Radosne rysy to nie było coś, o co mógłby z łatwością oskarżyć petersburskie księżniczki. Powściągliwość w ruchu mięśni twarzy to maniera, o którą paryska emigracja była tak zazdrosna nawet tu w Londynie, to zdecydowanie jedna z charakterystycznych cech Dolohov. W Maida Vale nawet czasem padało określenie “Nadnewański Uśmiech” jako bardzo subtelna, lecz surowa krytyka bzdury jakiej się właśnie usłyszało, a której odpowiednio spuentować nie pozwalała towarzyska etykieta. Z tych wszystkich powodów, w pierwszym momencie nie dostrzegł bijącej żałoby od towarzyszki dawnych rozmów. Dopiero charakterystyczna woalka dobrana w odpowiednio depresyjnym tonie, przysłaniająca twarz kobiety dała mu odrobinę do zrozumienia. Możliwe, że nawet jakiś strzępek informacji o matce Lany nawet dotarł do niego za pośrednictwem jego własnej rodziny czy służby. W końcu na jakimś etapie byli wciąż spokrewnieni, więc wieści o wszystkich zmianach statusów formalnych, nazwijmy to łagodnie, przechodziły przez rodową rezydencję Lestrangów.
Zreflektował się, kiedy do niego dotarło. Zreflektował się w tym znaczeniu, że momentalnie odrzucił nonszalancki uśmieszek i cały zadziorny ton. Nie byłoby teraz w dobry guście na żartobliwą aurę, kiedy ciężar straty kogoś tak bliskiego wciąż był tak okropnie odczuwalny. Nawet jeśli dawno się nie widzieli, nawet jeśli zdążył zapomnieć o śmierci jej matki w tym samym dniu, w którym się o niej dowiedział, nie musiał wysilać się na udawany smutek dla samej dobrej maniery. Dla własnej higieny umysłu nie dopuszczał do siebie zbyt wiele myśli o odpowiedzialności za niepożądane zgony podczas Spalonej Nocy, Gdyby miał tak robić nie mógłby uważać się za profesjonalnego mrocznego sługę Czarnego Pana. Jednak w tak bezpośrednich sytuacjach, kiedy przygnębienie w oczach rosyjskiej laleczki było tak uderzające, nawet on odczuwał ostre ukłucie w okruchy tego co jeszcze zostało po jego poczuciu winy.
- Jeśli miałbym zgadywać, to nawet będąc tak blisko piekła jak w Limbo, musi być tam okropnie zimno. Odparł być może odrobinę zmieszany. Kto wie jak wyglądają zaświaty? Najpewniej jakiś frustrat-straceniec, który tam dotarł, a potem wrócił, bo mało było mu śmierci za życia. Chłodno, wilgotno i nieprzyjemnie, a wokół morze iluzji chcące sprowadzić cię na manowce. Miał ochotę zrzucić z siebie ten ciężar tajemnicy, który nosił i wytłumaczyć jak się sprawy mają, zamiast tego sprostował sam siebie, łapiąc się odruchowo za lewe przedramię. - Bardzo mi przykro z powodu Twojej straty. Nie powinno to się w ogóle wydarzyć. Odważył się w końcu na jakiś sensowniejszych gesty wsparcia i współczucia, przy którym nie musiałby brzmieć jak najgorszy kłamca. - Wydaje mi się jednak, że wszyscy żyjemy z tym wszystkim. I to nasza najgorsza kara. Pociągnął dalej, może chociaż odrobina gorzkiego sarkazmu przebije ten balonik dramatyzmu. Tak wiele zdążyło się od ostatniego spotkania wydarzyć, a odpowiednich słów wciąż jak na lekarstwo. Z drugiej strony romański akcent z jakim potrafiła wypowiedzieć jego imię, zabrzmiał bardzo kusząco. Poza domem, rzadko kiedy miał okazję usłyszeć to słowo w odpowiedniej dla niego wibracji.