23.07.2025, 20:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.08.2025, 12:17 przez Anthony Shafiq.)
Jasper... był jak powiew ożywczego tlenu, którego tak rozpaczliwie potrzebował po wczorajszej nocy. Jeśli Anthony miał zgadywać, starszy z bliźniaków wdał się w ojca. A może i postawa ojca chrzestnego, pełnego troski gryfońskiego bufona rezonowała na umysł młodzieńca, który tak otwarcie wyrażał swoje poparcie dla mugolaków, zawiązując bliższą znajomość z dziewczyną pracującą wbrew wszelkiej logice dla mugoli. Zabawne, jak i Margerita chłonęła ambicję, stonowanie i ogładę od niego, ale wyostrzała ją niebanalną kokieterią i skwapliwym korzystaniem z własnego uroku osobistego. Jak Theodore parł ku Departamentowi Tajemnic, odcinając się nieco od pozostałych, ślepo podążając za matką, której Anthony nigdy, przenigdy nie odważyłby się nazwać toksyczną.
Jeźdźcy wydali na świat swoje dzieci, a przyszłe pokolenie napawało optymizmem. Pokolenie, które na szczęście przetrwało pożogę.
Upił wodę ze szklanki i nawet udało mu się nie zakrztusić. Odetchnął głęboko, próbując powstrzymać drżenie przemęczonego ciała. Kucający przed nim młody mężczyzna, z taką troską spoglądający w niego, kruszył serce.
– Och Jasper, mój drogi chłopcze... Jak to jest, że przez ostatnie miesiące jeśli już się widujemy to jestem w takiej kiepskiej kondycji... – powstrzymał odruch zmierzwienia jego włosów - Kelly był już czysty, czego nie można było powiedzieć o gospodarzu tego mieszkania. – Pokłóciłem się z wujkiem Jonathanem i obawiam się, że nasze drogi rozeszły się na stałe. To oczywiście nic nie zmienia w naszej relacji, choć nie wiem... czy spotkania we hmm... w siódemkę będą możliwe. A jeśli tak to trzeba... trzeba będzie dobrze zaaranżować stół – próbował nieudolnie zażartować, po czym skupił się na szklance, by nie musieć zmierzyć się z oskarżającym spojrzeniem selwynowego chrześniaka. Nie wątpił w to, że będzie obwiniany w tej sytuacji przez najbliższych. W końcu był mistrzem dyplomacji, potrafił dogadać się z każdym, dlaczego więc nie umiał... – Jest to też powód dla którego jestem Ci wdzięczny za wizytę, bo sam raczej nie zajrzę do nadmorskiego domku. Nasze drogi.. – umilkł nagle, zdając sobie sprawę z tego, że już to mówił wcześniej. Jak żałosnym człowiekiem się stał? Próbował złożyć to na karb przeżytej traumy, zarwanej nocy, pełnej krzyków cierpienia i błagania o pomoc. Rąk wystających spod usypisk zawalonych kamienic, sczerniałych od ognia. Straconych majątków, całych rodzin pozbawionych dachu nad głową, gdy nad jego własną dach trzymał się całkiem zacnie i bezproblemowo...Będzie musiał zaopatrzyć się w jakieś eliksiry na uspokojenie nerwów. To pewne.
Jeźdźcy wydali na świat swoje dzieci, a przyszłe pokolenie napawało optymizmem. Pokolenie, które na szczęście przetrwało pożogę.
Upił wodę ze szklanki i nawet udało mu się nie zakrztusić. Odetchnął głęboko, próbując powstrzymać drżenie przemęczonego ciała. Kucający przed nim młody mężczyzna, z taką troską spoglądający w niego, kruszył serce.
– Och Jasper, mój drogi chłopcze... Jak to jest, że przez ostatnie miesiące jeśli już się widujemy to jestem w takiej kiepskiej kondycji... – powstrzymał odruch zmierzwienia jego włosów - Kelly był już czysty, czego nie można było powiedzieć o gospodarzu tego mieszkania. – Pokłóciłem się z wujkiem Jonathanem i obawiam się, że nasze drogi rozeszły się na stałe. To oczywiście nic nie zmienia w naszej relacji, choć nie wiem... czy spotkania we hmm... w siódemkę będą możliwe. A jeśli tak to trzeba... trzeba będzie dobrze zaaranżować stół – próbował nieudolnie zażartować, po czym skupił się na szklance, by nie musieć zmierzyć się z oskarżającym spojrzeniem selwynowego chrześniaka. Nie wątpił w to, że będzie obwiniany w tej sytuacji przez najbliższych. W końcu był mistrzem dyplomacji, potrafił dogadać się z każdym, dlaczego więc nie umiał... – Jest to też powód dla którego jestem Ci wdzięczny za wizytę, bo sam raczej nie zajrzę do nadmorskiego domku. Nasze drogi.. – umilkł nagle, zdając sobie sprawę z tego, że już to mówił wcześniej. Jak żałosnym człowiekiem się stał? Próbował złożyć to na karb przeżytej traumy, zarwanej nocy, pełnej krzyków cierpienia i błagania o pomoc. Rąk wystających spod usypisk zawalonych kamienic, sczerniałych od ognia. Straconych majątków, całych rodzin pozbawionych dachu nad głową, gdy nad jego własną dach trzymał się całkiem zacnie i bezproblemowo...Będzie musiał zaopatrzyć się w jakieś eliksiry na uspokojenie nerwów. To pewne.