23.07.2025, 12:20 ✶
Nie wydawało mu się, by potrzebowali być w stosunku do siebie przesadnie wylewni. Wręcz przeciwnie. Wyjątkowo odpowiadały mu te konkretne niepisane reguły, jakie charakteryzowały ich relację. W pewnym sensie mógł uznawać Prudence za jedną z bliższych mu znajomych, ale czy miał ją za przyjaciółkę? Nie. Była powierniczką części jego sekretów, on jej, ale to nie robiło z nich automatycznych besties. W tym wypadku uważał Bletchleyównę za sojuszniczkę, co samo w sobie też było dosyć mocną odmianą od tego, co łączyło ich w zamierzchłej przeszłości.
Nie zamrugał, gdy usłyszał odpowiedź ze strony dziewczyny. Nie spuścił z niej wzroku, nie odwrócił spojrzenia. Jasne, mogła próbować świdrować go oczami. Szczególnie, że miała je na tyle głęboko brązowe, że dla co poniektórych mogło to być wyjątkowo onieśmielające.
Ale nie dla niego. Dla niego nie. Tym bardziej, że jeśli zdążył przyzwyczaić się do czegoś to właśnie do tego, że odkąd oboje zaczęli wieść dorosłe życie, Prudence zrobiła się znacznie bardziej samoświadoma. Bywała całkiem bezczelna w tym, co robiła. To nie był pierwszy moment, gdy widział ją w tej odsłonie.
- Znam twoją kondycję - tak, to było takie proste, ale uprzejmie ani nie westchnął, ani nie zrobił żadnej miny mającej zakomunikować Prudence, że zadała mu naprawdę głupie pytanie.
Oboje nie tylko byli uzdrowicielami znającymi się na ocenie ludzkiego zdrowia. Mieli także okazję współpracować w terenie. Jeśli chciała mu zasugerować, że nagle zyskała zupełnie nowe pokłady siły, raczej nie zamierzał w to ot tak uwierzyć. Tym bardziej, że ostatnie dni były dla niej wyczerpujące. Choćby tamta wielogodzinna tułaczka po lesie...
- Odkąd zakładasz, że się nimi nie przejmuję? - Bez wahania odbił pytanie, nie zamierzając tak łatwo dać się zapędzić w kozi róg.
Oczywiście, że nie był człowiekiem, który przejmował się zbyt wieloma rzeczami. Tak po prawdzie mówiąc, bywały takie momenty, kiedy nawet jego własny dobry sen niespecjalnie go obchodził. Co dopiero mówić o cudzym. Zdecydowanie nie należał do grona osób palących się do tego, żeby niańczyć swoje najbliższe otoczenie. Nawet (a może zwłaszcza?) jeśli był medykiem.
W tych nielicznych przypadkach, w których faktycznie był potrzebny, podchodził do spraw raczej w dosyć chłodny, racjonalny sposób. Skupiał się na zażegnaniu kryzysu, na rozwiązaniu problemu, nie zaś na pozwalaniu sobie, by robić przedstawienie. Praktycznie nigdy nie rozczulał się nad pacjentami. Nawet tymi, z którymi był prywatnie związany.
Być może nie zamierzał chwalić się tym faktem, ale trudno było doprowadzić go do momentu, gdy rzeczywiście pozwalał emocjom przejąć kontrolę. Kiedy skupiał się na współczuciu, na empatii i gdy faktycznie przejmował się osobą obok niego. Jej stanem, szczególnie nie tym fizycznym, a uczuciowym, emocjonalnym. Tak naprawdę zaliczył wyłącznie kilka takich momentów w życiu. Do żadnego z nich nie chciał wracać pamięcią.
A jednak to właśnie w ten sposób celowo sformułował kontrpytanie. Nie miał najmniejszych oporów przed tym, żeby spróbować zagiąć Prue w ten konkretny sposób, bowiem od dawna zwykł udowadniać jej, że nie powinna uważać go za przewidywalnego. Za logicznego? Owszem. Ale cokolwiek zamierzała, usiłując zbić go z tropu jedną czy drugą wypowiedzią, on potrafił posunąć się do tego samego.
Tak, dostrzegając chęć zmiany tematu. Nie, nie zamierzając tak łatwo tego zrobić. Szczególnie, że sama sprowokowała go do tej starannie zawoalowanej dyskusji na temat jej życiowej zmiany.
- Nie - teoretycznie mógł w inny sposób sformułować wypowiedź, zaznaczając, że ma to w planach, ale czy tak naprawdę potrzebował odbierać Prue jej standardowe źródło rozrywki?
Nie, nie sądził. Mógł darować sobie rozwiązywanie krzyżówki, niewiele tracąc z tego powodu. Szczególnie, że gazety miały to do siebie, że rozkładały się na części. Mógł nadal czytać swój artykuł, jeśli tego chciał. Tyle tylko, że w tym momencie chyba znalazł coś, co interesowało go trochę bardziej niż cudze wysrywy na temat pierwszych stwierdzonych przypadków magicznej grypy powracającej z nadejściem praktycznie każdej jesieni. Prue sama rzuciła mu wędkę z haczykiem. Nietaktem byłoby z tego nie skorzystać, czyż nie?
- Usiądziesz? Czy wolisz postać? - Nawet nie drgnęła mu powieka, gdy kontynuował ich wyjątkowo kulturalną rozmowę, choć w kącikach ust Ambroisa nadal krył się dokładnie ten sam wymowny uśmieszek.
Tak, zdecydowanie bawił się całkiem dobrze. Chwilowo jeszcze nie oddawał dziewczynie gazety. Zamiast tego przewrócił ją na ostatnią stronę, rzucając okiem na krzyżówkę.
Nie zamrugał, gdy usłyszał odpowiedź ze strony dziewczyny. Nie spuścił z niej wzroku, nie odwrócił spojrzenia. Jasne, mogła próbować świdrować go oczami. Szczególnie, że miała je na tyle głęboko brązowe, że dla co poniektórych mogło to być wyjątkowo onieśmielające.
Ale nie dla niego. Dla niego nie. Tym bardziej, że jeśli zdążył przyzwyczaić się do czegoś to właśnie do tego, że odkąd oboje zaczęli wieść dorosłe życie, Prudence zrobiła się znacznie bardziej samoświadoma. Bywała całkiem bezczelna w tym, co robiła. To nie był pierwszy moment, gdy widział ją w tej odsłonie.
- Znam twoją kondycję - tak, to było takie proste, ale uprzejmie ani nie westchnął, ani nie zrobił żadnej miny mającej zakomunikować Prudence, że zadała mu naprawdę głupie pytanie.
Oboje nie tylko byli uzdrowicielami znającymi się na ocenie ludzkiego zdrowia. Mieli także okazję współpracować w terenie. Jeśli chciała mu zasugerować, że nagle zyskała zupełnie nowe pokłady siły, raczej nie zamierzał w to ot tak uwierzyć. Tym bardziej, że ostatnie dni były dla niej wyczerpujące. Choćby tamta wielogodzinna tułaczka po lesie...
- Odkąd zakładasz, że się nimi nie przejmuję? - Bez wahania odbił pytanie, nie zamierzając tak łatwo dać się zapędzić w kozi róg.
Oczywiście, że nie był człowiekiem, który przejmował się zbyt wieloma rzeczami. Tak po prawdzie mówiąc, bywały takie momenty, kiedy nawet jego własny dobry sen niespecjalnie go obchodził. Co dopiero mówić o cudzym. Zdecydowanie nie należał do grona osób palących się do tego, żeby niańczyć swoje najbliższe otoczenie. Nawet (a może zwłaszcza?) jeśli był medykiem.
W tych nielicznych przypadkach, w których faktycznie był potrzebny, podchodził do spraw raczej w dosyć chłodny, racjonalny sposób. Skupiał się na zażegnaniu kryzysu, na rozwiązaniu problemu, nie zaś na pozwalaniu sobie, by robić przedstawienie. Praktycznie nigdy nie rozczulał się nad pacjentami. Nawet tymi, z którymi był prywatnie związany.
Być może nie zamierzał chwalić się tym faktem, ale trudno było doprowadzić go do momentu, gdy rzeczywiście pozwalał emocjom przejąć kontrolę. Kiedy skupiał się na współczuciu, na empatii i gdy faktycznie przejmował się osobą obok niego. Jej stanem, szczególnie nie tym fizycznym, a uczuciowym, emocjonalnym. Tak naprawdę zaliczył wyłącznie kilka takich momentów w życiu. Do żadnego z nich nie chciał wracać pamięcią.
A jednak to właśnie w ten sposób celowo sformułował kontrpytanie. Nie miał najmniejszych oporów przed tym, żeby spróbować zagiąć Prue w ten konkretny sposób, bowiem od dawna zwykł udowadniać jej, że nie powinna uważać go za przewidywalnego. Za logicznego? Owszem. Ale cokolwiek zamierzała, usiłując zbić go z tropu jedną czy drugą wypowiedzią, on potrafił posunąć się do tego samego.
Tak, dostrzegając chęć zmiany tematu. Nie, nie zamierzając tak łatwo tego zrobić. Szczególnie, że sama sprowokowała go do tej starannie zawoalowanej dyskusji na temat jej życiowej zmiany.
- Nie - teoretycznie mógł w inny sposób sformułować wypowiedź, zaznaczając, że ma to w planach, ale czy tak naprawdę potrzebował odbierać Prue jej standardowe źródło rozrywki?
Nie, nie sądził. Mógł darować sobie rozwiązywanie krzyżówki, niewiele tracąc z tego powodu. Szczególnie, że gazety miały to do siebie, że rozkładały się na części. Mógł nadal czytać swój artykuł, jeśli tego chciał. Tyle tylko, że w tym momencie chyba znalazł coś, co interesowało go trochę bardziej niż cudze wysrywy na temat pierwszych stwierdzonych przypadków magicznej grypy powracającej z nadejściem praktycznie każdej jesieni. Prue sama rzuciła mu wędkę z haczykiem. Nietaktem byłoby z tego nie skorzystać, czyż nie?
- Usiądziesz? Czy wolisz postać? - Nawet nie drgnęła mu powieka, gdy kontynuował ich wyjątkowo kulturalną rozmowę, choć w kącikach ust Ambroisa nadal krył się dokładnie ten sam wymowny uśmieszek.
Tak, zdecydowanie bawił się całkiem dobrze. Chwilowo jeszcze nie oddawał dziewczynie gazety. Zamiast tego przewrócił ją na ostatnią stronę, rzucając okiem na krzyżówkę.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down