22.07.2025, 10:26 ✶
Raczej nie zamierzał tego mówić na głos. Tym bardziej, że oboje bez wątpienia zdawali sobie sprawę z tego, jak to wygląda. Jednakże nie tylko mugole w ostatnich miesiącach mieli wyjątkowo dużo okazji, aby kwestionować trzeźwość własnego umysłu. To, co działo się dookoła...
...zmutowane, zbuntowane rośliny. Szalejąca Matka Natura. Widma w Kniei. Całe te wydarzenia z doppelgangerem. Pożary Londynu, które jakimś cudem dotknęły także tak odległych miejsc jak Dolina Godryka. Wyrwa na niebie. Duszący pył pojawiający się z nieba. Było tego dostatecznie dużo. I tylko szaleniec uznałby, że nie miało być więcej.
Jednak tego wieczoru mieli o tym nie myśleć. Założeniem był odpoczynek od szaleństw dziejących się poza granicami posiadłości Ursuli. Spędzenie czasu w towarzystwie przyjaciół, ich zaufanego grona, picie i palenie, alkohol, kiełbaski, jedzenie i rozmowa. Może trochę muzyki w tle, szum zaskakująco dobrze utworzonego jeziora.
W tym momencie także towarzyszył im dźwięk fal. Może trochę inny, wciąż cichy, ale jednocześnie bardziej intensywny. Nie było silnego wiatru, ale morze nadal odbijało się od skał kilkanaście metrów pod nimi. Z tym, że byli tu też zupełnie sami. Nie było blasku ognia, tylko kilka barwnych pióropuszy fajerwerków nad wioską, które już zniknęły. Oni dwoje, nikt więcej. Reszta?
Nie miał pojęcia, gdzie podziali się wszyscy inni. Po prawdzie mówiąc, chyba go to teraz nie obchodziło. Wiedział, że każdy musiał poradzić sobie ze wszystkim na swój własny sposób. Być może mieli wrócić do tamtego frustrującego tematu, ale nie dzisiaj. Nie tej nocy. Oby także nie przy śniadaniu, aby nie złapał go szczękościsk.
Teraz oddychał. Głęboko, miarowo zaciągał powietrze w płuca, delektując się atmosferą późnej nocy. Tym niemal całkowitym bezruchem świata dookoła nich. Poza ludźmi we wsi, którzy świętowali jakąś okazję godną naprawdę barwnej oprawy, mogłoby zdawać się, że wszystko ogarnęła senność. Nawet natura w znacznej mierze pogrążyła się we śnie. Szczególnie, że nadchodziła jesień. Dni robiły się krótsze, zaś noce dłuższe.
Już wkrótce wszystko miało na chwilę przygasnąć, szykując się na kolejną zimę. Poprzednia była trudna i długa. Nie mógł nie mieć świadomości, z czego to wynikało. Nie był tym rodzajem ignoranta. Doskonale wiedział, że ta kolejna, nawet jeśli wszystko dookoła zaczęło pogrążać się w coraz większym chaosie, miała być na swój sposób łatwiejsza. Bo wspólna. Już nie tak ponura i samotna, wypełniona byciem tłem cudzego życia, choćby nawet docenianym. Tym razem miało być inaczej.
- Powiedzmy, że nie dałaś mi o tym zapomnieć - oczywiście, jasne, tak, z pewnością mógłby w tym momencie przyjąć narrację, wedle której sam z siebie także nigdy nie zapomniałby o tym fakcie.
Poniekąd dokładnie tak było. Miał bardzo dobrą pamięć. Zarówno do detali, jak i do szerszych, bardziej złożonych faktów o ludziach. W końcu musiał wiedzieć, w czyim towarzystwie się obraca.
Być może tego wieczoru okazało się, że nawet od tego bywały niechlubne wyjątki, ale po krótkim namyśle, czy naprawdę to było związane z jego znajomością cudzych charakterów? Może bardziej z umiejętnością czytania z ludzi? A może z tendencją do pomijania niektórych, nawet rażących znaków, gdy po prostu nie chciał ich widzieć?
W końcu największym problemem było nie to, że jego przyjaciel nagle zmienił się w kogoś innego. Najbardziej druzgocące było to, że niemalże w ogóle nie dojrzał od czasów szkoły. A w czasach Hogwartu chyba wszyscy wiedzieli, z kim się zadają. Akceptowali to, bo sami byli w jakimś stopniu podobni. Rozpuszczeni, roszczeniowi, bananowe dzieci czystokrwistej arystokracji.
Tyle tylko, że czas zrobił swoje. Musieli przejść jego próbę. Niejedną, jeśli należało być dokładnym. Czasu, w jakich przyszło im żyć były coraz trudniejsze. Skuteczne poruszanie się w nowej rzeczywistości wymagało wielu umiejętności, których nikt (rozsądny czy nie) nie uczył swoich dzieci.
Być może zdarzały się osoby pamiętające Grindelwalda albo czarnoksiężnika siejącego zamęt przed nim. Szczególnie, że wbrew pozorom, Gellert upadł raptem niecałe trzy dekady wcześniej. Sam Ambroise mgliście pamiętał końcówkę tamtego okresu. W końcu miał wtedy sześć lat. Bywali ludzie wspominający okres poprzedniej wojny czarodziejów i starające się nie pozwolić innym go zapomnieć.
Tyle tylko, że pamięć ludzka była krótka. A chęć do tego, by żyć ze świadomością, że historia lubi się powtarzać? Jeszcze bardziej ulotna. Prędzej brano te osoby za paranoików i wariatów niż za kogoś, kogo należy słuchać. W przypadku Greengrassów była to naprawdę wiekowa prababka (świeć, Morgano, nad jej duszą), która nie dożyła wschodu słońca w nowej rzeczywistości, o jakiej rychłym nadejściu ostrzegała.
Na jej szczęście, zmarła kilka miesięcy przed orędziem wygłaszanym przez Voldemorta. Jednakże niemal do samego końca usiłowała łączyć kropki. Nie zawsze we właściwe figury, ale czas pokazał, że w znacznym stopniu wcale nie fiksowała się na obawach zupełnie wyssanych z palca.
Chociaż bywała przy tym wyjątkowo przerażająca, nieważne od racji i intencji, nie tylko dla dorastającego dziecka. Może nie była starym sępem, ale skoro już tego wieczoru zaczęły padać zwierzęce porównania, jego prababka przypominała naprawdę starą sowę bez znacznej części piór. Wychudzoną niemal na szkielet, obracającą łeb za każdym razem, gdy kogoś dostrzegła. No, nie było to zbyt dobre wapomnienie.
- Popraw mnie - tak jeśli się mylę nie padło, szczególnie, że był dosyć pewny swego z tym, co zamierzał powiedzieć - ale nie możesz być flądrą, bo flądry są płaskie - a Geraldine doskonale zdawała sobie sprawę, do czego pił w tym momencie, nie? - Rekin już prędzej tu pasuje, rzeczywiście możecie mieć imponująco dużo podobieństw. Jasne. Choć jednocześnie naprawdę nie wiem, co masz do fok - rzucił odrobinę pytającym tonem, przypatrując się dziewczynie.
Nie, już nie kątem oka. Bardzo otwarcie. W końcu nikt nie zabraniał im dawać sobie pełną uwagę. Nie musieli pilnować otoczenia ani nic w tym rodzaju. Byli sami. Zupełnie sami. Zalążek idealnego wieczoru na klifach.
Zanim dobrze zastanowił się nad reakcją na słowa dotyczące Erika, niemal bezgłośne parsknięcie samo zdążyło opuścić jego usta. Towarzyszący temu wyraz twarzy sam w sobie również był dosyć wymowny, a on nie próbował go ukrywać. Nawet w ciemnościach panujących dookoła, w oczach Greengrassa pojawił się bardzo charakterystyczny błysk przekory przemieszanej ze świadomym uporem godnym rozmowy o czymś, czego zrobienie naprawdę mogłoby mu zaszkodzić. I chociaż w tym wypadku najgorszym, czego mógłby dostać, byłaby zgaga lub niestrawność, nie zamierzał ryzykować. Nie. Zdecydowanie nie.
- Ale co? - Nie znaczyło to jednak, że nie zamierzał zadać tego pytania.
Wiedział, co Geraldine ma na myśli. Oczywiście, że wiedział, ale chciał to usłyszeć na głos. Głównie dlatego, że z pewnością miała przy tym całkiem zabawnie zabrzmieć. Tak jak brzmiała zawsze, gdy artykułowała swoje przekorne oczekiwania, aby droczyć się z nim i pokazywać mu, że był cholernie upartym kawałem osła.
A był. Oczywiście, że był. Nie zamierzał tego zmieniać.
Wybierał podświadome tłumaczenie swoich decyzji tym, że w życiu każdego człowieka bywały chwile, w których zupełnie tracił jakiekolwiek logiczne podstawy osądu. Każdemu z pewnością zdarzało się być tak zamroczonym przez frustrację i gniew, że nie dopuszczał do siebie autorefleksji na podstawie wcześniejszych doświadczeń. W tym wypadku niezmiernie, wręcz żenująco łatwo było mu połączyć niewłaściwe kropki, szczególnie mając w tym pomoc, która podsuwała mu to coraz nowsze fakty.
Nie chciał upierać się przy tym, że bez tego nie zaufałby pogłoskom. W końcu powinien samodzielnie myśleć nawet wtedy, gdy informacje pochodziły od bliskiej mu osoby. To nie było praktycznie żadne wytłumaczenie popełnionych błędów. A skoro zwykł przyjmować konsekwencje własnych decyzji na klatę, nie mógł tego robić wybiórczo, przewalając całą winę na tego niecnego mąciciela, który próbował ich sabotować, chlip. Nie. To byłoby niemal tak samo żenujące jak jego tymczasowa (wielomiesięczna, fakt, ale całe szczęście tymczasowa) zaćma.
Tak, pluł sobie w brodę. Raczej nie miał zbyt szybko przestać, mimo że udało im się rozwikłać sedno problemu, wyplątać się z tego, w co zamotali się przez te lata.
- Nie ma ludzi nieomylnych - kiwnął głową, przesuwając palcem po wierzchu dłoni dziewczyny.
Jasne, bywali ci, którzy mylili się częściej albo rzadziej. Byli ludzie popełniający mniej większych błędów albo więcej mniejszych. Sytuacje nie wyglądały tak samo dla wszystkich. Życie nie było i nie miało być sprawiedliwe. Jedni mieli trudniej, inni łatwiej, ale nie o to chodziło, aby użalać się nad swoim losem, tylko wziąć sprawy w swoje ręce. Starać się dokonywać właściwych wyborów, nawet jeśli nie zawsze to było proste.
- Byłaś gotowa iść na dno z tym statkiem. To ma znaczenie - nieznacznie uniósł kącik ust, tym razem nie ironicznie, nie pobłażliwie ani nie do końca wesoło.
Raczej w ten spokojny, być może trochę aprobujący sposób, bo przecież nie zamierzał ukrywać, że czas mijał a ona wciąż mu imponowała. Starała się postępować tak, aby rozwiązać sytuację. Nie chowała głowy w piasek, nie uciekała. Wręcz przeciwnie, jak i on, czasami brała na siebie za dużo syfu i uznawała to za swoją odpowiedzialność. Jasne, bywało, że myliła się w osądzie, ale kto się nie mylił? Chyba tylko ten, kto nigdy nie działał.
...zmutowane, zbuntowane rośliny. Szalejąca Matka Natura. Widma w Kniei. Całe te wydarzenia z doppelgangerem. Pożary Londynu, które jakimś cudem dotknęły także tak odległych miejsc jak Dolina Godryka. Wyrwa na niebie. Duszący pył pojawiający się z nieba. Było tego dostatecznie dużo. I tylko szaleniec uznałby, że nie miało być więcej.
Jednak tego wieczoru mieli o tym nie myśleć. Założeniem był odpoczynek od szaleństw dziejących się poza granicami posiadłości Ursuli. Spędzenie czasu w towarzystwie przyjaciół, ich zaufanego grona, picie i palenie, alkohol, kiełbaski, jedzenie i rozmowa. Może trochę muzyki w tle, szum zaskakująco dobrze utworzonego jeziora.
W tym momencie także towarzyszył im dźwięk fal. Może trochę inny, wciąż cichy, ale jednocześnie bardziej intensywny. Nie było silnego wiatru, ale morze nadal odbijało się od skał kilkanaście metrów pod nimi. Z tym, że byli tu też zupełnie sami. Nie było blasku ognia, tylko kilka barwnych pióropuszy fajerwerków nad wioską, które już zniknęły. Oni dwoje, nikt więcej. Reszta?
Nie miał pojęcia, gdzie podziali się wszyscy inni. Po prawdzie mówiąc, chyba go to teraz nie obchodziło. Wiedział, że każdy musiał poradzić sobie ze wszystkim na swój własny sposób. Być może mieli wrócić do tamtego frustrującego tematu, ale nie dzisiaj. Nie tej nocy. Oby także nie przy śniadaniu, aby nie złapał go szczękościsk.
Teraz oddychał. Głęboko, miarowo zaciągał powietrze w płuca, delektując się atmosferą późnej nocy. Tym niemal całkowitym bezruchem świata dookoła nich. Poza ludźmi we wsi, którzy świętowali jakąś okazję godną naprawdę barwnej oprawy, mogłoby zdawać się, że wszystko ogarnęła senność. Nawet natura w znacznej mierze pogrążyła się we śnie. Szczególnie, że nadchodziła jesień. Dni robiły się krótsze, zaś noce dłuższe.
Już wkrótce wszystko miało na chwilę przygasnąć, szykując się na kolejną zimę. Poprzednia była trudna i długa. Nie mógł nie mieć świadomości, z czego to wynikało. Nie był tym rodzajem ignoranta. Doskonale wiedział, że ta kolejna, nawet jeśli wszystko dookoła zaczęło pogrążać się w coraz większym chaosie, miała być na swój sposób łatwiejsza. Bo wspólna. Już nie tak ponura i samotna, wypełniona byciem tłem cudzego życia, choćby nawet docenianym. Tym razem miało być inaczej.
- Powiedzmy, że nie dałaś mi o tym zapomnieć - oczywiście, jasne, tak, z pewnością mógłby w tym momencie przyjąć narrację, wedle której sam z siebie także nigdy nie zapomniałby o tym fakcie.
Poniekąd dokładnie tak było. Miał bardzo dobrą pamięć. Zarówno do detali, jak i do szerszych, bardziej złożonych faktów o ludziach. W końcu musiał wiedzieć, w czyim towarzystwie się obraca.
Być może tego wieczoru okazało się, że nawet od tego bywały niechlubne wyjątki, ale po krótkim namyśle, czy naprawdę to było związane z jego znajomością cudzych charakterów? Może bardziej z umiejętnością czytania z ludzi? A może z tendencją do pomijania niektórych, nawet rażących znaków, gdy po prostu nie chciał ich widzieć?
W końcu największym problemem było nie to, że jego przyjaciel nagle zmienił się w kogoś innego. Najbardziej druzgocące było to, że niemalże w ogóle nie dojrzał od czasów szkoły. A w czasach Hogwartu chyba wszyscy wiedzieli, z kim się zadają. Akceptowali to, bo sami byli w jakimś stopniu podobni. Rozpuszczeni, roszczeniowi, bananowe dzieci czystokrwistej arystokracji.
Tyle tylko, że czas zrobił swoje. Musieli przejść jego próbę. Niejedną, jeśli należało być dokładnym. Czasu, w jakich przyszło im żyć były coraz trudniejsze. Skuteczne poruszanie się w nowej rzeczywistości wymagało wielu umiejętności, których nikt (rozsądny czy nie) nie uczył swoich dzieci.
Być może zdarzały się osoby pamiętające Grindelwalda albo czarnoksiężnika siejącego zamęt przed nim. Szczególnie, że wbrew pozorom, Gellert upadł raptem niecałe trzy dekady wcześniej. Sam Ambroise mgliście pamiętał końcówkę tamtego okresu. W końcu miał wtedy sześć lat. Bywali ludzie wspominający okres poprzedniej wojny czarodziejów i starające się nie pozwolić innym go zapomnieć.
Tyle tylko, że pamięć ludzka była krótka. A chęć do tego, by żyć ze świadomością, że historia lubi się powtarzać? Jeszcze bardziej ulotna. Prędzej brano te osoby za paranoików i wariatów niż za kogoś, kogo należy słuchać. W przypadku Greengrassów była to naprawdę wiekowa prababka (świeć, Morgano, nad jej duszą), która nie dożyła wschodu słońca w nowej rzeczywistości, o jakiej rychłym nadejściu ostrzegała.
Na jej szczęście, zmarła kilka miesięcy przed orędziem wygłaszanym przez Voldemorta. Jednakże niemal do samego końca usiłowała łączyć kropki. Nie zawsze we właściwe figury, ale czas pokazał, że w znacznym stopniu wcale nie fiksowała się na obawach zupełnie wyssanych z palca.
Chociaż bywała przy tym wyjątkowo przerażająca, nieważne od racji i intencji, nie tylko dla dorastającego dziecka. Może nie była starym sępem, ale skoro już tego wieczoru zaczęły padać zwierzęce porównania, jego prababka przypominała naprawdę starą sowę bez znacznej części piór. Wychudzoną niemal na szkielet, obracającą łeb za każdym razem, gdy kogoś dostrzegła. No, nie było to zbyt dobre wapomnienie.
- Popraw mnie - tak jeśli się mylę nie padło, szczególnie, że był dosyć pewny swego z tym, co zamierzał powiedzieć - ale nie możesz być flądrą, bo flądry są płaskie - a Geraldine doskonale zdawała sobie sprawę, do czego pił w tym momencie, nie? - Rekin już prędzej tu pasuje, rzeczywiście możecie mieć imponująco dużo podobieństw. Jasne. Choć jednocześnie naprawdę nie wiem, co masz do fok - rzucił odrobinę pytającym tonem, przypatrując się dziewczynie.
Nie, już nie kątem oka. Bardzo otwarcie. W końcu nikt nie zabraniał im dawać sobie pełną uwagę. Nie musieli pilnować otoczenia ani nic w tym rodzaju. Byli sami. Zupełnie sami. Zalążek idealnego wieczoru na klifach.
Zanim dobrze zastanowił się nad reakcją na słowa dotyczące Erika, niemal bezgłośne parsknięcie samo zdążyło opuścić jego usta. Towarzyszący temu wyraz twarzy sam w sobie również był dosyć wymowny, a on nie próbował go ukrywać. Nawet w ciemnościach panujących dookoła, w oczach Greengrassa pojawił się bardzo charakterystyczny błysk przekory przemieszanej ze świadomym uporem godnym rozmowy o czymś, czego zrobienie naprawdę mogłoby mu zaszkodzić. I chociaż w tym wypadku najgorszym, czego mógłby dostać, byłaby zgaga lub niestrawność, nie zamierzał ryzykować. Nie. Zdecydowanie nie.
- Ale co? - Nie znaczyło to jednak, że nie zamierzał zadać tego pytania.
Wiedział, co Geraldine ma na myśli. Oczywiście, że wiedział, ale chciał to usłyszeć na głos. Głównie dlatego, że z pewnością miała przy tym całkiem zabawnie zabrzmieć. Tak jak brzmiała zawsze, gdy artykułowała swoje przekorne oczekiwania, aby droczyć się z nim i pokazywać mu, że był cholernie upartym kawałem osła.
A był. Oczywiście, że był. Nie zamierzał tego zmieniać.
Wybierał podświadome tłumaczenie swoich decyzji tym, że w życiu każdego człowieka bywały chwile, w których zupełnie tracił jakiekolwiek logiczne podstawy osądu. Każdemu z pewnością zdarzało się być tak zamroczonym przez frustrację i gniew, że nie dopuszczał do siebie autorefleksji na podstawie wcześniejszych doświadczeń. W tym wypadku niezmiernie, wręcz żenująco łatwo było mu połączyć niewłaściwe kropki, szczególnie mając w tym pomoc, która podsuwała mu to coraz nowsze fakty.
Nie chciał upierać się przy tym, że bez tego nie zaufałby pogłoskom. W końcu powinien samodzielnie myśleć nawet wtedy, gdy informacje pochodziły od bliskiej mu osoby. To nie było praktycznie żadne wytłumaczenie popełnionych błędów. A skoro zwykł przyjmować konsekwencje własnych decyzji na klatę, nie mógł tego robić wybiórczo, przewalając całą winę na tego niecnego mąciciela, który próbował ich sabotować, chlip. Nie. To byłoby niemal tak samo żenujące jak jego tymczasowa (wielomiesięczna, fakt, ale całe szczęście tymczasowa) zaćma.
Tak, pluł sobie w brodę. Raczej nie miał zbyt szybko przestać, mimo że udało im się rozwikłać sedno problemu, wyplątać się z tego, w co zamotali się przez te lata.
- Nie ma ludzi nieomylnych - kiwnął głową, przesuwając palcem po wierzchu dłoni dziewczyny.
Jasne, bywali ci, którzy mylili się częściej albo rzadziej. Byli ludzie popełniający mniej większych błędów albo więcej mniejszych. Sytuacje nie wyglądały tak samo dla wszystkich. Życie nie było i nie miało być sprawiedliwe. Jedni mieli trudniej, inni łatwiej, ale nie o to chodziło, aby użalać się nad swoim losem, tylko wziąć sprawy w swoje ręce. Starać się dokonywać właściwych wyborów, nawet jeśli nie zawsze to było proste.
- Byłaś gotowa iść na dno z tym statkiem. To ma znaczenie - nieznacznie uniósł kącik ust, tym razem nie ironicznie, nie pobłażliwie ani nie do końca wesoło.
Raczej w ten spokojny, być może trochę aprobujący sposób, bo przecież nie zamierzał ukrywać, że czas mijał a ona wciąż mu imponowała. Starała się postępować tak, aby rozwiązać sytuację. Nie chowała głowy w piasek, nie uciekała. Wręcz przeciwnie, jak i on, czasami brała na siebie za dużo syfu i uznawała to za swoją odpowiedzialność. Jasne, bywało, że myliła się w osądzie, ale kto się nie mylił? Chyba tylko ten, kto nigdy nie działał.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down