14.07.2025, 12:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.07.2025, 23:01 przez Lorien Mulciber.)
Lubiła opowiadać. Lubiła snuć bajki, cytować stare piosenki, przywoływać zapomniane frazy, które w jej ustach nabierały nowego życia. Słowa płynęły miękko, zbyt często używane jako broń.
Czasami wydawało się, że tylko dzięki opowieściom jeszcze oddycha. powtarzając pod nosem uwierz, że to sen. Uwierz. Zawsze uwierz.
Anthony rozumiał potrzebę ucieczki. Czasem ich mały świat był zwyczajnie w świecie… zbyt mały.
Ujęła go ostrożnie za dłoń, przesuwając opuszkiem kciuka o chłodną skórę, gdy zaczął się rozpędzać w swoich planach. Taki już był - megalomania mogłaby być drugim imieniem Anthony’ego i nigdy, absolutnie nigdy jej to nie przeszkadzało. Zwłaszcza, kiedy robił to dla niej. Jeden nieuważny ruch a ich wieczór przy ognisku zamieni się w największe przyjęcie sezonu.
- Może zostańmy przy moim gramofonie.- Powiedziała łagodnie. Co prawda trochę trzeszczał, ale nie miała na razie pomysłu jak go naprawić.- Mam dużą kolekcję płyt.- Ścisnęła ostrożnie jego dłoń w niemym geście mówiącym zwykłe “nie potrzebuję więcej. Naprawdę, tyle wystarczy.”
- Nauczyłam się, że nie możemy ich gonić. Odchodzą w towarzystwie szeptów, a my możemy tylko czekać aż wrócą. O ile wrócą.- Powiedziała, skubiąc lekko wygięty róg koperty ze zdjęciami, którą wyciągnęła z torebki.- Każdy nosi jakieś brzemię, Antonio. Po prostu czasem chciałabym… Żeby ich nie było takie ciężkie.
Uśmiechnęła się blado na myśl o Morpheus'u. Ich nieszczęśni chłopcy, zagubieni w prawach przyszłości i czasu. Tak podobni, tak od siebie różni. Nie chciała myśleć czy Alexander był już zbyt daleko, by mogła go pochwycić. Czy Longbottom w końcu przestanie walczyć z ciężarem nocy?
- Mam nadzieję, że go nie stracisz.- Dodała nagle, po raz pierwszy nie odnajdując w sobie siły do spojrzenia w oczy przyjaciela. Widziała co stało się z Seliną, matką Alexandra, wieszczką zapewne potężniejszą niż jej syn będzie kiedykolwiek. Widziała jak wyprowadzają z Departamentu Tajemnic bełkoczących bez ładu i składu Niewymownych. Jasnowidze rodzili się w aurze wielkości, by na koniec popaść w ramiona obłędu i pełnych litości spojrzeń.
W końcu przesunęła w jego stronę kopertę. Zdjęć nie było zbyt wiele, a ich wykonanie pozostawiało bardzo wiele do życzenia. Ani sprzęt nie był dobrej jakości ani fotograf szczególnie utalentowany. Jedne zbyt ciemne, drugie stanowczo zbyt jasne, po prostu zwyczajne. Ale jednocześnie tak dla niej cenne - przypominały małe chwile, gdy była wolna od tego wszystkiego: tytułów, roli, obowiązków. Nawet od własnego ciała.
Rozmazane towarzystwo przy ledwo widocznym nocną porą ognisku, pola pełne kwitnących wrzosów i polnych kwiatów. Zdjęcie zaspanego Alexandra odganiającego się od jednego z jej dementorków, który najwyraźniej wybrał się na wycieczkę ze swoją panią. Jakiś kot wygrzewający się na płoci. I jeszcze jeden na drewnianym łóżku. I kolejny przy metalowej miseczce pełnej mleka. Lubiła koty, to było oczywiste. Ale kiedy Anthony dotarł do ostatniego zdjęcia… po prostu przyłożyła palec do ust, próbując się powstrzymać od śmiechu. Nie śmiała się zbyt często. Nie… w ten sposób.
- Pamiętaj. Obiecałeś.- Wymamrotała tylko, próbując się nie zarumienić bardziej niż dotychczas.
Lorien na zdjęciu mimo wszystko wciąż była panią Mulciber. Zabawne jak mało miał z tym jednak wspólnego sam nieświętej pamięci Robert.
Czasami wydawało się, że tylko dzięki opowieściom jeszcze oddycha. powtarzając pod nosem uwierz, że to sen. Uwierz. Zawsze uwierz.
Anthony rozumiał potrzebę ucieczki. Czasem ich mały świat był zwyczajnie w świecie… zbyt mały.
Ujęła go ostrożnie za dłoń, przesuwając opuszkiem kciuka o chłodną skórę, gdy zaczął się rozpędzać w swoich planach. Taki już był - megalomania mogłaby być drugim imieniem Anthony’ego i nigdy, absolutnie nigdy jej to nie przeszkadzało. Zwłaszcza, kiedy robił to dla niej. Jeden nieuważny ruch a ich wieczór przy ognisku zamieni się w największe przyjęcie sezonu.
- Może zostańmy przy moim gramofonie.- Powiedziała łagodnie. Co prawda trochę trzeszczał, ale nie miała na razie pomysłu jak go naprawić.- Mam dużą kolekcję płyt.- Ścisnęła ostrożnie jego dłoń w niemym geście mówiącym zwykłe “nie potrzebuję więcej. Naprawdę, tyle wystarczy.”
- Nauczyłam się, że nie możemy ich gonić. Odchodzą w towarzystwie szeptów, a my możemy tylko czekać aż wrócą. O ile wrócą.- Powiedziała, skubiąc lekko wygięty róg koperty ze zdjęciami, którą wyciągnęła z torebki.- Każdy nosi jakieś brzemię, Antonio. Po prostu czasem chciałabym… Żeby ich nie było takie ciężkie.
Uśmiechnęła się blado na myśl o Morpheus'u. Ich nieszczęśni chłopcy, zagubieni w prawach przyszłości i czasu. Tak podobni, tak od siebie różni. Nie chciała myśleć czy Alexander był już zbyt daleko, by mogła go pochwycić. Czy Longbottom w końcu przestanie walczyć z ciężarem nocy?
- Mam nadzieję, że go nie stracisz.- Dodała nagle, po raz pierwszy nie odnajdując w sobie siły do spojrzenia w oczy przyjaciela. Widziała co stało się z Seliną, matką Alexandra, wieszczką zapewne potężniejszą niż jej syn będzie kiedykolwiek. Widziała jak wyprowadzają z Departamentu Tajemnic bełkoczących bez ładu i składu Niewymownych. Jasnowidze rodzili się w aurze wielkości, by na koniec popaść w ramiona obłędu i pełnych litości spojrzeń.
W końcu przesunęła w jego stronę kopertę. Zdjęć nie było zbyt wiele, a ich wykonanie pozostawiało bardzo wiele do życzenia. Ani sprzęt nie był dobrej jakości ani fotograf szczególnie utalentowany. Jedne zbyt ciemne, drugie stanowczo zbyt jasne, po prostu zwyczajne. Ale jednocześnie tak dla niej cenne - przypominały małe chwile, gdy była wolna od tego wszystkiego: tytułów, roli, obowiązków. Nawet od własnego ciała.
Rozmazane towarzystwo przy ledwo widocznym nocną porą ognisku, pola pełne kwitnących wrzosów i polnych kwiatów. Zdjęcie zaspanego Alexandra odganiającego się od jednego z jej dementorków, który najwyraźniej wybrał się na wycieczkę ze swoją panią. Jakiś kot wygrzewający się na płoci. I jeszcze jeden na drewnianym łóżku. I kolejny przy metalowej miseczce pełnej mleka. Lubiła koty, to było oczywiste. Ale kiedy Anthony dotarł do ostatniego zdjęcia… po prostu przyłożyła palec do ust, próbując się powstrzymać od śmiechu. Nie śmiała się zbyt często. Nie… w ten sposób.
- Pamiętaj. Obiecałeś.- Wymamrotała tylko, próbując się nie zarumienić bardziej niż dotychczas.
Lorien na zdjęciu mimo wszystko wciąż była panią Mulciber. Zabawne jak mało miał z tym jednak wspólnego sam nieświętej pamięci Robert.
Koniec sesji