20.07.2025, 12:05 ✶
Jonathan uśmiechał się, Hannibal odpowiadał uśmiechem, i obaj trochę grali, dwóch doskonałych aktorów krążących wokół prawdy owiniętej tak grubo bawełną, że nie można było rozpoznać jej kształtów.
Hannibal nie miał akurat nikogo konkretnego na myśli, kogo Jonathan mógłby określić z takim naciskiem mianem ”jednej z pięknych dziewcząt". No bo przecież nie żaden z mugoli, z którymi zdarzało mu się sypiać, niezobowiązująco, dla zabawy, i to była w istocie zabawa, ale nic więcej, nic głębszego. Nie żadna z panien na wydaniu, o których istnieniu na pewno będą mu przypominać ciotki - Prewettówna, Blackówna, Dolohov - tak, jakby Hannibal mógł zdecydować się na ożenek jedynie z nazwiskiem, a nie z osobą, która je nosiła. No i na pewno nie… nikt inny.
Doskonale wiedział, że trzeba mieć głowę na karku w takich sprawach. Dorastał wśród publicznego zainteresowania jego osobą. I tak pozwalał sobie na wiele, wizerunek enfant terrible był wygodny pod tym względem, widzowie wręcz oczekiwali pewnego poziomu kontrowersji. Nie był jedyny w tym gronie - jego własny ojciec przed laty, daleki kuzyn Laurence, nawet Jonathan ze swoim niedoszłym ślubem - Selwyni tacy byli. Fani kochali ich kochać - krytycy kochali ich nienawidzić. Póki była publiczność, trwało przedstawienie. Ale trzeba było umiejętnie kroczyć po cienkiej linii między byciem czarującym a niesmacznym, między rozgłosem, a PR-ową katastrofą.
Hannibal wiedział. Ale pewne błędy trzeba popełnić samemu.
- Przecież jestem ostrożny. To tylko zabawa. Co może się stać? - odpowiedział. Nigdy nie rozmawiali z Jonathanem o życiu uczuciowym tego drugiego, poza tamtą sprawą z Charlotte. Młodszy kuzyn chciałby zapytać, ale… jakoś tak głupio było domagać się zwierzeń. Mimo wszystko łączyła ich nieco inna relacja, niż z przyjaciółmi w tym samym wieku.
Sam czuł się bezpiecznie wśród mugoli w klubach, które odwiedzał pod osłoną nocy, a niekiedy dodatkowo jeszcze metamorfomagii. No dobra, otarł się o śmierć niecałe dwa tygodnie temu, ale kto mógł się spodziewać wampira w mugolskiej dyskotece? Zresztą ten wampir, jak się okazało, potrzebował tylko wysłuchania, zrozumienia i odrobiny czułości. Jak my wszyscy, pomyślał Hannibal.
I krwi. No dobra, nie jak wszyscy.
Może jednak powinien być trochę ostrożniejszy. Trochę. Poza tym… ”nie pozwól by jakiekolwiek inne zęby przebiły Twoją skórę.” To było... miłe. Budziło pewne poczucie przynależności.
- O nie, nie, spokojnie - oczywiście, że sztuka jest otwarta do interpretacji. Po prostu raczej odbieram ją tak, że… - zawahał się - hm, że może nie każdy, kto na pierwszy rzut oka wydaje się zły, jest zły, tak po prostu?... Niektórzy są… głęboko zranieni albo niezrozumiani. Niektórzy pod wpływem emocji mówią i robią rzeczy, których potem żałują - to było trudne. Czy to znaczyło, że powinno się wybaczać krzywdy? Gdzie leżała granica tego przebaczenia? Hannibal nie wiedział.
Hannibal nie miał akurat nikogo konkretnego na myśli, kogo Jonathan mógłby określić z takim naciskiem mianem ”jednej z pięknych dziewcząt". No bo przecież nie żaden z mugoli, z którymi zdarzało mu się sypiać, niezobowiązująco, dla zabawy, i to była w istocie zabawa, ale nic więcej, nic głębszego. Nie żadna z panien na wydaniu, o których istnieniu na pewno będą mu przypominać ciotki - Prewettówna, Blackówna, Dolohov - tak, jakby Hannibal mógł zdecydować się na ożenek jedynie z nazwiskiem, a nie z osobą, która je nosiła. No i na pewno nie… nikt inny.
Doskonale wiedział, że trzeba mieć głowę na karku w takich sprawach. Dorastał wśród publicznego zainteresowania jego osobą. I tak pozwalał sobie na wiele, wizerunek enfant terrible był wygodny pod tym względem, widzowie wręcz oczekiwali pewnego poziomu kontrowersji. Nie był jedyny w tym gronie - jego własny ojciec przed laty, daleki kuzyn Laurence, nawet Jonathan ze swoim niedoszłym ślubem - Selwyni tacy byli. Fani kochali ich kochać - krytycy kochali ich nienawidzić. Póki była publiczność, trwało przedstawienie. Ale trzeba było umiejętnie kroczyć po cienkiej linii między byciem czarującym a niesmacznym, między rozgłosem, a PR-ową katastrofą.
Hannibal wiedział. Ale pewne błędy trzeba popełnić samemu.
- Przecież jestem ostrożny. To tylko zabawa. Co może się stać? - odpowiedział. Nigdy nie rozmawiali z Jonathanem o życiu uczuciowym tego drugiego, poza tamtą sprawą z Charlotte. Młodszy kuzyn chciałby zapytać, ale… jakoś tak głupio było domagać się zwierzeń. Mimo wszystko łączyła ich nieco inna relacja, niż z przyjaciółmi w tym samym wieku.
Sam czuł się bezpiecznie wśród mugoli w klubach, które odwiedzał pod osłoną nocy, a niekiedy dodatkowo jeszcze metamorfomagii. No dobra, otarł się o śmierć niecałe dwa tygodnie temu, ale kto mógł się spodziewać wampira w mugolskiej dyskotece? Zresztą ten wampir, jak się okazało, potrzebował tylko wysłuchania, zrozumienia i odrobiny czułości. Jak my wszyscy, pomyślał Hannibal.
I krwi. No dobra, nie jak wszyscy.
Może jednak powinien być trochę ostrożniejszy. Trochę. Poza tym… ”nie pozwól by jakiekolwiek inne zęby przebiły Twoją skórę.” To było... miłe. Budziło pewne poczucie przynależności.
- O nie, nie, spokojnie - oczywiście, że sztuka jest otwarta do interpretacji. Po prostu raczej odbieram ją tak, że… - zawahał się - hm, że może nie każdy, kto na pierwszy rzut oka wydaje się zły, jest zły, tak po prostu?... Niektórzy są… głęboko zranieni albo niezrozumiani. Niektórzy pod wpływem emocji mówią i robią rzeczy, których potem żałują - to było trudne. Czy to znaczyło, że powinno się wybaczać krzywdy? Gdzie leżała granica tego przebaczenia? Hannibal nie wiedział.