady życzliwości względem zupełnie obcego człowieka, ale skoro już zaparzył sobie, mógł się podzielić. Dzbanek wciąż pozostawał pełen.
Korzystając z nieobecności ojca, który akurat załatwiał sprawunki w Banku Gringotta, a następnie – jak wykrzyczał, wychodząc – zamierzał złożyć wizytę Gregorowiczowi w sprawie jakichś patentów na różdżki, Fergus nie palił się zbytnio do pracy. Przeglądał stare szkice projektów, nanosząc na nich poprawki i drobne notatki, które miałyby nieco urozmaicić dotychczasowe pomysły. Garrick chyba by go wyklął, gdyby zorientował się, że jego syn zdecydował się tak bardzo ingerować w tradycyjne rzemiosło, dodając coś od siebie. Ale z racji tego, że go tu nie było… Upił łyk kawy, szybko jednak odstawiając kubek, gdy do pomieszczenia wszedł bardzo wysoki mężczyzna. W pierwszej chwili pomyślał, że to tamten archeolog z Egiptu z kolejnym dziwactwem do określenia jego pochodzenia, ale ten miał nieco ciemniejszy odcień włosów i był zdecydowanie wyższy. Kojarzył jego twarz z Pokątnej, ale niespecjalnie potrafił przypisać do niej nazwisko. A może widział go już u Nory? Tam przewijało się chyba pół magicznego Londynu.
- Dzień dobry – odpowiedział mu, od razu zadając sobie w głowie pytanie: naprawa, czy nowa różdżka? A może przybysz go zaskoczy? – W czym mogę pomóc? – zapytał jeszcze, podnosząc się z krzesła, na którym do tej pory siedział. – Nieprzyjemna pogoda. Może kawy?
Nie wiedział, skąd znalazły się w nim takie pokłady życzliwości względem zupełnie obcego człowieka, ale skoro już zaparzył sobie, mógł się podzielić. Dzbanek wciąż pozostawał pełen.