15.07.2025, 20:38 ✶
Ścieżki losu bywały niezbadane. Co prawda, Ambroise nie był człowiekiem, który wierzył w przeznaczenie w powszechnie przyjętym przez koweny ujęciu. Nie w tym, w którym należało poddać się temu, co już dawno zostało zapisane na kartach historii, tyle że jeszcze nieodkrytej. Z którym nie należało igrać, bo i tak nie dało się nic zmienić. Nie był osobą biernie płynącą z prądem, tak po prostu ulegającą porywom wydarzeń, dającą ponieść się temu, co było jej pisane. Nie do końca wierzył w jakiś mistyczny plan boskich sił, nawet jeśli parokrotnie na własnej skórze doświadczył naprawdę różnych splotów okoliczności.
Nie mógł jednak zaprzeczyć, że czasami życie układało się w wyjątkowo specyficzny sposób. On sam również nie założyłby, że pozwoli sobie tak bardzo wejść na głowę. Miał się za niezależnego, trzeźwo myślącego człowieka. Tymczasem jego ostatnie rozmowy z Geraldine zaczęły uświadamiać mu dosyć trudną prawdę. Oto nie chcąc zostawać dziedzicem Greengrassów, całe życie będąc gotowym ustąpić z należnej mu roli, bowiem nie czuł się do niej stworzony...
...poniekąd i tak przyjmował na siebie wszelkie ciężary i obowiązki z tym związane. W pewnym sensie tak czy siak brał na swoje barki to wszystko, co rzekomo nie było dla niego. Zajmował się sprawami należącymi do jego ojca. Opiekował się rodziną, dbał o rodowe interesy. Tyle tylko, że całkowicie pro bono, jednocześnie będąc traktowanym w taki sposób, jakby to było jego obowiązkiem.
Nie narzekał, bo i czemu? W końcu prócz tego, nie miał już własnego prywatnego życia. Zajmował się rodem i pracą, pracą i rodem. Robił coś na kształt kariery, mimo starań, wciąż blokowany przez zarząd Munga. Wracał do Doliny, zajmując się naglącymi sprawunkami, podczas gdy jego ojciec kolejny raz znajdował się na wyjeździe. Raz po raz mierzył się z oczekiwaniami i wyrzutami, poniekąd zupełnie tego nie dostrzegając.
To zaczęło całkowicie go przytłaczać. Szczególnie, jeśli w dalszym ciągu nie spodziewał się przyjąć oficjalnej roli dziedzica. Jeżeli nadal nie chciał być głową rodu, aby nie wdawać się w zbyteczne konfrontacje z nową żoną ojca. I tak dalej, i tak dalej. W gruncie rzeczy chciał...
...cholera, w ostatnim czasie zaczął uświadamiać sobie, że tak naprawdę pragnął spokojnego życia. Niczego więcej. Dobrej pracy i szczęśliwego domu. Nic ponadto. Nie musiał dążyć do niczego, co na dłuższą metę miało zniszczyć jego lub jego bliskich. Nie potrzebował nic nikomu udowadniać, sobie poniekąd także nie.
Nader wszystko nie chciał już nikogo ratować. Zwłaszcza na siłę. Szczególnie, gdy ta osoba nie pragnęła ratunku. Nie był dobrotliwym wsparciem ludzi biednych i zagubionych, nawet jeśli niegdyś łączyły ich dosyć pozytywne relacje. Nigdy nie był wyjątkowo blisko Astarotha, nawet wtedy, kiedy przestał być wyłącznie uzdrowicielem najmłodszego Yaxleya a stał się jego przyszłym szwagrem.
Jasne, w tamtym okresie lubił młodego łowcę. Chętnie spędzał z nim czas. Tyle tylko, że Roth zachowywał się wtedy zupełnie inaczej. To, co teraz robił, to nie był wyłącznie wynik wampiryzmu. O nie. To było coś znacznie głębszego i skomplikowanego. Na tyle, że Ambroise nie zamierzał tego dalej ciągnąć. Nie, gdy tylko oni usiłowali cokolwiek zrobić, ich podopieczny, problem Geraldine nie podjął żadnych starań.
Poza tym, Yaxley był coraz bardziej niebezpieczny. Mogłoby się zdawać, że z dnia na dzień odkrywał w sobie kolejne pokłady agresji. Z pewnością wciąż miał w zanadrzu karty, nad których rozdawaniem jednocześnie zupełnie nie panował. To była wyłącznie kwestia czasu aż komuś stanie się naprawdę nieodwracalna krzywda.
- Próbowaliśmy - odezwał się względnie spokojnym, neutralnym tonem, jedynie stwierdzając fakt.
Nie usiłował pocieszać Yaxleyówny. Zresztą nie sądził, aby Rina tego od niego potrzebowała. Zrobili tyle, ile mogli zrobić. Reszta była już zupełnie poza ich zasięgiem. Jasne, mogli próbować walczyć z wiatrakami. Tyle tylko, że po co? Czemu mieli to robić własnym kosztem? Czyż nie ponieśli dostatecznie wielu poświęceń dla celów, które ostatecznie wcale nie okazały się tak konieczne?
No właśnie. Niemal ich to zniszczyło. Zarówno razem, jak i z osobna. Bez wątpienia pogubili się gdzieś po drodze, całe szczęście ponownie odnajdując właściwą ścieżkę. Tyle tylko, że nie mogli ciągnąć nią za sobą kogoś jeszcze. Kogoś, za kogo nie powinni być odpowiedzialni.
- Nie wiem, jak obecnie sprawuje się ich uzdrowiciel - oczywiście, miał tu na myśli swojego znajomego, który zastąpił go w posłudze u Yaxleyów; nie rozmawiał z nim o sprawach zawodowych, nawet wtedy, gdy spotykali się w pracy - ale, oczywiście, dam mu wszystkie informacje dotyczące tego, co zrobiliśmy dla Astarotha - w końcu dokładnie to należało zrobić, zwłaszcza z medycznego punktu widzenia.
Szczególnie, gdy wprowadzili dosyć mocne i zdecydowanie metody odcięcia Rotha od dostępu do eliksirów nasennych. Jeśli Yaxley miał zostać przejęty przez kogoś innego, co zdecydowanie powinno nastąpić w Snowdonii, nowy magomedyk powinien wiedzieć jak najwięcej o jego dotychczasowej rekonwalescencji.
- Jeśli zechcesz, jutro rano spytam Benjy'ego o możliwość towarzyszenia nam do Snowdonii, jako dodatkowa obstawa. Powinniśmy to zrobić jak najszybciej - zawyrokował bez zająknięcia, ponieważ oboje raczej zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji.
Młody chłopak robił się coraz trudniejszy do pohamowania. Najpewniej powinni wziąć pod uwagę konieczność oszukania go, co do powodu wizyty w rodzinnych stronach. Poza tym zabranie ze sobą kogoś, kto mógł stanowić wsparcie w zakresie powstrzymania wybuchu bestii wydawało się całkiem logiczne. Nie mówiąc już nic o ich ostatnim pobycie w ojczystych stronach obojga łowców. W tym wypadku Fenwick również mógł przydać się, jako wsparcie. Cholera wiedziała, co mieli tam zastać.
Paradoksalnie, jeszcze bardziej niż w Whitby albo w Londynie czy w Dolinie Godryka. Wszystkie ich miejsca były w pewnym stopniu naznaczone przez czasy, w jakich przyszło im żyć. Planując przyszłość, zdecydowanie powinni wziąć to pod uwagę. Nie było zatem raczej zbyt dziwne, że gdy o tym mówili, rozmawiali o zupełnie innych okolicach.
- Jezioro nie stanowi żadnego problemu - uśmiechnął się pod nosem, dosyć krzywo, nawet jak na siebie, jednocześnie cicho prychając na wspomnienie wszystkich czynności związanych z kształtowaniem tamtego nieszczęsnego zbiornika.
Co prawda, taka magia nie była trwała, ale pozwalała stworzyć coś na kształt wizualizacji aranżacji terenu. Później mogli dodać do tego resztę. Bez wątpienia mogli mieć u siebie to, o czym wspominała jego dziewczyna. Co zaś tyczyło się morza...
- Lubię je, wiesz - odruchowo machnął wolną ręką w kierunku horyzontu, na którym już zaczęły malować się nadmorskie skały. - Oczywiście, wolę las, ale morze też zdecydowanie coś w sobie ma - kiwnął głową.
Góry również lubił. Bez wątpienia. Nie dało się jednak zaprzeczyć, że obecnie kojarzyły mu się w dosyć negatywny sposób. Z drugiej strony, Londyn także pozostawił po sobie dosyć traumatyczne wspomnienia.
- Tylko moje mieszkanie tak bardzo ucierpiało w pożarze - stwierdził, nie mając w sobie na tyle niezdrowego optymizmu, aby ubrać to w słowa podobne do całe szczęście albo przynajmniej tylko, bowiem zdecydowanie nie był człowiekiem tego typu.
Oczywiście, wewnętrznie odczuwał coś na kształt ulgi, bo równie dobrze cała kamienica mogła zostać strawiona przez tamten nienaturalnie rozprzestrzeniający się ogień. Nie dało się ukryć, że ostateczne straty nie były największymi, jakie mogli ponieść. Zniszczeniu uległo włącznie jego mieszkanie oraz część klatki schodowej. Pozostałe lokale ucierpiały w znacznie mniejszym stopniu.
Jednakże czy nazwanie tego jakimkolwiek szczęściem byłoby właściwe z perspektywy kogoś, kto stracił część swojego dorobku? Otóż nie. Nie wydawało mu się, aby powinien uciekać się do wygłaszania podobnych bzdur. Zaniżanie znaczenia wydarzeń nie należało do jego taktyk. Nie zamierzał robić z siebie ofiary, ale nie uznawał także, że powinien odbierać wagę temu, co się stało.
Szczególnie, gdy co prawda miał ten komfort, że nie stracił jedynego dachu nad głową. Posiadał inne nieruchomości, był właścicielem ziemskim w Whitby, miał swoją część ojcowizny w Dolinie Godryka. Było go stać na wynajem czegoś zastępczego w Londynie, a gdyby postarał się trochę mocniej, pewnie byłby w stanie kupić coś w miejsce remontu pogorzeliska. Ale bez wątpienia nie znalazł się w zbyt codziennej, komfortowej sytuacji.
Wiele rzeczy faktycznie musiał zaczynać od nowa. Część potrzebował na powrót zebrać w całość z fragmentów rozrzuconych pomiędzy innymi miejscami. W mieszkaniu przy Horyzontalnej miał bowiem kilka praktycznie skończonych autorskich projektów, do których odtworzenia pozostały mu jedynie notatki. Chwilowo nic o tym nie mówił, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak dużą stratą to było. Większą od mebli czy tapet.
No cóż. Przynajmniej nikt nie zginął. Wszyscy byli bezpieczni.
- Aczkolwiek myślę, że po tym wszystkim, co wydarzyło się w stolicy i co jeszcze może mieć miejsce, mogą rozważać wyprowadzkę na bliską prowincję - rzucił z zastanowieniem, domyślając się, że właśnie do tego zmierzała jego dziewczyna, gdy zadała swoje pierwsze pytanie.
Niemal natychmiast okazało się zresztą, że było to raczej trafne założenie. Poza tym jak najbardziej właściwym było, aby spróbowali spytać przyjaciela o dalsze plany. W końcu byli z nim najbliżej ze wszystkich ludźmi, z którymi oboje trzymali nawet wtedy, gdy ich własne relacje były... ...lekko mówiąc... ...napięte.
Nie wspominając o tym, że w takim układzie nie musieliby przejmować się o konieczność wyprawiania kolejnych eskapad podobnych do tej, jakiej doświadczyli pamiętnej londyńskiej nocy. Nie musieliby przejmować się kolejnym uderzeniem w Horyzontalną albo Pokątną.
Nie dało się bowiem ukryć, że czasy były coraz cięższe, poplecznicy Voldemorta rośli w siłę, pozwalając sobie na coraz więcej. To z pewnością nie miał być koniec ich działalności. Ataki nasilały się praktycznie z dnia na dzień, uderzając głównie w magiczną część Londynu, Dolinę Godryka oraz Little Hangleton. Stałe mieszkanie poza stolicą i przebywanie w niej wyłącznie wtedy, kiedy tego chcieli, jednocześnie pozostawiając w zasięgu szybkiego dostępu do miasta wydawało się najlepszym możliwym rozwiązaniem. A jeśli mogli mieć przy tym doskonałe bliskie towarzystwo...
...czemuż nie?
Nie mógł jednak zaprzeczyć, że czasami życie układało się w wyjątkowo specyficzny sposób. On sam również nie założyłby, że pozwoli sobie tak bardzo wejść na głowę. Miał się za niezależnego, trzeźwo myślącego człowieka. Tymczasem jego ostatnie rozmowy z Geraldine zaczęły uświadamiać mu dosyć trudną prawdę. Oto nie chcąc zostawać dziedzicem Greengrassów, całe życie będąc gotowym ustąpić z należnej mu roli, bowiem nie czuł się do niej stworzony...
...poniekąd i tak przyjmował na siebie wszelkie ciężary i obowiązki z tym związane. W pewnym sensie tak czy siak brał na swoje barki to wszystko, co rzekomo nie było dla niego. Zajmował się sprawami należącymi do jego ojca. Opiekował się rodziną, dbał o rodowe interesy. Tyle tylko, że całkowicie pro bono, jednocześnie będąc traktowanym w taki sposób, jakby to było jego obowiązkiem.
Nie narzekał, bo i czemu? W końcu prócz tego, nie miał już własnego prywatnego życia. Zajmował się rodem i pracą, pracą i rodem. Robił coś na kształt kariery, mimo starań, wciąż blokowany przez zarząd Munga. Wracał do Doliny, zajmując się naglącymi sprawunkami, podczas gdy jego ojciec kolejny raz znajdował się na wyjeździe. Raz po raz mierzył się z oczekiwaniami i wyrzutami, poniekąd zupełnie tego nie dostrzegając.
To zaczęło całkowicie go przytłaczać. Szczególnie, jeśli w dalszym ciągu nie spodziewał się przyjąć oficjalnej roli dziedzica. Jeżeli nadal nie chciał być głową rodu, aby nie wdawać się w zbyteczne konfrontacje z nową żoną ojca. I tak dalej, i tak dalej. W gruncie rzeczy chciał...
...cholera, w ostatnim czasie zaczął uświadamiać sobie, że tak naprawdę pragnął spokojnego życia. Niczego więcej. Dobrej pracy i szczęśliwego domu. Nic ponadto. Nie musiał dążyć do niczego, co na dłuższą metę miało zniszczyć jego lub jego bliskich. Nie potrzebował nic nikomu udowadniać, sobie poniekąd także nie.
Nader wszystko nie chciał już nikogo ratować. Zwłaszcza na siłę. Szczególnie, gdy ta osoba nie pragnęła ratunku. Nie był dobrotliwym wsparciem ludzi biednych i zagubionych, nawet jeśli niegdyś łączyły ich dosyć pozytywne relacje. Nigdy nie był wyjątkowo blisko Astarotha, nawet wtedy, kiedy przestał być wyłącznie uzdrowicielem najmłodszego Yaxleya a stał się jego przyszłym szwagrem.
Jasne, w tamtym okresie lubił młodego łowcę. Chętnie spędzał z nim czas. Tyle tylko, że Roth zachowywał się wtedy zupełnie inaczej. To, co teraz robił, to nie był wyłącznie wynik wampiryzmu. O nie. To było coś znacznie głębszego i skomplikowanego. Na tyle, że Ambroise nie zamierzał tego dalej ciągnąć. Nie, gdy tylko oni usiłowali cokolwiek zrobić, ich podopieczny, problem Geraldine nie podjął żadnych starań.
Poza tym, Yaxley był coraz bardziej niebezpieczny. Mogłoby się zdawać, że z dnia na dzień odkrywał w sobie kolejne pokłady agresji. Z pewnością wciąż miał w zanadrzu karty, nad których rozdawaniem jednocześnie zupełnie nie panował. To była wyłącznie kwestia czasu aż komuś stanie się naprawdę nieodwracalna krzywda.
- Próbowaliśmy - odezwał się względnie spokojnym, neutralnym tonem, jedynie stwierdzając fakt.
Nie usiłował pocieszać Yaxleyówny. Zresztą nie sądził, aby Rina tego od niego potrzebowała. Zrobili tyle, ile mogli zrobić. Reszta była już zupełnie poza ich zasięgiem. Jasne, mogli próbować walczyć z wiatrakami. Tyle tylko, że po co? Czemu mieli to robić własnym kosztem? Czyż nie ponieśli dostatecznie wielu poświęceń dla celów, które ostatecznie wcale nie okazały się tak konieczne?
No właśnie. Niemal ich to zniszczyło. Zarówno razem, jak i z osobna. Bez wątpienia pogubili się gdzieś po drodze, całe szczęście ponownie odnajdując właściwą ścieżkę. Tyle tylko, że nie mogli ciągnąć nią za sobą kogoś jeszcze. Kogoś, za kogo nie powinni być odpowiedzialni.
- Nie wiem, jak obecnie sprawuje się ich uzdrowiciel - oczywiście, miał tu na myśli swojego znajomego, który zastąpił go w posłudze u Yaxleyów; nie rozmawiał z nim o sprawach zawodowych, nawet wtedy, gdy spotykali się w pracy - ale, oczywiście, dam mu wszystkie informacje dotyczące tego, co zrobiliśmy dla Astarotha - w końcu dokładnie to należało zrobić, zwłaszcza z medycznego punktu widzenia.
Szczególnie, gdy wprowadzili dosyć mocne i zdecydowanie metody odcięcia Rotha od dostępu do eliksirów nasennych. Jeśli Yaxley miał zostać przejęty przez kogoś innego, co zdecydowanie powinno nastąpić w Snowdonii, nowy magomedyk powinien wiedzieć jak najwięcej o jego dotychczasowej rekonwalescencji.
- Jeśli zechcesz, jutro rano spytam Benjy'ego o możliwość towarzyszenia nam do Snowdonii, jako dodatkowa obstawa. Powinniśmy to zrobić jak najszybciej - zawyrokował bez zająknięcia, ponieważ oboje raczej zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji.
Młody chłopak robił się coraz trudniejszy do pohamowania. Najpewniej powinni wziąć pod uwagę konieczność oszukania go, co do powodu wizyty w rodzinnych stronach. Poza tym zabranie ze sobą kogoś, kto mógł stanowić wsparcie w zakresie powstrzymania wybuchu bestii wydawało się całkiem logiczne. Nie mówiąc już nic o ich ostatnim pobycie w ojczystych stronach obojga łowców. W tym wypadku Fenwick również mógł przydać się, jako wsparcie. Cholera wiedziała, co mieli tam zastać.
Paradoksalnie, jeszcze bardziej niż w Whitby albo w Londynie czy w Dolinie Godryka. Wszystkie ich miejsca były w pewnym stopniu naznaczone przez czasy, w jakich przyszło im żyć. Planując przyszłość, zdecydowanie powinni wziąć to pod uwagę. Nie było zatem raczej zbyt dziwne, że gdy o tym mówili, rozmawiali o zupełnie innych okolicach.
- Jezioro nie stanowi żadnego problemu - uśmiechnął się pod nosem, dosyć krzywo, nawet jak na siebie, jednocześnie cicho prychając na wspomnienie wszystkich czynności związanych z kształtowaniem tamtego nieszczęsnego zbiornika.
Co prawda, taka magia nie była trwała, ale pozwalała stworzyć coś na kształt wizualizacji aranżacji terenu. Później mogli dodać do tego resztę. Bez wątpienia mogli mieć u siebie to, o czym wspominała jego dziewczyna. Co zaś tyczyło się morza...
- Lubię je, wiesz - odruchowo machnął wolną ręką w kierunku horyzontu, na którym już zaczęły malować się nadmorskie skały. - Oczywiście, wolę las, ale morze też zdecydowanie coś w sobie ma - kiwnął głową.
Góry również lubił. Bez wątpienia. Nie dało się jednak zaprzeczyć, że obecnie kojarzyły mu się w dosyć negatywny sposób. Z drugiej strony, Londyn także pozostawił po sobie dosyć traumatyczne wspomnienia.
- Tylko moje mieszkanie tak bardzo ucierpiało w pożarze - stwierdził, nie mając w sobie na tyle niezdrowego optymizmu, aby ubrać to w słowa podobne do całe szczęście albo przynajmniej tylko, bowiem zdecydowanie nie był człowiekiem tego typu.
Oczywiście, wewnętrznie odczuwał coś na kształt ulgi, bo równie dobrze cała kamienica mogła zostać strawiona przez tamten nienaturalnie rozprzestrzeniający się ogień. Nie dało się ukryć, że ostateczne straty nie były największymi, jakie mogli ponieść. Zniszczeniu uległo włącznie jego mieszkanie oraz część klatki schodowej. Pozostałe lokale ucierpiały w znacznie mniejszym stopniu.
Jednakże czy nazwanie tego jakimkolwiek szczęściem byłoby właściwe z perspektywy kogoś, kto stracił część swojego dorobku? Otóż nie. Nie wydawało mu się, aby powinien uciekać się do wygłaszania podobnych bzdur. Zaniżanie znaczenia wydarzeń nie należało do jego taktyk. Nie zamierzał robić z siebie ofiary, ale nie uznawał także, że powinien odbierać wagę temu, co się stało.
Szczególnie, gdy co prawda miał ten komfort, że nie stracił jedynego dachu nad głową. Posiadał inne nieruchomości, był właścicielem ziemskim w Whitby, miał swoją część ojcowizny w Dolinie Godryka. Było go stać na wynajem czegoś zastępczego w Londynie, a gdyby postarał się trochę mocniej, pewnie byłby w stanie kupić coś w miejsce remontu pogorzeliska. Ale bez wątpienia nie znalazł się w zbyt codziennej, komfortowej sytuacji.
Wiele rzeczy faktycznie musiał zaczynać od nowa. Część potrzebował na powrót zebrać w całość z fragmentów rozrzuconych pomiędzy innymi miejscami. W mieszkaniu przy Horyzontalnej miał bowiem kilka praktycznie skończonych autorskich projektów, do których odtworzenia pozostały mu jedynie notatki. Chwilowo nic o tym nie mówił, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak dużą stratą to było. Większą od mebli czy tapet.
No cóż. Przynajmniej nikt nie zginął. Wszyscy byli bezpieczni.
- Aczkolwiek myślę, że po tym wszystkim, co wydarzyło się w stolicy i co jeszcze może mieć miejsce, mogą rozważać wyprowadzkę na bliską prowincję - rzucił z zastanowieniem, domyślając się, że właśnie do tego zmierzała jego dziewczyna, gdy zadała swoje pierwsze pytanie.
Niemal natychmiast okazało się zresztą, że było to raczej trafne założenie. Poza tym jak najbardziej właściwym było, aby spróbowali spytać przyjaciela o dalsze plany. W końcu byli z nim najbliżej ze wszystkich ludźmi, z którymi oboje trzymali nawet wtedy, gdy ich własne relacje były... ...lekko mówiąc... ...napięte.
Nie wspominając o tym, że w takim układzie nie musieliby przejmować się o konieczność wyprawiania kolejnych eskapad podobnych do tej, jakiej doświadczyli pamiętnej londyńskiej nocy. Nie musieliby przejmować się kolejnym uderzeniem w Horyzontalną albo Pokątną.
Nie dało się bowiem ukryć, że czasy były coraz cięższe, poplecznicy Voldemorta rośli w siłę, pozwalając sobie na coraz więcej. To z pewnością nie miał być koniec ich działalności. Ataki nasilały się praktycznie z dnia na dzień, uderzając głównie w magiczną część Londynu, Dolinę Godryka oraz Little Hangleton. Stałe mieszkanie poza stolicą i przebywanie w niej wyłącznie wtedy, kiedy tego chcieli, jednocześnie pozostawiając w zasięgu szybkiego dostępu do miasta wydawało się najlepszym możliwym rozwiązaniem. A jeśli mogli mieć przy tym doskonałe bliskie towarzystwo...
...czemuż nie?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down