21.07.2025, 09:26 ✶
Czy mu przeszkadzało, że Lyssa robi wszystkim — a więc i jemu — pod górkę? Niespecjalnie. Nawykły był do tego, że przeszkody dnia codziennego mnożą się bezlitośnie, bo taki to już był ten nędzny żywot. Jak mu więc coś szło nie po myśli — coś kalibru nieszczęśliwej nastolatki, nie lokalnego armagedonu, oczywiście — potrafił zacisnąć zęby, odwrócić wzrok i obejść przeszkodę. Bądź ją ignorować tak długo, jak to możliwe, licząc, że sama zniknie.
— Tak, wydaje mi się, że to widzę. — Pokiwał głową znad czytanej książki.
I już wiedział, że tej przeszkody tego dnia nie ominie. Nie czuł się absolutnie kompetentny do wypisywania jej recept na nieszczęście, szczególnie gdy zbroniła mu sięgać po karty. Przez chwilę chodził mu po głowie chytry wytrych: nie karty, to symbole. Już szykował się do wypicia duszkiem pełnej, świeżutkiej filiżanki kawy ustawionej na stole, aby wyłowić z dna jakieś fusy, ale po pierwsze: nie chciał robić z Lyssy i siebie w ten sposób idiotki. A po drugie — wszystkie fusy zostały w kawiarce.
Znikąd ratunku, odpowiedź musiał znaleźć organicznie w sobie. Tyle że jego sposoby na nieszczęście były niekoniecznie… terapeutyczne. Wycofaj się możliwie najmocniej z życia, aby w samotności dać się skonsumować rozpaczy; przeczekaj najgorszą część — to miał jej powiedzieć?
— Zabrzmię, jakbym redagował Czarownicę, wybacz. — Zaznaczył stronę książki zakładką i odłożył ją na biurko. Nic by z niej pożytecznego nie wyczytał. — Czasem w takich chwilach spotykam się z kimś znajomym i — pijemy, stawiając karty? idziemy na spacer po lesie zasuszonych trupów? what's wrong with him?? — opowiadam… kawałek swojego nieszczęścia. Zapewne można opowiedzieć całe, ale ja wolę każdemu po kawałku. Wtedy nikt tak do końca nie zna pełnego nieszczęścia. — Gestykulując, dłońmi rozdzielił ogół niewidzialnego nieszczęścia na na dwie kupki, jakby objaśniał wybitnie skomplikowaną teorię.
I patrzył tak na Lyssę czujnie jak na tykającą bombę, czekając na to, czy wybrana odpowiedź okaże się poprawna.
— Tak, wydaje mi się, że to widzę. — Pokiwał głową znad czytanej książki.
I już wiedział, że tej przeszkody tego dnia nie ominie. Nie czuł się absolutnie kompetentny do wypisywania jej recept na nieszczęście, szczególnie gdy zbroniła mu sięgać po karty. Przez chwilę chodził mu po głowie chytry wytrych: nie karty, to symbole. Już szykował się do wypicia duszkiem pełnej, świeżutkiej filiżanki kawy ustawionej na stole, aby wyłowić z dna jakieś fusy, ale po pierwsze: nie chciał robić z Lyssy i siebie w ten sposób idiotki. A po drugie — wszystkie fusy zostały w kawiarce.
Znikąd ratunku, odpowiedź musiał znaleźć organicznie w sobie. Tyle że jego sposoby na nieszczęście były niekoniecznie… terapeutyczne. Wycofaj się możliwie najmocniej z życia, aby w samotności dać się skonsumować rozpaczy; przeczekaj najgorszą część — to miał jej powiedzieć?
— Zabrzmię, jakbym redagował Czarownicę, wybacz. — Zaznaczył stronę książki zakładką i odłożył ją na biurko. Nic by z niej pożytecznego nie wyczytał. — Czasem w takich chwilach spotykam się z kimś znajomym i — pijemy, stawiając karty? idziemy na spacer po lesie zasuszonych trupów? what's wrong with him?? — opowiadam… kawałek swojego nieszczęścia. Zapewne można opowiedzieć całe, ale ja wolę każdemu po kawałku. Wtedy nikt tak do końca nie zna pełnego nieszczęścia. — Gestykulując, dłońmi rozdzielił ogół niewidzialnego nieszczęścia na na dwie kupki, jakby objaśniał wybitnie skomplikowaną teorię.
I patrzył tak na Lyssę czujnie jak na tykającą bombę, czekając na to, czy wybrana odpowiedź okaże się poprawna.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie