22.07.2025, 00:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.07.2025, 00:47 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Zakładam, że ci, do których nie dotarli w znacznym stopniu neutralizują się sami - stwierdził z nieco kwaśnym uśmiechem, najprawdopodobniej wcale nie musząc rozwijać tego, co miał przy tym na myśli.
A więc tego nie zrobił. Geraldine miała rację, mugole z pewnością bali się przejawów magii, jak i samych czarodziejów. Może nie wszyscy, ale lwia część z nich na pewno nie była obojętna wobec informacji, że gdzieś obok istnieje równoległy świat, w którym ludzie teleportują się z miejsca na miejsce i ciskają zaklęciami. Mało kto byłby raczej w stanie przyjąć to spokojnie.
Niektórzy pewnie bali się ich w tym najbardziej lękliwym znaczeniu tego słowa. Inni czyli coś na kształt przerażonego zaciekawienia, może nawet ekscytacji. Jeszcze następni mogli zacząć przejawiać najgroźniejszy rodzaj strachu, uciekając się do agresji. Co prawda, raczej nie mieli zbyt wiele przewag nad czarodziejami, przynajmniej nie w otwartej konfrontacji, jednak z pewnością mogli być niebezpieczny.
Medal zawsze miał dwie strony, czyż nie? Należało o tym pamiętać, nawet wyłącznie hipotetycznie rozważając czyjeś położenie. To właśnie dlatego nie był za łączeniem dwóch światów. Za jakimkolwiek stopniowym zespajaniem jednego z drugim. To nigdy nie miało zadziałać. Nie, gdy brało się pod uwagę fakt, że dysproporcji nie można było zniwelować.
Ludzie rodzili się z magią lub bez niej. Oczekiwanie, że wszyscy będą koegzystować na całkowitej równi było idylliczną mrzonką, niczym więcej. Czym innym było to, co oni oboje robili w Whitby czy Exmoor, mimo wszystko pozostającymi głównie mugolskimi okolicami.
Czym innym zaś próby trwałej zmiany odwiecznego porządku i obowiązujących granic. Dla wszystkich, nie dla jednostek mogących przystosować się do życia tu i tu.
A do tego poniekąd co poniektórzy dążyli, czyż nie? Wpierw zaczynając od umagiczniania charłaków, w następnej kolejności zamierzając zapewniać miejsca w magicznym społeczeństwie dla całych rodzin osób mugolskiego pochodzenia. Dla ojców i matek, może też niemagicznego rodzeństwa, bo w końcu nie należy rozdzielać bliskich a są zawody, do których wykonywania niepotrzebna jest różdżka, można się ich nauczyć. Co później? Nie chciał wiedzieć. Nie chciał się dowiadywać.
- Tak, jesteśmy na zdecydowanie lepszej pozycji - przytaknął, ale czy to była jednocześnie łatwiejsza pozycja?
Tego już nie powiedziałby bez dłuższej chwili namysłu. Szczególnie w momencie, w którym tyle działo się w ich świecie. Gdy poniekąd, chcąc nie chcąc, to oni bronili nieświadomych mugoli przed wszystkim, co działo się dookoła. Mniej lub bardziej skutecznie, ale gdy przychodziło co do czego, to była ich odpowiedzialność. Oddzielać jeden świat od drugiego, modyfikować pamięć niemagów, aby nie zapanował zbyt duży chaos, szukać rozwiązania i rozwiązania dla rozwiązania.
Skupianie się na wszystkich poziomach teoretyzowania na temat mugolskiego i magicznego świata nie było jednak czymś, co chciał i zamierzał robić. Tym bardziej, że wyszli od dosyć lekkiego tematu i właśnie przy takich pragnął teraz pozostać. Na świecie na co dzień było dostatecznie dużo chaosu i zniszczenia. To była ich chwila odpoczynku. Ciemność i spokój nocy, bryza bijąca od morza, wspólne towarzystwo. To wszystko odprężało. Dokładnie tak jak tego potrzebował.
- Nie sposób tego nie docenić, wiesz? - Odezwał się po chwili milczenia i wpatrywania się w ciemny horyzont, który prawie zlewał się z linią wody odbijającą nieliczne światła, głównie chyba gwiazd. - Tego spokojnego życia na własnych warunkach. Szczególnie teraz - wyjaśnił, nawet jeśli najpewniej wcale nie potrzebował.
Lubił wszelakie aktywności. Całkowicie powtarzalna rutyna nigdy mu nie odpowiadała. W dalszym ciągu nie potrafił zbyt długo usiedzieć na miejscu, ale jednocześnie chyba stopniowo zaczął doceniać także zalety trzymania się nieco w cieniu. Obserwowania z ubocza. Braku odczuwania potrzeby zatrzymywania się we wszystkich bramach, z których ktoś na niego szczeka. Choć być może czasami miewał tendencje do skrajności w przyjmowaniu tego podejścia.
Była...
...cóż...
...szczególnie ta jedna sytuacja, gdy faktyczna jedna porządna konfrontacja mogłaby wiele zmienić, darując im sporo czasu i jeszcze więcej wątpliwych atrakcji związanych z prowadzeniem zimnej wojny. Ale cóż? Nigdy nie ułatwiali sobie życia.
I tak, oczywiście, że miał o tym pamiętać. Tyle tylko, że pierwszy raz od dawna czując coś w rodzaju rozbawienia, którego nie wypierała narastająca irytacja. Nie. Teraz poniekąd zaczynało go to trochę bawić. Ot, ciutkę. Tycio. Szczególnie, gdy Geraldine parsknęła pod nosem.
- Sama sobie okrętem, sterem, masztem, kapitanem, załogą, burtą, kadłubem, kajutą, pokładem, harpunem, oceanem. Tak, wiem. Zdaję sobie sprawę - wyrecytował bez zająknięcia, nawet nie mrugając przy tym okiem.
Nie drgnęła mu powieka, nie uniósł się kącik ust, choć w tym drugim przypadku naprawdę mocno się powstrzymywał. Szczególnie na myśl, którą musiał, po prostu musiał wyartykułować na głos.
- Glonem też byś mogła być, gdyby zaistniała taka potrzeba. I co najmniej trzema czwartymi morskich zwierząt, ale tylko tymi interesującymi. Wartymi uwagi. Foką, nie flądrą - zaznaczył z całą świadomością tego, jak to brzmi.
Tak. Geraldine była foczką. Bez wątpienia. Zarówno od tej wizualnie cholernie atrakcyjnej strony, zwłaszcza dla niego, cóż, praktycznie od zawsze. Jak i od tej zgoła niebezpiecznej. Potrafiącej pokazać tę dosyć dziką, krwawą stronę swojej natury. Nie to, by kiedykolwiek miał z tym jakiś problem. Nigdy mu to nie przeszkadzało. Nie miał zmienić zdania. Wręcz przeciwnie, w swoim łowczym wydaniu była...
...no tak. Dokładnie taka sama jak w każdym innym. Cóż. Nie dało się ukryć tego, jak bardzo go przyciągała, jak mocno go pociągała. I jasne, oczywiście. To mogła być zasługa tej mitycznej siły, o której mówiła im Florence. Ta, jasne. Z tym, że zdecydowanie wolał wierzyć w znacznie bardziej prozaiczną interpretację. Taką, wedle której... ...po prostu?... ...a może nie po prostu, tylko wyjątkowo?... ...jedno z dwojga... ...oba z dwojga... ...bardzo świadomie widział w niej to wszystko, co równie mocno doceniał.
Tak, nawet te drobne elementy, którymi czasami mocno załaziła mu za skórę. Mógł wzdychać, prychać, parskać, ale mimo wszystko, to było integralną częścią Yaxleyówny. Nawet, jeśli czasem go tym irytowała, nie oczekiwał od niej wymuszonych zmian. Mieli okazję poznać się praktycznie z każdej możliwej strony. Mało kto miał okazję do czegoś podobnego. Trudno byłoby powiedzieć, że którekolwiek z nich nie miało świadomości, na co się pisało. Tym bardziej teraz. Poniekąd drugi, ostatni raz.
- Natomiast jeśli oczekujesz, że teraz ochoczo przyznam ci rację, przytakując na niewątpliwą szeroką gamę zalet Longbottoma albo wycinając mu order z ziemniaka - kontynuował powoli, odchrząkując przy tym w bardzo jednoznacznie nieprzekonany sposób - to przysięgam, że prędzej wybiorę pływanie z rybami. Au revoir. Już mnie nie ma. Będę zmuszony ostudzić mój zapał - a miał ku temu niewątpliwe warunki, czyż nie?
Wystarczyło zaledwie odrobinę przesunąć się do przodu. Jego nogi już i tak dyndały nad krawędzią skały, połowa ciała była zawieszona na skalnej ławce nad przepaścią. To nie byłby problem, nawet w całkowitych ciemnościach, aby dosyć spektakularnie dał do zrozumienia, że prędzej woli moczyć kark i kostki w lodowato zimnej wodzie niż spuszczać się nad niewątpliwą przyjemnością, jaką z pewnością miała jego dziewczyna przyjaźniąc się z tak wybitną jednostką.
Jasne, wyjaśnili sobie wszelkie nieporozumienia. Wystarczyło, że już nie zionął otwartą niechęcią do Erika, nie? Miał czas przemyśleć swoje przekonania i poniekąd odrobinę zmienić ostrość osądu. Zdecydowanie mógł to zrobić, dochodząc do wniosku, że nie tyle może przesadził (on nie przesadzał, on jedynie reagował zgodnie ze sobą, adekwatnie do sytuacji i posiadanej wiedzy; oczywiście, tak, tak), co odrobinę przeholował ze skupianiem się na nie do końca właściwych celach i założeniach.
Tak, Potter potrafił być wyjątkowo przekonujący. Nie, to nie usprawiedliwiało całkowitej wiary w to, co mówił.
Całe szczęście, zawrócił z tamtej ścieżki. Zreflektował się, nawet jeśli będąc na skraju popełnienia kolejnego błędu. Konfrontacja pogłosek z prawdą była konieczna. Nie zamierzał wyrzucać sobie, że nie zrobił tego wcześniej. Wystarczyło, że miał inne przewinienia do naprawy. Wystarczyło, że naprawdę cholernie usiłował się starać.
- Poza tym jakoś to chyba niedoszacowanie - stwierdził po chwili, przesuwając dłoń po chłodnym kamieniu, żeby bez słowa dotknąć palcami palców dziewczyny, nieznacznie kręcąc głową i wyginając usta. - Bez wątpienia jesteś urodzonym kapitanem swojego życia - to była wyjątkowo literacka metafora, nie?
Aż sam był nią zdziwiony, ale tak. To był fakt. Jak na to, że większość z nich miała do dyspozycji przeciekające łajby, jakie obecnie gwarantował im ich świat, Geraldine naprawdę dobrze sobie radziła. Przynajmniej próbowała brać odpowiedzialność za swoje poczynania i kreować rzeczywistość, w jakiej żyła. To było więcej niż robili niektórzy ludzie, których znał.
A więc tego nie zrobił. Geraldine miała rację, mugole z pewnością bali się przejawów magii, jak i samych czarodziejów. Może nie wszyscy, ale lwia część z nich na pewno nie była obojętna wobec informacji, że gdzieś obok istnieje równoległy świat, w którym ludzie teleportują się z miejsca na miejsce i ciskają zaklęciami. Mało kto byłby raczej w stanie przyjąć to spokojnie.
Niektórzy pewnie bali się ich w tym najbardziej lękliwym znaczeniu tego słowa. Inni czyli coś na kształt przerażonego zaciekawienia, może nawet ekscytacji. Jeszcze następni mogli zacząć przejawiać najgroźniejszy rodzaj strachu, uciekając się do agresji. Co prawda, raczej nie mieli zbyt wiele przewag nad czarodziejami, przynajmniej nie w otwartej konfrontacji, jednak z pewnością mogli być niebezpieczny.
Medal zawsze miał dwie strony, czyż nie? Należało o tym pamiętać, nawet wyłącznie hipotetycznie rozważając czyjeś położenie. To właśnie dlatego nie był za łączeniem dwóch światów. Za jakimkolwiek stopniowym zespajaniem jednego z drugim. To nigdy nie miało zadziałać. Nie, gdy brało się pod uwagę fakt, że dysproporcji nie można było zniwelować.
Ludzie rodzili się z magią lub bez niej. Oczekiwanie, że wszyscy będą koegzystować na całkowitej równi było idylliczną mrzonką, niczym więcej. Czym innym było to, co oni oboje robili w Whitby czy Exmoor, mimo wszystko pozostającymi głównie mugolskimi okolicami.
Czym innym zaś próby trwałej zmiany odwiecznego porządku i obowiązujących granic. Dla wszystkich, nie dla jednostek mogących przystosować się do życia tu i tu.
A do tego poniekąd co poniektórzy dążyli, czyż nie? Wpierw zaczynając od umagiczniania charłaków, w następnej kolejności zamierzając zapewniać miejsca w magicznym społeczeństwie dla całych rodzin osób mugolskiego pochodzenia. Dla ojców i matek, może też niemagicznego rodzeństwa, bo w końcu nie należy rozdzielać bliskich a są zawody, do których wykonywania niepotrzebna jest różdżka, można się ich nauczyć. Co później? Nie chciał wiedzieć. Nie chciał się dowiadywać.
- Tak, jesteśmy na zdecydowanie lepszej pozycji - przytaknął, ale czy to była jednocześnie łatwiejsza pozycja?
Tego już nie powiedziałby bez dłuższej chwili namysłu. Szczególnie w momencie, w którym tyle działo się w ich świecie. Gdy poniekąd, chcąc nie chcąc, to oni bronili nieświadomych mugoli przed wszystkim, co działo się dookoła. Mniej lub bardziej skutecznie, ale gdy przychodziło co do czego, to była ich odpowiedzialność. Oddzielać jeden świat od drugiego, modyfikować pamięć niemagów, aby nie zapanował zbyt duży chaos, szukać rozwiązania i rozwiązania dla rozwiązania.
Skupianie się na wszystkich poziomach teoretyzowania na temat mugolskiego i magicznego świata nie było jednak czymś, co chciał i zamierzał robić. Tym bardziej, że wyszli od dosyć lekkiego tematu i właśnie przy takich pragnął teraz pozostać. Na świecie na co dzień było dostatecznie dużo chaosu i zniszczenia. To była ich chwila odpoczynku. Ciemność i spokój nocy, bryza bijąca od morza, wspólne towarzystwo. To wszystko odprężało. Dokładnie tak jak tego potrzebował.
- Nie sposób tego nie docenić, wiesz? - Odezwał się po chwili milczenia i wpatrywania się w ciemny horyzont, który prawie zlewał się z linią wody odbijającą nieliczne światła, głównie chyba gwiazd. - Tego spokojnego życia na własnych warunkach. Szczególnie teraz - wyjaśnił, nawet jeśli najpewniej wcale nie potrzebował.
Lubił wszelakie aktywności. Całkowicie powtarzalna rutyna nigdy mu nie odpowiadała. W dalszym ciągu nie potrafił zbyt długo usiedzieć na miejscu, ale jednocześnie chyba stopniowo zaczął doceniać także zalety trzymania się nieco w cieniu. Obserwowania z ubocza. Braku odczuwania potrzeby zatrzymywania się we wszystkich bramach, z których ktoś na niego szczeka. Choć być może czasami miewał tendencje do skrajności w przyjmowaniu tego podejścia.
Była...
...cóż...
...szczególnie ta jedna sytuacja, gdy faktyczna jedna porządna konfrontacja mogłaby wiele zmienić, darując im sporo czasu i jeszcze więcej wątpliwych atrakcji związanych z prowadzeniem zimnej wojny. Ale cóż? Nigdy nie ułatwiali sobie życia.
I tak, oczywiście, że miał o tym pamiętać. Tyle tylko, że pierwszy raz od dawna czując coś w rodzaju rozbawienia, którego nie wypierała narastająca irytacja. Nie. Teraz poniekąd zaczynało go to trochę bawić. Ot, ciutkę. Tycio. Szczególnie, gdy Geraldine parsknęła pod nosem.
- Sama sobie okrętem, sterem, masztem, kapitanem, załogą, burtą, kadłubem, kajutą, pokładem, harpunem, oceanem. Tak, wiem. Zdaję sobie sprawę - wyrecytował bez zająknięcia, nawet nie mrugając przy tym okiem.
Nie drgnęła mu powieka, nie uniósł się kącik ust, choć w tym drugim przypadku naprawdę mocno się powstrzymywał. Szczególnie na myśl, którą musiał, po prostu musiał wyartykułować na głos.
- Glonem też byś mogła być, gdyby zaistniała taka potrzeba. I co najmniej trzema czwartymi morskich zwierząt, ale tylko tymi interesującymi. Wartymi uwagi. Foką, nie flądrą - zaznaczył z całą świadomością tego, jak to brzmi.
Tak. Geraldine była foczką. Bez wątpienia. Zarówno od tej wizualnie cholernie atrakcyjnej strony, zwłaszcza dla niego, cóż, praktycznie od zawsze. Jak i od tej zgoła niebezpiecznej. Potrafiącej pokazać tę dosyć dziką, krwawą stronę swojej natury. Nie to, by kiedykolwiek miał z tym jakiś problem. Nigdy mu to nie przeszkadzało. Nie miał zmienić zdania. Wręcz przeciwnie, w swoim łowczym wydaniu była...
...no tak. Dokładnie taka sama jak w każdym innym. Cóż. Nie dało się ukryć tego, jak bardzo go przyciągała, jak mocno go pociągała. I jasne, oczywiście. To mogła być zasługa tej mitycznej siły, o której mówiła im Florence. Ta, jasne. Z tym, że zdecydowanie wolał wierzyć w znacznie bardziej prozaiczną interpretację. Taką, wedle której... ...po prostu?... ...a może nie po prostu, tylko wyjątkowo?... ...jedno z dwojga... ...oba z dwojga... ...bardzo świadomie widział w niej to wszystko, co równie mocno doceniał.
Tak, nawet te drobne elementy, którymi czasami mocno załaziła mu za skórę. Mógł wzdychać, prychać, parskać, ale mimo wszystko, to było integralną częścią Yaxleyówny. Nawet, jeśli czasem go tym irytowała, nie oczekiwał od niej wymuszonych zmian. Mieli okazję poznać się praktycznie z każdej możliwej strony. Mało kto miał okazję do czegoś podobnego. Trudno byłoby powiedzieć, że którekolwiek z nich nie miało świadomości, na co się pisało. Tym bardziej teraz. Poniekąd drugi, ostatni raz.
- Natomiast jeśli oczekujesz, że teraz ochoczo przyznam ci rację, przytakując na niewątpliwą szeroką gamę zalet Longbottoma albo wycinając mu order z ziemniaka - kontynuował powoli, odchrząkując przy tym w bardzo jednoznacznie nieprzekonany sposób - to przysięgam, że prędzej wybiorę pływanie z rybami. Au revoir. Już mnie nie ma. Będę zmuszony ostudzić mój zapał - a miał ku temu niewątpliwe warunki, czyż nie?
Wystarczyło zaledwie odrobinę przesunąć się do przodu. Jego nogi już i tak dyndały nad krawędzią skały, połowa ciała była zawieszona na skalnej ławce nad przepaścią. To nie byłby problem, nawet w całkowitych ciemnościach, aby dosyć spektakularnie dał do zrozumienia, że prędzej woli moczyć kark i kostki w lodowato zimnej wodzie niż spuszczać się nad niewątpliwą przyjemnością, jaką z pewnością miała jego dziewczyna przyjaźniąc się z tak wybitną jednostką.
Jasne, wyjaśnili sobie wszelkie nieporozumienia. Wystarczyło, że już nie zionął otwartą niechęcią do Erika, nie? Miał czas przemyśleć swoje przekonania i poniekąd odrobinę zmienić ostrość osądu. Zdecydowanie mógł to zrobić, dochodząc do wniosku, że nie tyle może przesadził (on nie przesadzał, on jedynie reagował zgodnie ze sobą, adekwatnie do sytuacji i posiadanej wiedzy; oczywiście, tak, tak), co odrobinę przeholował ze skupianiem się na nie do końca właściwych celach i założeniach.
Tak, Potter potrafił być wyjątkowo przekonujący. Nie, to nie usprawiedliwiało całkowitej wiary w to, co mówił.
Całe szczęście, zawrócił z tamtej ścieżki. Zreflektował się, nawet jeśli będąc na skraju popełnienia kolejnego błędu. Konfrontacja pogłosek z prawdą była konieczna. Nie zamierzał wyrzucać sobie, że nie zrobił tego wcześniej. Wystarczyło, że miał inne przewinienia do naprawy. Wystarczyło, że naprawdę cholernie usiłował się starać.
- Poza tym jakoś to chyba niedoszacowanie - stwierdził po chwili, przesuwając dłoń po chłodnym kamieniu, żeby bez słowa dotknąć palcami palców dziewczyny, nieznacznie kręcąc głową i wyginając usta. - Bez wątpienia jesteś urodzonym kapitanem swojego życia - to była wyjątkowo literacka metafora, nie?
Aż sam był nią zdziwiony, ale tak. To był fakt. Jak na to, że większość z nich miała do dyspozycji przeciekające łajby, jakie obecnie gwarantował im ich świat, Geraldine naprawdę dobrze sobie radziła. Przynajmniej próbowała brać odpowiedzialność za swoje poczynania i kreować rzeczywistość, w jakiej żyła. To było więcej niż robili niektórzy ludzie, których znał.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down