23.07.2025, 13:21 ✶
Nie byli zatem przyjaciółmi. Raczej to nie miało ulec zmianie, bo żadne z nich nie dążyło do aż tak dużego spoufalania się z drugą stroną. Nawet jeśli, o ironio, jednocześnie zdarzało im się współpracować przy wyjątkowo dyskretnych, powszechnie drażliwych kwestiach poniekąd wymagających naprawdę dużego zaufania.
Prawda była jednak taka, że Ambroise nie chciał rozszerzać swojego najbliższego grona. Każda kolejna osoba, którą mógł uznać za bliskiego człowieka równocześnie wiązała się z instynktownym braniem na siebie dodatkowego ciężaru. Z martwieniem się o los tego człowieka. Ze wspólnym spędzaniem czasu. Ze wszystkimi czynnościami mającymi podtrzymywać tę relację, które nie zawsze były czymś, na co miał ochotę.
Nie, nie uważał się za przesadnie towarzyskiego, nawet jeśli na zewnątrz czasami mógł sprawiać zupełnie inne wrażenie. Szczególnie na salonach, gdzie przyjmował bardzo konkretną rolę, udając szczerze zainteresowanego rozmowami z czystokrwistą elitą albo pośród prywatnych pacjentów, przed którymi również często zakładał maskę troskliwego uzdrowiciela.
Nie chciał musieć robić tego przez cały czas. I zdecydowanie nie robił tego przy Prudence, do której odnosił się na tyle przyjaźnie, na ile mu to odpowiadało. I ani trochę bardziej. Nie zamierzał być wobec niej fałszywie opiekuńczy. Nie była jego dzieckiem. Nie była jego młodszą siostrą. Ich relacje były poprawne, zdecydowanie lepsze niż niegdyś, ale nie szczególnie bliskie.
Nie, nawet teraz z całym odświeżonym pakietem wiedzy, nie zamierzał zastanawiać się nad tym, co będzie. Nie wnikał i nie miał zamiaru wnikać w to, czy powinien zacząć traktować Prue jak kogoś, z kim przyjdzie mu spotykać się znacznie częściej niż wcześniej. To nie była jego sprawa. On wychodził raczej z założenia, że czas pokaże mu wszystko, co powinien wiedzieć w tym zakresie.
Jednakże to nie znaczyło, że zamierzał udawać głupiego. Nie, nie był ślepcem. Dostrzegał całkiem sporo rzeczy. To, że często gęsto nie kłopotał się mówieniem o czymś nie oznaczało, że tego nie zauważał. Wręcz przeciwnie. Czasami całkiem skrzętnie zbierał informacje, chowając je na odpowiednią godzinę.
W tym wypadku ta nadeszła szybciej niż później. Dlaczego? Bo po prostu go to bawiło. Dostrzegał niewątpliwą ironię w długotrwałej żałobie Prudence, jak i w tym, w jaki sposób dziewczyna najwyraźniej postanowiła zakończyć ten suchy, pozornie smętny okres.
- Nie mogę powiedzieć, że nie - kiwnął głową, nie mając zamiaru zaprzeczać faktom, aby być jakoś przesadnie skromny.
Tak, wiele można było mu zarzucić. Sporo można było o nim powiedzieć, ale nie był nieuważny. Niedowartościowany też nie. Znał swoje mocne strony. To była jedna z nich, nawet jeśli w ostatnim czasie przez zmęczenie i stres zdarzało mu się odrobinę tracić skupienie.
Bez wątpienia patrzył z nim jednak na Bletchleyównę, gdy stawiała kolejne kroki, aby usiąść na fotelu naprzeciw niego. Nie komentował, zwyczajnie siedział prosto, lekko przesuwając filiżankę na stoliku i szeleszcząc gazetą, której nadal nie wyciągnął w stronę dziewczyny.
Zamiast tego mrugnął jednokrotnie, spuszczając spojrzenie na ostatnią stronę. Był całkiem świadomy tego, że Prue wpatruje się w gazetę. Czuł na sobie jej wzrok. Mimo to, nadal zachowywał się wyjątkowo spokojnie, wręcz leniwie.
- Krótkie spotkanie bez śladów? Osiem liter. Druga c, szósta z - rzucił lekkim, niezobowiązującym tonem, nie unosząc wzroku znad trzymanej gazety, wolną ręką natomiast przelotnie drapiąc się po brodzie.
Tak, teoretycznie zamierzał oddać Prue jej krzyżówkę. W końcu zdawał sobie sprawę z tego, że to było dla niej ważniejsze niż dla niego, a wbrew pozorom wcale nie był aż tak wielkim kawałem chuja. Tym bardziej, że w niedalekim czasie zamierzał udać się do Londynu, aby załatwić chociaż część naglących spraw. Jednakże to nie znaczyło, że nie mógł towarzyszyć dziewczynie w uzupełnianiu chociażby jednego, drobniutkiego, ośmioliterowego hasła, czyż nie?
- Nalej sobie kawy, jeśli chcesz. Tutejsze filiżanki są w dolnej części witryny po twojej lewej - stwierdził przy okazji, bo dzbanek był stosunkowo duży.
Nie miał problemu, by podzielić się napojem, który przyniósł. Co prawda, nie miał do niego mleka, bo sam raczej stronił od bielonej kawy, ale nie uważał, aby dla Prue to miało być jakimkolwiek problemem. Biblioteczne filiżanki o trochę mniejszej pojemności niż ta jego także raczej nie. Przynajmniej były wizualnie ładne. Zdecydowanie ładniejsze od tej, z której on popijał parującą zawartość, a która mimo wszystko od lat była jego ulubioną w rezydencji Ursuli.
Prawda była jednak taka, że Ambroise nie chciał rozszerzać swojego najbliższego grona. Każda kolejna osoba, którą mógł uznać za bliskiego człowieka równocześnie wiązała się z instynktownym braniem na siebie dodatkowego ciężaru. Z martwieniem się o los tego człowieka. Ze wspólnym spędzaniem czasu. Ze wszystkimi czynnościami mającymi podtrzymywać tę relację, które nie zawsze były czymś, na co miał ochotę.
Nie, nie uważał się za przesadnie towarzyskiego, nawet jeśli na zewnątrz czasami mógł sprawiać zupełnie inne wrażenie. Szczególnie na salonach, gdzie przyjmował bardzo konkretną rolę, udając szczerze zainteresowanego rozmowami z czystokrwistą elitą albo pośród prywatnych pacjentów, przed którymi również często zakładał maskę troskliwego uzdrowiciela.
Nie chciał musieć robić tego przez cały czas. I zdecydowanie nie robił tego przy Prudence, do której odnosił się na tyle przyjaźnie, na ile mu to odpowiadało. I ani trochę bardziej. Nie zamierzał być wobec niej fałszywie opiekuńczy. Nie była jego dzieckiem. Nie była jego młodszą siostrą. Ich relacje były poprawne, zdecydowanie lepsze niż niegdyś, ale nie szczególnie bliskie.
Nie, nawet teraz z całym odświeżonym pakietem wiedzy, nie zamierzał zastanawiać się nad tym, co będzie. Nie wnikał i nie miał zamiaru wnikać w to, czy powinien zacząć traktować Prue jak kogoś, z kim przyjdzie mu spotykać się znacznie częściej niż wcześniej. To nie była jego sprawa. On wychodził raczej z założenia, że czas pokaże mu wszystko, co powinien wiedzieć w tym zakresie.
Jednakże to nie znaczyło, że zamierzał udawać głupiego. Nie, nie był ślepcem. Dostrzegał całkiem sporo rzeczy. To, że często gęsto nie kłopotał się mówieniem o czymś nie oznaczało, że tego nie zauważał. Wręcz przeciwnie. Czasami całkiem skrzętnie zbierał informacje, chowając je na odpowiednią godzinę.
W tym wypadku ta nadeszła szybciej niż później. Dlaczego? Bo po prostu go to bawiło. Dostrzegał niewątpliwą ironię w długotrwałej żałobie Prudence, jak i w tym, w jaki sposób dziewczyna najwyraźniej postanowiła zakończyć ten suchy, pozornie smętny okres.
- Nie mogę powiedzieć, że nie - kiwnął głową, nie mając zamiaru zaprzeczać faktom, aby być jakoś przesadnie skromny.
Tak, wiele można było mu zarzucić. Sporo można było o nim powiedzieć, ale nie był nieuważny. Niedowartościowany też nie. Znał swoje mocne strony. To była jedna z nich, nawet jeśli w ostatnim czasie przez zmęczenie i stres zdarzało mu się odrobinę tracić skupienie.
Bez wątpienia patrzył z nim jednak na Bletchleyównę, gdy stawiała kolejne kroki, aby usiąść na fotelu naprzeciw niego. Nie komentował, zwyczajnie siedział prosto, lekko przesuwając filiżankę na stoliku i szeleszcząc gazetą, której nadal nie wyciągnął w stronę dziewczyny.
Zamiast tego mrugnął jednokrotnie, spuszczając spojrzenie na ostatnią stronę. Był całkiem świadomy tego, że Prue wpatruje się w gazetę. Czuł na sobie jej wzrok. Mimo to, nadal zachowywał się wyjątkowo spokojnie, wręcz leniwie.
- Krótkie spotkanie bez śladów? Osiem liter. Druga c, szósta z - rzucił lekkim, niezobowiązującym tonem, nie unosząc wzroku znad trzymanej gazety, wolną ręką natomiast przelotnie drapiąc się po brodzie.
Tak, teoretycznie zamierzał oddać Prue jej krzyżówkę. W końcu zdawał sobie sprawę z tego, że to było dla niej ważniejsze niż dla niego, a wbrew pozorom wcale nie był aż tak wielkim kawałem chuja. Tym bardziej, że w niedalekim czasie zamierzał udać się do Londynu, aby załatwić chociaż część naglących spraw. Jednakże to nie znaczyło, że nie mógł towarzyszyć dziewczynie w uzupełnianiu chociażby jednego, drobniutkiego, ośmioliterowego hasła, czyż nie?
- Nalej sobie kawy, jeśli chcesz. Tutejsze filiżanki są w dolnej części witryny po twojej lewej - stwierdził przy okazji, bo dzbanek był stosunkowo duży.
Nie miał problemu, by podzielić się napojem, który przyniósł. Co prawda, nie miał do niego mleka, bo sam raczej stronił od bielonej kawy, ale nie uważał, aby dla Prue to miało być jakimkolwiek problemem. Biblioteczne filiżanki o trochę mniejszej pojemności niż ta jego także raczej nie. Przynajmniej były wizualnie ładne. Zdecydowanie ładniejsze od tej, z której on popijał parującą zawartość, a która mimo wszystko od lat była jego ulubioną w rezydencji Ursuli.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down