23.07.2025, 10:51 ✶
Nie potrzebował niczyjego towarzystwa, by delektować się kawą i średniej jakości artykułem w Proroku Codziennym. Tak właściwie to pewnie, gdyby było inaczej, mógłby podjąć kroki w celu znalezienia sobie kogoś, z kim spędziłby czas. Nie wierzył przecież, że był jedynym (ani pierwszym), który obudził się tego ranka. Inni po prostu najpewniej zaszyli się w swoich pokojach albo znaleźli równie ciche miejsce w domu, w którym nietrudno było o przestrzeń.
Letnia rezydencja Lestrange'ów obfitowała w mniej lub bardziej oczywiste kryjówki. Nie mówiąc o tym, że łatwo było się w niej zagubić. Czy to przypadkiem, czy też całkowicie celowo. Można było spędzić niemalże cały dzień bez wpadnięcia na żywego ducha. Na martwego zresztą też. W przeszłości bywały takie momenty, gdy Ambroise napotykał wyłącznie skrzaty, a to także wyłącznie dlatego, że ich potrzebował.
Biblioteka była jednak dosyć publicznym miejscem. Zdecydowanie przyciągała ludzi. W końcu w takim miejscu jak to odludzie, przy tak mglistej pogodzie jak ta za oknem, książki były jednymi z logiczniejszych źródeł rozrywki. Nie zdziwił się zatem na dźwięk czyjegoś głosu, nawet nie próbując udawać zaskoczenia.
W pierwszym odruchu tylko bardzo nieznacznie potrząsnął głową, nawet nie odrywając wzroku od trzymanej gazety. Potrzebował sekundy czy dwóch, aby zreflektować się i odpowiedzieć werbalnie.
- Nie - co prawda nie towarzyszyło temu żadne miękkie, gładkie zapraszam ani nic w tym rodzaju, jednakże było to prawdopodobnie najbardziej przyjazne nie, jakie padło z jego ust w przeciągu ostatnich godzin.
Nie, nie miał żadnego problemu z towarzystwem. Tym bardziej nie takim. Nie musiał namyślać się nad tym, czy Prudence nie postanowi zakłócić mu jego przedpołudniowego spokoju. Być może ktoś inny mógłby to zrobić, ale w jego oczach, Prue nie należała do zbytnich gaduł. Gdy coś mówiła, miało to swój sens i cel.
- Dobrze spałaś? - Spytał wreszcie po kilkunastu sekundach od wcześniejszej wypowiedzi, unosząc przy tym nie tylko wzrok na dziewczynę, lecz także jedną brew.
Posłał jej przy tym spojrzenie, które w innych okolicznościach nie mówiłoby zbyt wiele, być może nawet praktycznie nic, ale w tej sprawie było raczej dosyć wymowne. Nie, nie zamierzał wtrącać się w prywatne sprawy koleżanki, jednak bez wątpienia błysnęło mu oko a w kąciku ust zadrżało coś na kształt stłumionego uśmiechu.
Poprzedni wieczór był zaskakujący pod wieloma, naprawdę wieloma względami. Prawdopodobnie nie powinien być zaskoczony zupełnie niczym, co miało wtedy miejsce, ale bez wątpienia odrobinę rozbawiła go ta drobna zmiana w narracji.
Tym bardziej, że w gruncie rzeczy od dawna życzył Bletchleyównie tego mitycznego ruszenia dalej, obserwując jej uparte trwanie w jednym miejscu i trzymanie się czegoś, co według jego logiki przestało mieć sens wiele miesięcy temu. Nadużywanie żałoby (a za to miał wygodne podejście Prue) nijak jej nie służyło. Ona jednak nadal korzystała ze swojej sytuacji, robiąc sobie z niej naprawdę wygodny pretekst do dystansowania się od wszystkich ewentualnych kawalerów.
Czyż to nie było w pewnym sensie pięknie ironiczne? To, w jaki sposób wszystko obróciło się poprzedniego wieczoru? Ba, nie trzeba było być ani orłem, ani widmowidzem, aby wiedzieć, że miało swe początki już znacznie wcześniej. Teraz po prostu wyszło szydło z worka.
Czy był zdziwiony? I tak, i nie. Czy zamierzał w jakikolwiek szerszy sposób poruszać temat, który ani trochę go nie dotyczył? Niekoniecznie. Nie potrafił za to darować sobie tego jednego wymownego spojrzenia i towarzyszącego mu pytania, bo tak, spodziewał się, że Prudence mogła naprawdę dobrze spać. Z pewnością była bardzo wypoczęta.
Letnia rezydencja Lestrange'ów obfitowała w mniej lub bardziej oczywiste kryjówki. Nie mówiąc o tym, że łatwo było się w niej zagubić. Czy to przypadkiem, czy też całkowicie celowo. Można było spędzić niemalże cały dzień bez wpadnięcia na żywego ducha. Na martwego zresztą też. W przeszłości bywały takie momenty, gdy Ambroise napotykał wyłącznie skrzaty, a to także wyłącznie dlatego, że ich potrzebował.
Biblioteka była jednak dosyć publicznym miejscem. Zdecydowanie przyciągała ludzi. W końcu w takim miejscu jak to odludzie, przy tak mglistej pogodzie jak ta za oknem, książki były jednymi z logiczniejszych źródeł rozrywki. Nie zdziwił się zatem na dźwięk czyjegoś głosu, nawet nie próbując udawać zaskoczenia.
W pierwszym odruchu tylko bardzo nieznacznie potrząsnął głową, nawet nie odrywając wzroku od trzymanej gazety. Potrzebował sekundy czy dwóch, aby zreflektować się i odpowiedzieć werbalnie.
- Nie - co prawda nie towarzyszyło temu żadne miękkie, gładkie zapraszam ani nic w tym rodzaju, jednakże było to prawdopodobnie najbardziej przyjazne nie, jakie padło z jego ust w przeciągu ostatnich godzin.
Nie, nie miał żadnego problemu z towarzystwem. Tym bardziej nie takim. Nie musiał namyślać się nad tym, czy Prudence nie postanowi zakłócić mu jego przedpołudniowego spokoju. Być może ktoś inny mógłby to zrobić, ale w jego oczach, Prue nie należała do zbytnich gaduł. Gdy coś mówiła, miało to swój sens i cel.
- Dobrze spałaś? - Spytał wreszcie po kilkunastu sekundach od wcześniejszej wypowiedzi, unosząc przy tym nie tylko wzrok na dziewczynę, lecz także jedną brew.
Posłał jej przy tym spojrzenie, które w innych okolicznościach nie mówiłoby zbyt wiele, być może nawet praktycznie nic, ale w tej sprawie było raczej dosyć wymowne. Nie, nie zamierzał wtrącać się w prywatne sprawy koleżanki, jednak bez wątpienia błysnęło mu oko a w kąciku ust zadrżało coś na kształt stłumionego uśmiechu.
Poprzedni wieczór był zaskakujący pod wieloma, naprawdę wieloma względami. Prawdopodobnie nie powinien być zaskoczony zupełnie niczym, co miało wtedy miejsce, ale bez wątpienia odrobinę rozbawiła go ta drobna zmiana w narracji.
Tym bardziej, że w gruncie rzeczy od dawna życzył Bletchleyównie tego mitycznego ruszenia dalej, obserwując jej uparte trwanie w jednym miejscu i trzymanie się czegoś, co według jego logiki przestało mieć sens wiele miesięcy temu. Nadużywanie żałoby (a za to miał wygodne podejście Prue) nijak jej nie służyło. Ona jednak nadal korzystała ze swojej sytuacji, robiąc sobie z niej naprawdę wygodny pretekst do dystansowania się od wszystkich ewentualnych kawalerów.
Czyż to nie było w pewnym sensie pięknie ironiczne? To, w jaki sposób wszystko obróciło się poprzedniego wieczoru? Ba, nie trzeba było być ani orłem, ani widmowidzem, aby wiedzieć, że miało swe początki już znacznie wcześniej. Teraz po prostu wyszło szydło z worka.
Czy był zdziwiony? I tak, i nie. Czy zamierzał w jakikolwiek szerszy sposób poruszać temat, który ani trochę go nie dotyczył? Niekoniecznie. Nie potrafił za to darować sobie tego jednego wymownego spojrzenia i towarzyszącego mu pytania, bo tak, spodziewał się, że Prudence mogła naprawdę dobrze spać. Z pewnością była bardzo wypoczęta.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down