24.07.2025, 10:01 ✶
Czy miała rację? Pewnie. Pewnie tak. Tyle tylko, że ile tak naprawdę było takich rzeczy? Ilukrotnie rzeczywiście należało wypowiadać jedno z tych mitycznych słów a ile razy były one zupełnie niepotrzebne, nawet wprost przesadzone? Ludzie zdecydowanie mieli w zwyczaju nadużywać takich deklaracji. Zawsze i nigdy, a potem nagle robili coś, co pokazywało, że jednak znacznie właściwsze byłoby prawdopodobnie i czasami, w zależności od kontekstu.
- W życiu stałe są tylko śmierć i podatki - odpowiedział, być może nie do końca poważnie, ale przecież nie prowadzili żadnych głębokich dyskusji egzystencjalnych.
On także potrafił nadawać rozmowie trochę lżejsze tony, gdy tego chciał. A w tym momencie? Wbrew pozorom, wcale nie planował pastwić się nad Prudence, wciągać jej w głębokie dyskusje. Chciał jej coś udowodnić, owszem, ale nie potrzebował być przy tym zupełnie poważny. Przez chwilę nawet próbował być dokładnie taki jak to powiedział na głos. Miły. Został zaś niedoceniony.
Ojej. Jaka szkoda.
No cóż.
Kontynuując...
- Być może dla ciebie - bardzo nieznacznie, niemal niedostrzegalnie wzruszył ramionami, nie zmieniając przy tym wyrazu twarzy. - Zawsze miałaś tendencje do błyskawicznej oceny intencji innych ludzi - stwierdził bez zająknięcia, nie zamierzając ukrywać tego, przez jaki pryzmat spoglądał na ich (i nie tylko ich) relację.
Zresztą. Byli ze sobą względnie szczerzy, nieprawdaż? Podchodzili do siebie racjonalnie otwarcie. Nie zamierzał próbować zarzucać Prudence bycia ograniczoną. Nie. W tym momencie najzwyczajniej w świecie wypowiadał własną opinię na temat, o ironio, jej opinii w kwestii ludzi dookoła niej.
Nie zamierzał wnikać w to, z czego to wynikało. Nie chciał wdawać się w analizę pobudek dziewczyny. W to, z czego brała się ta łatwość w przypisywaniu innym zero-jedynkowych zachowań i intencji. Nie próbował mówić, że to wybitnie źle o niej świadczy (bo nie świadczyło). Ani, że była w tym jedyna (bo nie była).
Paradoksalnie, on sam także bardzo łatwo wydawał osądy. Bazował przy tym na wielu czynnikach. Zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Opierał się na własnych spostrzeżeniach, poprzednich interakcjach, niespecjalnie często (w końcu nie był owcą) na powszechnej opinii na wskazany temat. Nie zamierzał wypierać się tego, że naprawdę łatwo uciekał się do oceny. Stawiał sobie te pierwsze założenia i często gęsto nie czuł potrzeby ich weryfikować.
Uważał, że zazwyczaj słusznie. Często gęsto to właśnie ta pierwsza interpretacja była najbardziej właściwa. Zdecydowanie pomogła mu uniknąć wielu wyjątkowo nieprzyjemnych, czasami wręcz groźnych sytuacji. A że czasami popełniał błędy? Że zdarzało mu się być nazbyt ostrym? Zbyt mało przyjacielskim?
No cóż. Potrafił zmienić tę pierwszą opinię. Umiał rzeczywiście przyznać, że być może podszedł do tego z nazbyt dużą dozą uprzedzeń albo (to było już znacznie gorsze) z za dużym optymizmem. Nie było bowiem tak, że dokonywał wyłącznie mylnie nieprzyjacielskich założeń. O nie. Ostatnia sytuacja dosyć jasno udowodniła, że i on potrafiał obdarzać ludzi zbyt dużym kredytem zaufania, dawać im nazywać się przyjacielem, podczas gdy ich zachowania nie świadczyły o wzajemności tej relacji.
Zresztą. Było minęło. Potrzebował przetrawić sobie kilka rzeczy, obecnie skupiając się na czymś, co nie przynosiło mu posmaku goryczy w gardle. W tej chwili angażował się w rozmowę na zupełnie inne tematy. Tym bardziej, że ich rozmowa bardzo szybko przestała być zupełnie jednoznaczna. Jak zazwyczaj, czyż nie? Może pierwszy raz mówili o czymś takim, ale nie od dzisiaj poruszali się dwutorowo w dyskusji.
- Zwierzęcy behawioryści nie zgodziliby się z tobą - powiedział, ciągnąc dalej dialog, który z całą pewnością (zarówno jego, jak i niewątpliwie Prudence) nie skupiał się wyłącznie na marnym losie samotnych szczurów trzymanych przez właścicielki, które stwierdziły, że lepiej im alienować się ze swoimi zwierzątkami.
Przenosząc spojrzenie na Bletchleyównę, przyglądał się dziewczynie przez chwilę, nie mrugając ani nie zmieniając wyrazu twarzy. Patrzył na nią badawczo, nawet nie próbując ukrywać tego, że usiłuje wyczytać coś więcej z jej oczu albo miny. Nie była łatwa do odszyfrowania. Zdecydowanie daleko było jej do krzyżówki z Proroka, ale mimo to jeszcze przez moment patrzył w brązowe oczy rozmówczyni, zanim ponownie przeniósł wzrok na stoliczek z filiżanką. Upił łyk kawy, kiwając głową.
- Doskonale - nie uśmiechnął się, ale jego czujne spojrzenie odrobinę złagodniało, gdy napotkało oczy Prue.
Skoro tak stawiała sytuację...
- Co mam z tym zrobić? - Spytał bez większego zaangażowania, głównie z czystej przyzwoitości, bo przecież nie zamierzał trzymać cudzego manifestu rozpaczy w prawej szufladzie swojego biurka.
Mógł to wyrzucić do kosza, zakopać, ciepnąć do morza, cokolwiek. Nie zamierzał być odpowiedzialny za metodę. Przynajmniej w tym momencie.
- W życiu stałe są tylko śmierć i podatki - odpowiedział, być może nie do końca poważnie, ale przecież nie prowadzili żadnych głębokich dyskusji egzystencjalnych.
On także potrafił nadawać rozmowie trochę lżejsze tony, gdy tego chciał. A w tym momencie? Wbrew pozorom, wcale nie planował pastwić się nad Prudence, wciągać jej w głębokie dyskusje. Chciał jej coś udowodnić, owszem, ale nie potrzebował być przy tym zupełnie poważny. Przez chwilę nawet próbował być dokładnie taki jak to powiedział na głos. Miły. Został zaś niedoceniony.
Ojej. Jaka szkoda.
No cóż.
Kontynuując...
- Być może dla ciebie - bardzo nieznacznie, niemal niedostrzegalnie wzruszył ramionami, nie zmieniając przy tym wyrazu twarzy. - Zawsze miałaś tendencje do błyskawicznej oceny intencji innych ludzi - stwierdził bez zająknięcia, nie zamierzając ukrywać tego, przez jaki pryzmat spoglądał na ich (i nie tylko ich) relację.
Zresztą. Byli ze sobą względnie szczerzy, nieprawdaż? Podchodzili do siebie racjonalnie otwarcie. Nie zamierzał próbować zarzucać Prudence bycia ograniczoną. Nie. W tym momencie najzwyczajniej w świecie wypowiadał własną opinię na temat, o ironio, jej opinii w kwestii ludzi dookoła niej.
Nie zamierzał wnikać w to, z czego to wynikało. Nie chciał wdawać się w analizę pobudek dziewczyny. W to, z czego brała się ta łatwość w przypisywaniu innym zero-jedynkowych zachowań i intencji. Nie próbował mówić, że to wybitnie źle o niej świadczy (bo nie świadczyło). Ani, że była w tym jedyna (bo nie była).
Paradoksalnie, on sam także bardzo łatwo wydawał osądy. Bazował przy tym na wielu czynnikach. Zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Opierał się na własnych spostrzeżeniach, poprzednich interakcjach, niespecjalnie często (w końcu nie był owcą) na powszechnej opinii na wskazany temat. Nie zamierzał wypierać się tego, że naprawdę łatwo uciekał się do oceny. Stawiał sobie te pierwsze założenia i często gęsto nie czuł potrzeby ich weryfikować.
Uważał, że zazwyczaj słusznie. Często gęsto to właśnie ta pierwsza interpretacja była najbardziej właściwa. Zdecydowanie pomogła mu uniknąć wielu wyjątkowo nieprzyjemnych, czasami wręcz groźnych sytuacji. A że czasami popełniał błędy? Że zdarzało mu się być nazbyt ostrym? Zbyt mało przyjacielskim?
No cóż. Potrafił zmienić tę pierwszą opinię. Umiał rzeczywiście przyznać, że być może podszedł do tego z nazbyt dużą dozą uprzedzeń albo (to było już znacznie gorsze) z za dużym optymizmem. Nie było bowiem tak, że dokonywał wyłącznie mylnie nieprzyjacielskich założeń. O nie. Ostatnia sytuacja dosyć jasno udowodniła, że i on potrafiał obdarzać ludzi zbyt dużym kredytem zaufania, dawać im nazywać się przyjacielem, podczas gdy ich zachowania nie świadczyły o wzajemności tej relacji.
Zresztą. Było minęło. Potrzebował przetrawić sobie kilka rzeczy, obecnie skupiając się na czymś, co nie przynosiło mu posmaku goryczy w gardle. W tej chwili angażował się w rozmowę na zupełnie inne tematy. Tym bardziej, że ich rozmowa bardzo szybko przestała być zupełnie jednoznaczna. Jak zazwyczaj, czyż nie? Może pierwszy raz mówili o czymś takim, ale nie od dzisiaj poruszali się dwutorowo w dyskusji.
- Zwierzęcy behawioryści nie zgodziliby się z tobą - powiedział, ciągnąc dalej dialog, który z całą pewnością (zarówno jego, jak i niewątpliwie Prudence) nie skupiał się wyłącznie na marnym losie samotnych szczurów trzymanych przez właścicielki, które stwierdziły, że lepiej im alienować się ze swoimi zwierzątkami.
Przenosząc spojrzenie na Bletchleyównę, przyglądał się dziewczynie przez chwilę, nie mrugając ani nie zmieniając wyrazu twarzy. Patrzył na nią badawczo, nawet nie próbując ukrywać tego, że usiłuje wyczytać coś więcej z jej oczu albo miny. Nie była łatwa do odszyfrowania. Zdecydowanie daleko było jej do krzyżówki z Proroka, ale mimo to jeszcze przez moment patrzył w brązowe oczy rozmówczyni, zanim ponownie przeniósł wzrok na stoliczek z filiżanką. Upił łyk kawy, kiwając głową.
- Doskonale - nie uśmiechnął się, ale jego czujne spojrzenie odrobinę złagodniało, gdy napotkało oczy Prue.
Skoro tak stawiała sytuację...
- Co mam z tym zrobić? - Spytał bez większego zaangażowania, głównie z czystej przyzwoitości, bo przecież nie zamierzał trzymać cudzego manifestu rozpaczy w prawej szufladzie swojego biurka.
Mógł to wyrzucić do kosza, zakopać, ciepnąć do morza, cokolwiek. Nie zamierzał być odpowiedzialny za metodę. Przynajmniej w tym momencie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down