23.07.2025, 14:20 ✶
W gruncie rzeczy, gdyby postanowił głębiej zastanowić się nad tym, jak wyglądała jego filozofia życiowa, szybko doszedłby do wniosku, że wszystko było w niej zupełnie poprawne. Potrzebował grona sojuszników, nie zastępów przyjaciół, którzy (jak pokazała zeszła noc) wcale nie zawsze byli gwarantem dobrych intencji i bezsprzecznego wsparcia. Ambroise nie był wyjątkowo ufnym człowiekiem i najwidoczniej miał ku temu wyjątkowo mocne powody.
Co prawda wydawało mu się, że zdroworozsądkowo oddzielał ludzi przydatnych (współpracowników, sojuszników, wszelkie układy) od osób, w które mógł pokładać trochę więcej optymistycznej wiary, ale cóż. Zawsze były pewne odstępstwa potwierdzające regułę, czyż nie? Być może potrzebował zweryfikować najbliższe otoczenie, pozbywając się z niego części pijawek żerujących na jego chwilowym gorszym stanie osądu. To jednak nie znaczyło, że musiał od razu szukać kogoś na ich miejsce.
Pewne rzeczy działy się naturalnie. Zupełnie same z siebie. Być może lubił mieć kontrolę nad własnym życiem. Czasami nawet trochę za bardzo, ale jednocześnie w ostatnich miesiącach zaczął godzić się z tym, że tak nie było zawsze. Czasami niektóre sprawy zaczynały się lub kończyły bez jego udziału.
Szanował Prudence. Miał ją za naprawę konkretną, rozsądną, bardzo stabilną osobę. Nawet przy tych wszystkich momentach, kiedy popadała w tę swoją milfordową fiksację. Gdy zawieszała się w dosyć nieprzewidywalnych momentach, zupełnie znikając z planszy. Zresztą... ...wiedząc to, co wiedział, nie uważał tego za aż tak osobliwe. Już nie. Nie brał tego za dziwaczne.
Miała tak i cóż? Nie, aby mogła coś z tym zrobić. Poza tym nie zmieniało to faktu, że znał znacznie więcej zdrowych osób, które zachowywały się gorzej od niej. Na których nie można było polegać, które nie brały odpowiedzialności za swoje czyny i słowa. Prue przynajmniej była bardzo konkretna, nawet jeśli miała te swoje odloty.
- Nie sądzę, by mi to kiedyś groziło - odpowiedział cicho, wzruszając ramionami.
Nie, nie wydawało mu się, aby kiedykolwiek miał stać się przesadnie skromny. Prawdopodobnie takie szanse istniały, jak na wszystko, ale musiałoby to być związane z urazem głowy, amnezją lub czymś podobnym. Najpewniej zresztą nawet po tym dosyć szybko powróciłby do swoich dawnych nawyków. Pewne rzeczy siedziały naprawdę głęboko w ludzkiej naturze. U niego to był ten zdrowy egoizm objawiający się wyjątkowo rozbudowanym poczuciem własnej wartości.
- Skąd założenie, że sobie nie radzę? - Odparł spokojnie, nie obdarzając Prue spojrzeniem, tylko powolnym ruchem wyciągając rękę w kierunku szafeczki stojącej obok fotela, aby wyciągnąć z niej wieczne pióro i podkładkę.
Skoro rzeczywiście mieli grać w ten sposób, równie dobrze mógł udowodnić Bletchley, że w czym jak w czym, ale w krzyżówkach radził sobie doskonale.
Nie musiał mówić na głos, że chciał być tak uprzejmy i dać jej zacząć odgadywanie kolejnych haseł. Co prawda, wspomniana wskazówka nie znajdowała się wewnątrz gazety, co prawdopodobnie nie powinno być żadnym szokiem dla dziewczyny. Miał naturalny talent do wymyślania rzeczy na poczekaniu, szczególnie wtedy, gdy mógł czerpać z tego niewątpliwą satysfakcję. A czerpał ją w dalszym ciągu, warto dodać.
Podłożył sztywną deseczkę obitą skórą pod papier, zdejmując skuwkę pióra i delikatnie stukając końcówką w pierwszy rządek kwadracików u samej góry pola. Nie spieszył się. Doskonale wiedział, że nie musi tego robić. Równie dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że nie dokończy całej krzyżówki, bo po prostu nie miał na to aż takiej ochoty. Ale mógł ją napocząć, prawda?
- Jeśli chcesz czymś się opiekować, powinnaś sprawić sobie drugiego szczura - dodał po chwili, słysząc, że Prue skończyła nalewać sobie kawę. - To zwierzęta stadne. Z pewnością doskonale zdajesz sobie z tego sprawę - nie musiał jej tego wyjaśniać, miał tę świadomość, ale skoro przywiozła tu jednego szczura, mógł pokusić się o ten komentarz. - Możesz wyścielić mu tym klatkę, gdy skończę - tak, był aż tak łaskawy.
Nie zamierzał całkowicie zatrzymywać gazety dla siebie. Po prostu był tu pierwszy, więc miał prawo robić z nią, co zechce. Takie życie, czyż nie? Prue mogła wstać wcześniej. No, chyba że rzeczywiście nie spała przez pół nocy i cały ranek.
Co prawda wydawało mu się, że zdroworozsądkowo oddzielał ludzi przydatnych (współpracowników, sojuszników, wszelkie układy) od osób, w które mógł pokładać trochę więcej optymistycznej wiary, ale cóż. Zawsze były pewne odstępstwa potwierdzające regułę, czyż nie? Być może potrzebował zweryfikować najbliższe otoczenie, pozbywając się z niego części pijawek żerujących na jego chwilowym gorszym stanie osądu. To jednak nie znaczyło, że musiał od razu szukać kogoś na ich miejsce.
Pewne rzeczy działy się naturalnie. Zupełnie same z siebie. Być może lubił mieć kontrolę nad własnym życiem. Czasami nawet trochę za bardzo, ale jednocześnie w ostatnich miesiącach zaczął godzić się z tym, że tak nie było zawsze. Czasami niektóre sprawy zaczynały się lub kończyły bez jego udziału.
Szanował Prudence. Miał ją za naprawę konkretną, rozsądną, bardzo stabilną osobę. Nawet przy tych wszystkich momentach, kiedy popadała w tę swoją milfordową fiksację. Gdy zawieszała się w dosyć nieprzewidywalnych momentach, zupełnie znikając z planszy. Zresztą... ...wiedząc to, co wiedział, nie uważał tego za aż tak osobliwe. Już nie. Nie brał tego za dziwaczne.
Miała tak i cóż? Nie, aby mogła coś z tym zrobić. Poza tym nie zmieniało to faktu, że znał znacznie więcej zdrowych osób, które zachowywały się gorzej od niej. Na których nie można było polegać, które nie brały odpowiedzialności za swoje czyny i słowa. Prue przynajmniej była bardzo konkretna, nawet jeśli miała te swoje odloty.
- Nie sądzę, by mi to kiedyś groziło - odpowiedział cicho, wzruszając ramionami.
Nie, nie wydawało mu się, aby kiedykolwiek miał stać się przesadnie skromny. Prawdopodobnie takie szanse istniały, jak na wszystko, ale musiałoby to być związane z urazem głowy, amnezją lub czymś podobnym. Najpewniej zresztą nawet po tym dosyć szybko powróciłby do swoich dawnych nawyków. Pewne rzeczy siedziały naprawdę głęboko w ludzkiej naturze. U niego to był ten zdrowy egoizm objawiający się wyjątkowo rozbudowanym poczuciem własnej wartości.
- Skąd założenie, że sobie nie radzę? - Odparł spokojnie, nie obdarzając Prue spojrzeniem, tylko powolnym ruchem wyciągając rękę w kierunku szafeczki stojącej obok fotela, aby wyciągnąć z niej wieczne pióro i podkładkę.
Skoro rzeczywiście mieli grać w ten sposób, równie dobrze mógł udowodnić Bletchley, że w czym jak w czym, ale w krzyżówkach radził sobie doskonale.
Nie musiał mówić na głos, że chciał być tak uprzejmy i dać jej zacząć odgadywanie kolejnych haseł. Co prawda, wspomniana wskazówka nie znajdowała się wewnątrz gazety, co prawdopodobnie nie powinno być żadnym szokiem dla dziewczyny. Miał naturalny talent do wymyślania rzeczy na poczekaniu, szczególnie wtedy, gdy mógł czerpać z tego niewątpliwą satysfakcję. A czerpał ją w dalszym ciągu, warto dodać.
Podłożył sztywną deseczkę obitą skórą pod papier, zdejmując skuwkę pióra i delikatnie stukając końcówką w pierwszy rządek kwadracików u samej góry pola. Nie spieszył się. Doskonale wiedział, że nie musi tego robić. Równie dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że nie dokończy całej krzyżówki, bo po prostu nie miał na to aż takiej ochoty. Ale mógł ją napocząć, prawda?
- Jeśli chcesz czymś się opiekować, powinnaś sprawić sobie drugiego szczura - dodał po chwili, słysząc, że Prue skończyła nalewać sobie kawę. - To zwierzęta stadne. Z pewnością doskonale zdajesz sobie z tego sprawę - nie musiał jej tego wyjaśniać, miał tę świadomość, ale skoro przywiozła tu jednego szczura, mógł pokusić się o ten komentarz. - Możesz wyścielić mu tym klatkę, gdy skończę - tak, był aż tak łaskawy.
Nie zamierzał całkowicie zatrzymywać gazety dla siebie. Po prostu był tu pierwszy, więc miał prawo robić z nią, co zechce. Takie życie, czyż nie? Prue mogła wstać wcześniej. No, chyba że rzeczywiście nie spała przez pół nocy i cały ranek.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down