14.07.2025, 19:12 ✶
– Nachodzisz? – zdziwił się wyraźnie słowami, które dobrał Jasper, a zaraz potem uśmiechnął się, choć przez brud i osłabienie ten grymas wyglądał nieco słabowicie. Oderwał się od ściany i swoją dłoń przekierował na jego ramię, nieco zbyt choatycznie, zachłannie, jakby umysł wciąż był zamglony, wciąż był za smogiem, który unosił się nad miastem. Czarne chmury nie ustępowały. Magia wciąż drążyła to co pozostało ze ścian londyńskich kamienic. – Zaklinam Cię Jasper... nigdy nie używaj tego słowa w moim kontekście. Zawsze... zawsze jesteś mile widziany, zawsze... zawsze dobrze Ciebie... Twoje rodzeństwo... ja...– wesparł się trochę bardziej na Kellym, czując jak nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Był przemęczony, był znerwicowany, był na skraju wyczerpania. Dobrze było jednak posłuchać wieści. Tak dobrych wieści.
Gdy zajął miejsce, Jasper mógł zobaczyć, że oczy wuja się zeszkliły, a on bynajmniej nie zamierzał tego ukrywać:
– Tak się cieszę, że przyszedłeś. Z tak dobrymi wieściami. Wszyscy cali, wszyscy bezpieczni, ja... ja też jestem... mi nic nie jest to... – Palcami przetarł z zamyśleniem po policzku z którego magiczna farba nie zamierzała się łuszczyć. Jakby o nim zapomniał. Na moment. Na dwa.
– To nie jest krew. To farba. Ktoś mnie oskarżył o to, że jestem śmierciożercą i... i że to moja wina. Ten pożar. Gdy szukałem wujków. Ale mam na to eliksir. Mam... mam go gdzieś we wsiąkiewce... – mówił powoli, mówił cicho, chaotycznie. Potrzebował wody, ale... zapomniał, że chłopak zaoferował, że mu ją poda. Zamiast tego zaczął szukać we wszytej w kieszeni wspomnianej buteleczki, ale zamiast tego jego długie palce natrafiły na miksutrę chroniącą przed ogniem. Zapatrzył się na nią przez moment, a potem pomyślał o Jonathanie i o tych wszystkich niemiłych rzeczach, które mu powiedział w gniewie. Pomyślał o tym, że Jasper oczywiście jest miłą osobą, którą miło było powitać w swoich progach, ale może gdyby nie to wszystko, to nie on byłby teraz obok. Albo po prostu nie byłby tutaj sam. Fala wezbrała i jeśli Kelly uważał, że widział wuja w złym stanie w lipcu, to może dopiero teraz nabrał skali, gdy starszy mężczyzna, pozwolił sobie na żałobny płacz, tonąc w przeświadczeniu, że tak jak spłonął Londyn, tak poszła z dymem jego przyjaźń gdy nawet nie pożegnali się należycie tuż przed świtem, gdy każdy ruszył w swoją stronę. Jeden za wszystkich... Tak mawiano.
Gdy zajął miejsce, Jasper mógł zobaczyć, że oczy wuja się zeszkliły, a on bynajmniej nie zamierzał tego ukrywać:
– Tak się cieszę, że przyszedłeś. Z tak dobrymi wieściami. Wszyscy cali, wszyscy bezpieczni, ja... ja też jestem... mi nic nie jest to... – Palcami przetarł z zamyśleniem po policzku z którego magiczna farba nie zamierzała się łuszczyć. Jakby o nim zapomniał. Na moment. Na dwa.
– To nie jest krew. To farba. Ktoś mnie oskarżył o to, że jestem śmierciożercą i... i że to moja wina. Ten pożar. Gdy szukałem wujków. Ale mam na to eliksir. Mam... mam go gdzieś we wsiąkiewce... – mówił powoli, mówił cicho, chaotycznie. Potrzebował wody, ale... zapomniał, że chłopak zaoferował, że mu ją poda. Zamiast tego zaczął szukać we wszytej w kieszeni wspomnianej buteleczki, ale zamiast tego jego długie palce natrafiły na miksutrę chroniącą przed ogniem. Zapatrzył się na nią przez moment, a potem pomyślał o Jonathanie i o tych wszystkich niemiłych rzeczach, które mu powiedział w gniewie. Pomyślał o tym, że Jasper oczywiście jest miłą osobą, którą miło było powitać w swoich progach, ale może gdyby nie to wszystko, to nie on byłby teraz obok. Albo po prostu nie byłby tutaj sam. Fala wezbrała i jeśli Kelly uważał, że widział wuja w złym stanie w lipcu, to może dopiero teraz nabrał skali, gdy starszy mężczyzna, pozwolił sobie na żałobny płacz, tonąc w przeświadczeniu, że tak jak spłonął Londyn, tak poszła z dymem jego przyjaźń gdy nawet nie pożegnali się należycie tuż przed świtem, gdy każdy ruszył w swoją stronę. Jeden za wszystkich... Tak mawiano.