16.07.2025, 23:50 ✶
- Nie przepadałaś zbytnio za mną? - Powtórzył tonem, który niemalże nie potrzebował głębszych wyjaśnień, bowiem mówił dosłownie sam za siebie; mimo to, Ambroise nie zamierzał oszczędzić sobie wszelkiej przyjemności, jaka mogła płynąć z kolejnych słów, które opuściły jego usta wręcz w natychmiastowym trybie. - Mówiłem ci już kiedyś, że w takim razie serdecznie współczuję ludziom, których szczerze nienawidzisz? - Zapytał bez najmniejszego drgnięcia powieki, tylko nieznacznie trochę wyżej unosząc przy tym brwi.
No cóż. Ich konflikt być może nie należał do najbardziej spektakularnych. Nie poszarpali się publicznie, nie wyzywali się ku uciesze gawiedzi, a jedynie ciskali gromy z oczu i zionęli do siebie wprost mrożącym chłodem. Nie dało się jednak ukryć, że oboje byli w tym dosyć mocno zażarci.
Tym bardziej ironiczne było to, przy ilu okazjach mieli szansę wpaść na siebie, konfrontując się w rozmaitych sytuacjach. Czy to prywatnych, czy też zawodowych. Zupełnie tak, jakby w tamtym momencie dosłownie cały świat sprzysiężył się ku temu, aby wmanewrować ich w niechciane interakcje.
Począwszy od tamtej nieszczęsnej wiosny bezpośrednio po ich konfrontacji w szklarniach Greengrassów, poprzez początek i koniec letniego sezonu towarzyskiego, później tamto przeklęte Mabon i wreszcie kelpie oraz pokłosie tamtych zdarzeń.
Oczywiście, że uniósł się wtedy honorem. Sam z siebie mógł dopilnować, aby jego niechętna pacjentka pozostała pod opieką jednego uzdrowiciela. To on pierwszy wepchnął jej w dłoń kartę zmiany medyka. To także doskonale pamiętał. Nie był tak śnieżnobiały jak mógł teraz sugerować, ale w gruncie rzeczy to były żarty. Ot, droczenie się, nic więcej. Nie musiał więc odwoływać się do całej prawdy, czyż nie? Mógł stosować ją tak wybiórczo jak tylko miał ochotę.
- Poza tym należał to mi się medal za zasługi - nie, zdecydowanie nie zamierzał być przy tym kulturalnie skromny, bez wątpienia znał zarówno własną wartość, jak i cenę oraz wagę tego, co wtedy zrobił. - Tak właściwie to dwa medale - rzucił bez zająknięcia, nawet jeśli był całkowicie świadomy tego, że w ostatecznym rozrachunku zyskał znacznie więcej niż byle order albo dwa. - Jeden za kilkudniowy brak snu. Drugi za radzenie sobie z tak trudnym pacjentem. Do tej pory uważam cię za jeden z cięższych przypadków. Mam nadzieję, że jesteś tego świadoma - co prawda, nie mówił, pod jakim kątem, ale robił to całkiem celowo.
Mogli popławić się w niedopowiedzeniach. Nie musiał od razu wspominać o tym, że chodziło o sprawę pod czysto medycznym kątem, bo w gruncie rzeczy wcale nie była wobec niego aż tak upierdliwa. Jasne, mieli wtedy zadrę. W pewnym stopniu zasłużył sobie na takie a nie inne reakcje ze strony dziewczyny. Zresztą nie minęło zbyt wiele czasu zanim nie wyjaśnili sobie wszystkiego, co ich wtedy poróżniło. Aczkolwiek w tamtym momencie ich konflikt zdecydowanie nie był najostrzejszy.
Po prawdzie mówiąc, gdyby przyjrzeć się temu głębiej, naprawdę nie było aż takich powodów do trzymania urazy z którejkolwiek strony. Tym bardziej, że oboje byli wtedy dorośli. Poniekąd, nawet pomimo pokazania mu środkowego palca w zakresie dalszego leczenia (co chyba też wyszło im ostatecznie na dobre) chyba od tamtego momentu zaczęli prostować swoje stosunki.
Niewiele później niemal z godziny na godzinę rozwiązali zatargi, choć bez wątpienia zrobili to w dosyć nieoczekiwany, mocno gwałtowny sposób. Nabawiając się czegoś w rodzaju drugiej wspólnej traumy do kolekcji. Zaraz po Rosierze, przed wieloma innymi sytuacjami zwieńczonymi tą najnowszą. Paradoksalnie, w dalszym ciągu większą niż pożary Londynu, przynajmniej wedle prywatnej hierarchii Greengrassa.
Nie chciał jednak zbyt często wracać myślami do tego, co stało się w jaskini. Za nic w świecie nie przyznałby tego na głos, ale zupełnie nie był gotowy na to wszystko, co ich tam dotknęło. Ponieśli naprawdę duże koszty, niemal największe z możliwych. W gruncie rzeczy nie wyszli stamtąd tacy sami. Już nigdy nie mieli zupełnie o tym zapomnieć.
Co znowu prowadziło go wprost do jeszcze jednej kwestii: pierwszego z wieloletnich przyjaciół, których z dużym prawdopodobieństwem stracił w przeciągu dwóch ostatnich tygodni. No cóż. Nie zamierzał chować głowy w piasek z powodu tego, jak stawiał wtedy priorytety i w jaki sposób postąpił. Najwidoczniej coraz trudniejsze czasy weryfikowały nawet te z pozoru najtrwalsze znajomości.
Figg. Potter. W obu przypadkach nie spodziewał się, że postąpią tak jak postąpili. Thomas zupełnie odciął się od niego. Już wychodząc na powierzchnię, zachowywał się jak odmieniony, choć zdecydowanie nie pod wpływem manipulacji dopplegangera, tylko wpływu ze strony ich czwartego uczestnika wyprawy. Natomiast Romulus usiłował sabotować jego plany. Z dużym prawdopodobieństwem nie tylko tego dnia, lecz także znacznie wcześniej. Mniej więcej wtedy, kiedy zaczął swoją plotkarską kampanię, dodatkowo mieszając i dokładając do sterty problemów.
Szczęście w nieszczęściu, Roise nigdy nie cierpiał na żadną z dwóch rzeczy: niedostatek przyjaciół i brak zleceń zarobkowych. W pierwszym przypadku najwidoczniej, o ironio, nie był wybredny. W drugim bez wątpienia miał ten komfort, aby przyjmować i odrzucać oferty wedle własnego uznania. Czasy, kiedy potrzebował cudzych poleceń już dawno minęły.
Mimo to w dalszym ciągu dobrze wspominał tamte lata współpracy z Gerardem. Nawet wtedy, gdy już nie robił tego z uwagi na łączącą ich formalną umowę, cenił sobie możliwość pomocy. Zarówno w codziennych dolegliwościach, jak i w sytuacjach awaryjnych, których było...
...oj, wiele. Bez wątpienia nie nudził się pośród łowców. Nawet nie próbował tego kryć.
- Ano - odpowiedział w pierwszej chwili, czując jednak nazbyt dużą potrzebę dodania - w większości. Niektórzy z wyjątkową zawziętością nie trzymają się zaleceń - nie musiał wspominać, do czego ani do kogo pije, nieprawdaż?
Łowcy byli naprawdę solidnym gronem stałych klientów. Nie dało się temu zaprzeczyć. Zresztą nie zamierzał tego robić. Jednakże mieli także tendencję do bagatelizacji swojego stanu zdrowia, przy czym na skutek tego podejścia dosyć często wracali pod lupę uzdrowicieli. No i biznes się kręcił.
Zawodowo, cóż, nie mógł powiedzieć, że psuje mu to szyki. Natomiast prywatnie? Oj, w tym wypadku bez wątpienia chciałby, aby najbliższe znane mu osoby wykonujące te ryzykowne zawody przykładały chociaż trochę więcej wagi do swojego być albo nie być. Świat od razu byłby spokojniejszy.
- Zawsze lubiłem jego zadaniowe podejście. Może niekoniecznie w chlaniu wódy, ale pod każdym innym względem - uniósł kąciki ust, przelotnie wspominając tamte stare czasy, które w przypadku wizyt w Snowdonii, w znacznej mierze polegały na jednym z dwóch: zabiegach medycznych albo opijaniu różnorodnych okazji.
Bez wątpienia nadwyrężył sobie wtedy stan wątroby, chociaż gdyby tak naprawdę miał przyznać, czy jakoś mocno mu to przeszkadzało, stwierdziłby, że nie. Nie miał problemu z przyzwyczajeniem się do zwyczajów panujących w tamtej posiadłości. Szczególnie już wtedy, kiedy nie był oficjalnie wyłącznie zatrudniony i nie musiał kulturalnie odmawiać kielicha.
Co prawda teraz zupełnie nie wiedział, jak zostanie przyjęty. Nie miał jeszcze okazji porozmawiać z Yaxleyówną na temat jej rodziny. Przynajmniej nie w zakresie wykraczającym poza problemy z Astarothem, ale...
...no właśnie.
- Spróbujemy załatwić to w piątek rano. Na tyle, na ile to będzie możliwe - kiwnął więc głową, słysząc słowa Riny odnośnie sprawdzenia jaskini Astarotha i tego, co dokładnie brał jej brat, zanim odcięli go od specyfików na sen.
Ze swojego uzdrowicielskiego doświadczenia wiedział, że uzależnieni pacjenci nieczęsto ograniczali się wyłącznie do jednej substancji. Zazwyczaj korzystali z arsenału różnych eliksirów o podobnych właściwościach. Co prawda zupełnie inaczej było mieć do czynienia z kimś, kto nie miał z nim żadnych prywatnych koneksji, ale w tym wypadku zdecydowanie zamierzał podejść do sprawy w dokładnie taki sam sposób, w jaki zachowałby się, gdyby chodziło o kogoś, kto był mu obcy. Liczyło się profesjonalne działanie.
Poniekąd dokładnie z tego samego założenia wyszedł przecież wtedy podczas pierwszego zetknięcia Yaxleyówny z kelpie. Odstawił na bok prywatne uprzedzenia. Przynajmniej do pewnego momentu, bowiem później sytuacja dosyć mocno się pokomplikowała i wróciła na nie do końca właściwe tory.
Całe szczęście mieli to za sobą. W tym momencie było to wyłącznie niezbyt chlubną anegdotą i jednoczesnym powodem, dla którego przez lata nie wahał się ani przez chwilę z ofertą uczestnictwa w co bardziej ryzykownych polowaniach. Nie mógł zresztą powiedzieć, że podczas nich jakoś specjalnie się nudził. O nie. Lubił tamte momenty. Nie traktował tego jako ujmy na honorze, nawet jeśli tak naprawdę przez większość czasu służył wyłącznie za tragarza przenoszącego rzeczy z punktu a do punktu b, od czasu do czasu uciekając się do podawania czegoś w trakcie walki, niezbyt często samemu biorąc udział w bezpośrednim starciu. Zazwyczaj głównie nosił, podawał, okazjonalnie leczył, ale gdy z ust Geraldine padły te konkretne słowa, odruchowo poczuł się nimi mile połechtany.
- Czy to znaczy, że tym razem bardziej mnie w nie włączysz? - Spytał w pierwszej chwili, przypatrując się dziewczynie kątem oka, po czym sam także powoli skinął głową, lekko ściskając jej dłoń. - Mi też - dopowiedział, nie zamierzając ukrywać prawdy.
To były dobre czasy. Naprawdę. Jeszcze zanim tak bardzo się pokomplikowały.
- Obawiam się, że będziemy musieli działać na pałę - no cóż, mieli być ze sobą szczerzy, prawda?
Powiedział to zresztą nie tylko szczerze i zgodnie z własnym przeczuciem, ale także całkowicie spokojnie. Zupełnie tak, jakby wcale nie mówili o obieraniu stron w cudzym konflikcie, od którego mogło zaważyć ich dalsze być albo nie być. Ot, zupełnie tak, jak gdyby zmienili temat na kolor tapety, która różniła się od zamówionego próbnika, ale mieli jej już wszystkie rolki i zwrot przysporzyłby im zbędnych problemów. Co prawda odcień nie był tak dobry, ale przecież mogli manipulować oświetleniem i dodatkami.
- Póki co, rzeczywiście poszukajmy czegoś w rozsądnym oddaleniu od epicentrum wydarzeń - rzecz jasna, miał tu na myśli Londyn - co spełni nasze oczekiwania. Okres zimowy raczej zawsze wiązał się z zastojem na rynku nieruchomości - przynajmniej wedle tego, co wiedział - ale po tym, co miało miejsce, raczej możemy spodziewać się, że coś ruszy. W jedną albo w drugą stronę - zakończył.
Byli realistami, nie? Mogli spekulować na podstawie przeszłych doświadczeń. Swoich czy cudzych. Jednakże bez wątpienia natrafili na wyjątkowe okoliczności. Niektórzy, tak jak oni, mieli szukać czegoś pod miastem. Inni z pewnością myśleli o wyniesieniu się spod Londynu gdzieś dalej, planując sprzedać nieruchomości. Jeszcze kolejni planowali przeprowadzkę zagranicę. Tak naprawdę wszystko mogło się zdarzyć. Najważniejsze, że byli zgodni w podjęciu tego konkretnego kroku, nie próbując kręcić się wokół tematu albo wahać przed podjęciem decyzji. Doskonale było widzieć, że to nie uległo zmianie. Nadal nie mieli chorobliwych tendencji do niepewności, otwarcie zmieniali swoje życie. Oby na lepsze.
No cóż. Ich konflikt być może nie należał do najbardziej spektakularnych. Nie poszarpali się publicznie, nie wyzywali się ku uciesze gawiedzi, a jedynie ciskali gromy z oczu i zionęli do siebie wprost mrożącym chłodem. Nie dało się jednak ukryć, że oboje byli w tym dosyć mocno zażarci.
Tym bardziej ironiczne było to, przy ilu okazjach mieli szansę wpaść na siebie, konfrontując się w rozmaitych sytuacjach. Czy to prywatnych, czy też zawodowych. Zupełnie tak, jakby w tamtym momencie dosłownie cały świat sprzysiężył się ku temu, aby wmanewrować ich w niechciane interakcje.
Począwszy od tamtej nieszczęsnej wiosny bezpośrednio po ich konfrontacji w szklarniach Greengrassów, poprzez początek i koniec letniego sezonu towarzyskiego, później tamto przeklęte Mabon i wreszcie kelpie oraz pokłosie tamtych zdarzeń.
Oczywiście, że uniósł się wtedy honorem. Sam z siebie mógł dopilnować, aby jego niechętna pacjentka pozostała pod opieką jednego uzdrowiciela. To on pierwszy wepchnął jej w dłoń kartę zmiany medyka. To także doskonale pamiętał. Nie był tak śnieżnobiały jak mógł teraz sugerować, ale w gruncie rzeczy to były żarty. Ot, droczenie się, nic więcej. Nie musiał więc odwoływać się do całej prawdy, czyż nie? Mógł stosować ją tak wybiórczo jak tylko miał ochotę.
- Poza tym należał to mi się medal za zasługi - nie, zdecydowanie nie zamierzał być przy tym kulturalnie skromny, bez wątpienia znał zarówno własną wartość, jak i cenę oraz wagę tego, co wtedy zrobił. - Tak właściwie to dwa medale - rzucił bez zająknięcia, nawet jeśli był całkowicie świadomy tego, że w ostatecznym rozrachunku zyskał znacznie więcej niż byle order albo dwa. - Jeden za kilkudniowy brak snu. Drugi za radzenie sobie z tak trudnym pacjentem. Do tej pory uważam cię za jeden z cięższych przypadków. Mam nadzieję, że jesteś tego świadoma - co prawda, nie mówił, pod jakim kątem, ale robił to całkiem celowo.
Mogli popławić się w niedopowiedzeniach. Nie musiał od razu wspominać o tym, że chodziło o sprawę pod czysto medycznym kątem, bo w gruncie rzeczy wcale nie była wobec niego aż tak upierdliwa. Jasne, mieli wtedy zadrę. W pewnym stopniu zasłużył sobie na takie a nie inne reakcje ze strony dziewczyny. Zresztą nie minęło zbyt wiele czasu zanim nie wyjaśnili sobie wszystkiego, co ich wtedy poróżniło. Aczkolwiek w tamtym momencie ich konflikt zdecydowanie nie był najostrzejszy.
Po prawdzie mówiąc, gdyby przyjrzeć się temu głębiej, naprawdę nie było aż takich powodów do trzymania urazy z którejkolwiek strony. Tym bardziej, że oboje byli wtedy dorośli. Poniekąd, nawet pomimo pokazania mu środkowego palca w zakresie dalszego leczenia (co chyba też wyszło im ostatecznie na dobre) chyba od tamtego momentu zaczęli prostować swoje stosunki.
Niewiele później niemal z godziny na godzinę rozwiązali zatargi, choć bez wątpienia zrobili to w dosyć nieoczekiwany, mocno gwałtowny sposób. Nabawiając się czegoś w rodzaju drugiej wspólnej traumy do kolekcji. Zaraz po Rosierze, przed wieloma innymi sytuacjami zwieńczonymi tą najnowszą. Paradoksalnie, w dalszym ciągu większą niż pożary Londynu, przynajmniej wedle prywatnej hierarchii Greengrassa.
Nie chciał jednak zbyt często wracać myślami do tego, co stało się w jaskini. Za nic w świecie nie przyznałby tego na głos, ale zupełnie nie był gotowy na to wszystko, co ich tam dotknęło. Ponieśli naprawdę duże koszty, niemal największe z możliwych. W gruncie rzeczy nie wyszli stamtąd tacy sami. Już nigdy nie mieli zupełnie o tym zapomnieć.
Co znowu prowadziło go wprost do jeszcze jednej kwestii: pierwszego z wieloletnich przyjaciół, których z dużym prawdopodobieństwem stracił w przeciągu dwóch ostatnich tygodni. No cóż. Nie zamierzał chować głowy w piasek z powodu tego, jak stawiał wtedy priorytety i w jaki sposób postąpił. Najwidoczniej coraz trudniejsze czasy weryfikowały nawet te z pozoru najtrwalsze znajomości.
Figg. Potter. W obu przypadkach nie spodziewał się, że postąpią tak jak postąpili. Thomas zupełnie odciął się od niego. Już wychodząc na powierzchnię, zachowywał się jak odmieniony, choć zdecydowanie nie pod wpływem manipulacji dopplegangera, tylko wpływu ze strony ich czwartego uczestnika wyprawy. Natomiast Romulus usiłował sabotować jego plany. Z dużym prawdopodobieństwem nie tylko tego dnia, lecz także znacznie wcześniej. Mniej więcej wtedy, kiedy zaczął swoją plotkarską kampanię, dodatkowo mieszając i dokładając do sterty problemów.
Szczęście w nieszczęściu, Roise nigdy nie cierpiał na żadną z dwóch rzeczy: niedostatek przyjaciół i brak zleceń zarobkowych. W pierwszym przypadku najwidoczniej, o ironio, nie był wybredny. W drugim bez wątpienia miał ten komfort, aby przyjmować i odrzucać oferty wedle własnego uznania. Czasy, kiedy potrzebował cudzych poleceń już dawno minęły.
Mimo to w dalszym ciągu dobrze wspominał tamte lata współpracy z Gerardem. Nawet wtedy, gdy już nie robił tego z uwagi na łączącą ich formalną umowę, cenił sobie możliwość pomocy. Zarówno w codziennych dolegliwościach, jak i w sytuacjach awaryjnych, których było...
...oj, wiele. Bez wątpienia nie nudził się pośród łowców. Nawet nie próbował tego kryć.
- Ano - odpowiedział w pierwszej chwili, czując jednak nazbyt dużą potrzebę dodania - w większości. Niektórzy z wyjątkową zawziętością nie trzymają się zaleceń - nie musiał wspominać, do czego ani do kogo pije, nieprawdaż?
Łowcy byli naprawdę solidnym gronem stałych klientów. Nie dało się temu zaprzeczyć. Zresztą nie zamierzał tego robić. Jednakże mieli także tendencję do bagatelizacji swojego stanu zdrowia, przy czym na skutek tego podejścia dosyć często wracali pod lupę uzdrowicieli. No i biznes się kręcił.
Zawodowo, cóż, nie mógł powiedzieć, że psuje mu to szyki. Natomiast prywatnie? Oj, w tym wypadku bez wątpienia chciałby, aby najbliższe znane mu osoby wykonujące te ryzykowne zawody przykładały chociaż trochę więcej wagi do swojego być albo nie być. Świat od razu byłby spokojniejszy.
- Zawsze lubiłem jego zadaniowe podejście. Może niekoniecznie w chlaniu wódy, ale pod każdym innym względem - uniósł kąciki ust, przelotnie wspominając tamte stare czasy, które w przypadku wizyt w Snowdonii, w znacznej mierze polegały na jednym z dwóch: zabiegach medycznych albo opijaniu różnorodnych okazji.
Bez wątpienia nadwyrężył sobie wtedy stan wątroby, chociaż gdyby tak naprawdę miał przyznać, czy jakoś mocno mu to przeszkadzało, stwierdziłby, że nie. Nie miał problemu z przyzwyczajeniem się do zwyczajów panujących w tamtej posiadłości. Szczególnie już wtedy, kiedy nie był oficjalnie wyłącznie zatrudniony i nie musiał kulturalnie odmawiać kielicha.
Co prawda teraz zupełnie nie wiedział, jak zostanie przyjęty. Nie miał jeszcze okazji porozmawiać z Yaxleyówną na temat jej rodziny. Przynajmniej nie w zakresie wykraczającym poza problemy z Astarothem, ale...
...no właśnie.
- Spróbujemy załatwić to w piątek rano. Na tyle, na ile to będzie możliwe - kiwnął więc głową, słysząc słowa Riny odnośnie sprawdzenia jaskini Astarotha i tego, co dokładnie brał jej brat, zanim odcięli go od specyfików na sen.
Ze swojego uzdrowicielskiego doświadczenia wiedział, że uzależnieni pacjenci nieczęsto ograniczali się wyłącznie do jednej substancji. Zazwyczaj korzystali z arsenału różnych eliksirów o podobnych właściwościach. Co prawda zupełnie inaczej było mieć do czynienia z kimś, kto nie miał z nim żadnych prywatnych koneksji, ale w tym wypadku zdecydowanie zamierzał podejść do sprawy w dokładnie taki sam sposób, w jaki zachowałby się, gdyby chodziło o kogoś, kto był mu obcy. Liczyło się profesjonalne działanie.
Poniekąd dokładnie z tego samego założenia wyszedł przecież wtedy podczas pierwszego zetknięcia Yaxleyówny z kelpie. Odstawił na bok prywatne uprzedzenia. Przynajmniej do pewnego momentu, bowiem później sytuacja dosyć mocno się pokomplikowała i wróciła na nie do końca właściwe tory.
Całe szczęście mieli to za sobą. W tym momencie było to wyłącznie niezbyt chlubną anegdotą i jednoczesnym powodem, dla którego przez lata nie wahał się ani przez chwilę z ofertą uczestnictwa w co bardziej ryzykownych polowaniach. Nie mógł zresztą powiedzieć, że podczas nich jakoś specjalnie się nudził. O nie. Lubił tamte momenty. Nie traktował tego jako ujmy na honorze, nawet jeśli tak naprawdę przez większość czasu służył wyłącznie za tragarza przenoszącego rzeczy z punktu a do punktu b, od czasu do czasu uciekając się do podawania czegoś w trakcie walki, niezbyt często samemu biorąc udział w bezpośrednim starciu. Zazwyczaj głównie nosił, podawał, okazjonalnie leczył, ale gdy z ust Geraldine padły te konkretne słowa, odruchowo poczuł się nimi mile połechtany.
- Czy to znaczy, że tym razem bardziej mnie w nie włączysz? - Spytał w pierwszej chwili, przypatrując się dziewczynie kątem oka, po czym sam także powoli skinął głową, lekko ściskając jej dłoń. - Mi też - dopowiedział, nie zamierzając ukrywać prawdy.
To były dobre czasy. Naprawdę. Jeszcze zanim tak bardzo się pokomplikowały.
- Obawiam się, że będziemy musieli działać na pałę - no cóż, mieli być ze sobą szczerzy, prawda?
Powiedział to zresztą nie tylko szczerze i zgodnie z własnym przeczuciem, ale także całkowicie spokojnie. Zupełnie tak, jakby wcale nie mówili o obieraniu stron w cudzym konflikcie, od którego mogło zaważyć ich dalsze być albo nie być. Ot, zupełnie tak, jak gdyby zmienili temat na kolor tapety, która różniła się od zamówionego próbnika, ale mieli jej już wszystkie rolki i zwrot przysporzyłby im zbędnych problemów. Co prawda odcień nie był tak dobry, ale przecież mogli manipulować oświetleniem i dodatkami.
- Póki co, rzeczywiście poszukajmy czegoś w rozsądnym oddaleniu od epicentrum wydarzeń - rzecz jasna, miał tu na myśli Londyn - co spełni nasze oczekiwania. Okres zimowy raczej zawsze wiązał się z zastojem na rynku nieruchomości - przynajmniej wedle tego, co wiedział - ale po tym, co miało miejsce, raczej możemy spodziewać się, że coś ruszy. W jedną albo w drugą stronę - zakończył.
Byli realistami, nie? Mogli spekulować na podstawie przeszłych doświadczeń. Swoich czy cudzych. Jednakże bez wątpienia natrafili na wyjątkowe okoliczności. Niektórzy, tak jak oni, mieli szukać czegoś pod miastem. Inni z pewnością myśleli o wyniesieniu się spod Londynu gdzieś dalej, planując sprzedać nieruchomości. Jeszcze kolejni planowali przeprowadzkę zagranicę. Tak naprawdę wszystko mogło się zdarzyć. Najważniejsze, że byli zgodni w podjęciu tego konkretnego kroku, nie próbując kręcić się wokół tematu albo wahać przed podjęciem decyzji. Doskonale było widzieć, że to nie uległo zmianie. Nadal nie mieli chorobliwych tendencji do niepewności, otwarcie zmieniali swoje życie. Oby na lepsze.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down