21.07.2025, 18:52 ✶
Życie lubiło zaskakiwać równie mocno, co ludzie. Niestety, zazwyczaj w bardzo niekontrolowany sposób, czego sam Ambroise raczej nie lubił. Preferował mieć kontrolę nad swoim otoczeniem oraz nad tym, co działo się dookoła niego. Być może czasami w dosyć niezdrowym zakresie, jednak ten fakt zwykł wygodnie omijać. Przynajmniej na tyle, na ile mógł to robić, bowiem w ostatnim czasie nawet jemu sprawiało to coraz większą trudność.
Nie mógł nic poradzić na to, że potrzebował stopniowo zacząć dopuszczać do siebie niektóre niekoniecznie przyjemne spostrzeżenia. Na przykład to, z kim zadawał się niemal na co dzień, a z kim rzeczywiście warto było się zadawać, kto był dla niego faktycznym dobrym towarzystwem, nie zaś nieuświadomionym ciężarem spoczywającym na barkach. Próba czasu pokazała mu dosyć brutalnie, że te dwie rzeczy niekoniecznie były ze sobą tożsame.
Nie każdy, komu zaufał okazywał się być warty zaufania. Chcąc nie chcąc, były przyjaciel uświadomił mu, że potrzebował zweryfikować swoje bliższe i dalsze znajomości. Szczególnie, że w pewnym momencie dosyć mocno pogubił się w życiu, bez wątpienia będąc bardziej podatnym na mentalne sztuczki i wpływy (czego nadal nie chciał przed sobą przyznać, ale fakty pozostawały faktami) i mogąc przyciągać niekoniecznie przychylnych mu ludzi. Tudzież zacieśniać więzi z tymi, którzy już obracali się w jego kręgu, ale stopniowo zmieniali narrację na swoją korzyść.
Chcąc pchnąć swoje życie z powrotem na właściwe tory, musiał zacząć dopuszczać do siebie poniekąd dokładnie tę myśl, jaka pojawiła się w ich rozmowie, padając na głos z ust Geraldine. Do pewnego momentu, wiesz, bywają chwile, gdy nie da się udawać dłużej, że się czegoś nie zauważa. To była dosyć uniwersalna prawda odnosząca się nie tylko do mugoli, lecz tak naprawdę do każdego z nich.
- Prawdę mówiąc - zaczął, jeszcze nie do końca wiedząc, w jaki sposób ubrać w słowa to, co chce przekazać, ale bywały takie chwile, gdy wystarczyło po prostu zacząć, reszta płynęła sama. - Wyobrażasz sobie, jak to musi mieszać w głowie? W jednej chwili żyjesz sobie jak zupełna ignorantka. Tylko po to, żeby w kolejnej zacząć dostrzegać coś, w co nie chcesz wierzyć, bo to dla ciebie zbyt duży absurd. Aż wreszcie nie możesz dłużej zamykać oczu i nagle... ...puff... ...musisz zaakceptować, że tuż obok ciebie istnieje zupełnie inny, nieznany ci świat. Pełen ludzi o predyspozycjach i umiejętnościach, których ty nigdy nie będziesz mieć - sam nie do końca wiedział, co tchnęło go, aby poruszyć, ten temat, ale...
...tak, to było coś...
- Abstrakcja - mruknął, wypuszczając powietrze nosem. - Zupełna abstrakcja - być może nie rozumiał mugoli, nie pojmował ich motywacji, nie chciał angażować się w ich rzeczywistość w większym stopniu niż już to robił, ale ta myśl była wręcz perfekcyjnie filozoficzna, jak wypadało na rozmowę o tej godzinie.
Ciemność, noc, szum fal w dole, towarzystwo drugiej, bliskiej osoby bez wątpienia sprzyjało rozważaniom, które normalnie raczej nie miałyby miejsca.
W przypadku Ambroisa, jego wiedza na temat mogolskiego świata także nie była na zbyt piorunująco wysokim poziomie. Nie była też wyjątkowo wąska, sam jej zakres był całkiem obszerny, ale bez wątpienia niezbyt głęboki. Dokładnie taki, jakiego potrzebował, aby od czasu do czasu poruszać się w niemagicznym świecie bez zwracania na siebie niepotrzebnej uwagi, niewiele więcej. Jasne, podchwycił całkiem sporo drobnostek, gdy jeszcze pomieszkiwali w Whitby.
Mimowolnie przyswoił pewne tematy, odwiedzając okoliczne wioski i miasteczka, nawet jeśli sam dom znajdował się raczej na dosyć mocnym uboczu. Jednakże niemagiczna społeczność nie przestawała go zaskakiwać. Zarówno w pozytywnym, jak i w negatywnym tego słowa znaczeniu. Tego dnia zrobiła to w tej pierwszej formie. Fajerwerki były naprawdę ładne. Myśl o tym, że ktoś jeszcze potrafił bawić się w najlepsze, także była dziwnie pokrzepiająca. Wprowadzała trochę barw w dosyć ponurą rzeczywistość. O dziwo, była naprawdę miła.
Rzeczywiście, wydawało się, że w miejscu takim jak odludzie, na którym znaleźli się po wcale nie tak krótkim spacerze przez wrzosowiska, nic ani nikt nie mógł już ich zaskoczyć. Tym bardziej, że wciąż znajdowali się na prywatnym terenie chronionym różnymi rodzajami zabezpieczeń. Zarówno tymi magicznymi, jak i bardziej prozaicznymi. Na przykład nie tak dawno wspominaną przez nich opinią, jaką Lestrange'owie mieli w okolicy.
Mogli zatem z czymś na kształt wewnętrznego spokoju uznać, że dalsza część ich wieczoru będzie przebiegać już w znacznie spokojniejszej atmosferze. Psy nadal węszyły gdzieś pomiędzy głazami, całkowicie zajęte sobą. Oni także mogli skupić się na widoku przed oczami, wreszcie nabierając rześkiego, morskiego powietrza w płuca i korzystając z ostatnich chwil względnie dobrej pogody, zanim jesień na dobre zagościła w Wielkiej Brytanii.
Było cicho i ciemno. Fajerwerki nie wystrzeliły po raz kolejny, a do ich uszu nie docierały już żadne dźwięki z okolic wioski. Nie znaczyło to jednak, że okoliczni mugole przestali świętować. Wręcz przeciwnie, doświadczenie Greengrassa sugerowało, że najpewniej mieli to robić do białego rana. Tak, potrafili świętować.
- Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że za ich brakiem szlachectwa idzie pewna niewymuszona swoboda - odparł gładko, po prostu stwierdzając fakt.
Nie narzekał. Nie zamierzał narzekać. Znał i lubił większość przywilejów, jakie wynikały z jego pochodzenia. Bywały jednak niewątpliwe pozytywne strony nie tak elitarnego urodzenia. Mieli już zresztą okazję rozmawiać na ten temat, czyż nie? Wszystko miało swoje blaski i cienie. Lubił świat, w którym przyszło mu żyć. Nigdy by z tego nie zrezygnował, ale nie był także zupełnie ślepy na to, o czym mówiła jego dziewczyna.
- Poza tym - tu już skierował spojrzenie z powrotem na twarz Yaxleyówny, mrużąc przy tym oczy i starając się powstrzymać drżenie kącików ust. - Czekaj, czekaj. Mówisz mi, że przez ten cały czas, jaki spędziłaś u boku najlepszego kawalera Ministerstwa naprawdę nie przekonałaś się do pławienia się w zbytkach niskim kosztem robienia z siebie bałwana? - Spytał z błyskiem w oku, przypatrując się dziewczynie. No, kto by pomyślał, że taka maskarada mogła być niedoceniana, a nawet nużąca.
Nie mógł nic poradzić na to, że potrzebował stopniowo zacząć dopuszczać do siebie niektóre niekoniecznie przyjemne spostrzeżenia. Na przykład to, z kim zadawał się niemal na co dzień, a z kim rzeczywiście warto było się zadawać, kto był dla niego faktycznym dobrym towarzystwem, nie zaś nieuświadomionym ciężarem spoczywającym na barkach. Próba czasu pokazała mu dosyć brutalnie, że te dwie rzeczy niekoniecznie były ze sobą tożsame.
Nie każdy, komu zaufał okazywał się być warty zaufania. Chcąc nie chcąc, były przyjaciel uświadomił mu, że potrzebował zweryfikować swoje bliższe i dalsze znajomości. Szczególnie, że w pewnym momencie dosyć mocno pogubił się w życiu, bez wątpienia będąc bardziej podatnym na mentalne sztuczki i wpływy (czego nadal nie chciał przed sobą przyznać, ale fakty pozostawały faktami) i mogąc przyciągać niekoniecznie przychylnych mu ludzi. Tudzież zacieśniać więzi z tymi, którzy już obracali się w jego kręgu, ale stopniowo zmieniali narrację na swoją korzyść.
Chcąc pchnąć swoje życie z powrotem na właściwe tory, musiał zacząć dopuszczać do siebie poniekąd dokładnie tę myśl, jaka pojawiła się w ich rozmowie, padając na głos z ust Geraldine. Do pewnego momentu, wiesz, bywają chwile, gdy nie da się udawać dłużej, że się czegoś nie zauważa. To była dosyć uniwersalna prawda odnosząca się nie tylko do mugoli, lecz tak naprawdę do każdego z nich.
- Prawdę mówiąc - zaczął, jeszcze nie do końca wiedząc, w jaki sposób ubrać w słowa to, co chce przekazać, ale bywały takie chwile, gdy wystarczyło po prostu zacząć, reszta płynęła sama. - Wyobrażasz sobie, jak to musi mieszać w głowie? W jednej chwili żyjesz sobie jak zupełna ignorantka. Tylko po to, żeby w kolejnej zacząć dostrzegać coś, w co nie chcesz wierzyć, bo to dla ciebie zbyt duży absurd. Aż wreszcie nie możesz dłużej zamykać oczu i nagle... ...puff... ...musisz zaakceptować, że tuż obok ciebie istnieje zupełnie inny, nieznany ci świat. Pełen ludzi o predyspozycjach i umiejętnościach, których ty nigdy nie będziesz mieć - sam nie do końca wiedział, co tchnęło go, aby poruszyć, ten temat, ale...
...tak, to było coś...
- Abstrakcja - mruknął, wypuszczając powietrze nosem. - Zupełna abstrakcja - być może nie rozumiał mugoli, nie pojmował ich motywacji, nie chciał angażować się w ich rzeczywistość w większym stopniu niż już to robił, ale ta myśl była wręcz perfekcyjnie filozoficzna, jak wypadało na rozmowę o tej godzinie.
Ciemność, noc, szum fal w dole, towarzystwo drugiej, bliskiej osoby bez wątpienia sprzyjało rozważaniom, które normalnie raczej nie miałyby miejsca.
W przypadku Ambroisa, jego wiedza na temat mogolskiego świata także nie była na zbyt piorunująco wysokim poziomie. Nie była też wyjątkowo wąska, sam jej zakres był całkiem obszerny, ale bez wątpienia niezbyt głęboki. Dokładnie taki, jakiego potrzebował, aby od czasu do czasu poruszać się w niemagicznym świecie bez zwracania na siebie niepotrzebnej uwagi, niewiele więcej. Jasne, podchwycił całkiem sporo drobnostek, gdy jeszcze pomieszkiwali w Whitby.
Mimowolnie przyswoił pewne tematy, odwiedzając okoliczne wioski i miasteczka, nawet jeśli sam dom znajdował się raczej na dosyć mocnym uboczu. Jednakże niemagiczna społeczność nie przestawała go zaskakiwać. Zarówno w pozytywnym, jak i w negatywnym tego słowa znaczeniu. Tego dnia zrobiła to w tej pierwszej formie. Fajerwerki były naprawdę ładne. Myśl o tym, że ktoś jeszcze potrafił bawić się w najlepsze, także była dziwnie pokrzepiająca. Wprowadzała trochę barw w dosyć ponurą rzeczywistość. O dziwo, była naprawdę miła.
Rzeczywiście, wydawało się, że w miejscu takim jak odludzie, na którym znaleźli się po wcale nie tak krótkim spacerze przez wrzosowiska, nic ani nikt nie mógł już ich zaskoczyć. Tym bardziej, że wciąż znajdowali się na prywatnym terenie chronionym różnymi rodzajami zabezpieczeń. Zarówno tymi magicznymi, jak i bardziej prozaicznymi. Na przykład nie tak dawno wspominaną przez nich opinią, jaką Lestrange'owie mieli w okolicy.
Mogli zatem z czymś na kształt wewnętrznego spokoju uznać, że dalsza część ich wieczoru będzie przebiegać już w znacznie spokojniejszej atmosferze. Psy nadal węszyły gdzieś pomiędzy głazami, całkowicie zajęte sobą. Oni także mogli skupić się na widoku przed oczami, wreszcie nabierając rześkiego, morskiego powietrza w płuca i korzystając z ostatnich chwil względnie dobrej pogody, zanim jesień na dobre zagościła w Wielkiej Brytanii.
Było cicho i ciemno. Fajerwerki nie wystrzeliły po raz kolejny, a do ich uszu nie docierały już żadne dźwięki z okolic wioski. Nie znaczyło to jednak, że okoliczni mugole przestali świętować. Wręcz przeciwnie, doświadczenie Greengrassa sugerowało, że najpewniej mieli to robić do białego rana. Tak, potrafili świętować.
- Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że za ich brakiem szlachectwa idzie pewna niewymuszona swoboda - odparł gładko, po prostu stwierdzając fakt.
Nie narzekał. Nie zamierzał narzekać. Znał i lubił większość przywilejów, jakie wynikały z jego pochodzenia. Bywały jednak niewątpliwe pozytywne strony nie tak elitarnego urodzenia. Mieli już zresztą okazję rozmawiać na ten temat, czyż nie? Wszystko miało swoje blaski i cienie. Lubił świat, w którym przyszło mu żyć. Nigdy by z tego nie zrezygnował, ale nie był także zupełnie ślepy na to, o czym mówiła jego dziewczyna.
- Poza tym - tu już skierował spojrzenie z powrotem na twarz Yaxleyówny, mrużąc przy tym oczy i starając się powstrzymać drżenie kącików ust. - Czekaj, czekaj. Mówisz mi, że przez ten cały czas, jaki spędziłaś u boku najlepszego kawalera Ministerstwa naprawdę nie przekonałaś się do pławienia się w zbytkach niskim kosztem robienia z siebie bałwana? - Spytał z błyskiem w oku, przypatrując się dziewczynie. No, kto by pomyślał, że taka maskarada mogła być niedoceniana, a nawet nużąca.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down