24.07.2025, 11:23 ✶
Nie był przesadnie zdziwiony tym, że Bletchleyówna nie zamierzała ot tak zgodzić się z jego słowami. Był raczej przyzwyczajony do ich odmiennych opinii. Zresztą. Nie tylko z nią częściej się nie zgadzał niż był zatrważająco zgodny. Prezentowali dwa zupełnie inne punkty widzenia, co miało całkowity sens, biorąc pod uwagę to, że pochodzili z zupełnie innych środowisk i byli przeciwnej płci. Mimo to, cenił sobie zdanie dziewczyny. Bez wątpienia bardziej niż przed laty. Teraz potrafili dogadać się ze sobą nawzajem. Wcześniej? Cóż. Było to co najmniej trudne.
- Odnośnie której części? - Spytał bez oporów, bo skoro już w coś wątpiła, to należało rozwinąć temat. - Tak, nie każdy płaci podatki - poniekąd trudno byłoby robić to z takiej działalności, jaką on również czasami wykonywał - ale to nie oznacza, że nie istnieją - proste? Proste. - Co zaś tyczy się śmierci... ...wszystko musi kiedyś umrzeć, nie? - To też było wyjątkowo zrozumiałe.
Nawet istoty wskrzeszone ponownie. Nawet tysiącletnie wampiry. Nawet te wszystkie wyjątkowe przypadki. Śmierć czekała na każdego. Dało się jej uciec, ale jakim kosztem? Nie mówiąc już o gwarancji, że tak czy siak miała nadejść ponownie. Raz po raz, raz za razem. Nie było nikogo ani niczego, co mogłoby się jej oprzeć. To była tylko kwestia czasu. Dni, tygodni, czasami dziesiątek lat, dla niektórych setek lub tysięcy. Upływ czasu robił swoje.
Kiwnął głową, słysząc następne stwierdzenie płynące z ust dziewczyny. Nie potrzebował niczego więcej. Nie był kimś, kto potrzebował tłumaczeń. Nie musiała przedstawiać mu swojego punktu widzenia w temacie tego, czemu dokonała takiej a nie innej oceny sytuacji. Nie było mu to do niczego potrzebne, bo w gruncie rzeczy nic nie zmieniało w ich relacji.
- Domyślam się - nie bez znaczenia było to, że użył dokładnie tego samego wyjątkowo neutralnego tonu, w jakim zwróciła się do niego Prudence.
Nie zamierzał przesadnie angażować się w rozmowy mające w jego oczach być czymś, co zamierzał przeanalizować we wnętrzu własnej głowy, nigdzie indziej. Nie zamierzał wygłaszać wielkich przemów na temat tego, czemu służyły jego odniesienia do szczurów i wszystkie inne wypowiedzi. Nie, nie potrzebował tego robić. Tym bardziej, że na ten moment wystarczyło mu to, co padło o pierścionku zaręczynowym i to, co już wiedział. Był całkiem spokojny.
- Nie chcesz tego zrobić sama - teoretycznie to powinno być pytanie, fakt, jednak w głosie Ambroisa nie wybrzmiała ta charakterystyczna nuta, która pozwoliłaby tak nazwać wypowiedziane przez niego słowa.
Nie, on po prostu stwierdził to, co poniekąd powiedziała sama główna zainteresowana. Nie wyglądało na to, aby Bletchleyównę interesowały te wszystkie dramatyczne gesty pożegnania z przeszłością. Chociaż znając ją na tyle, na ile zdążył ją poznać, czy tak naprawdę mógł dziwić się tej informacji? Nie, ani trochę.
Jasne, spodziewał się, że Prue potrafi być wyjątkowo uczuciowa. Tyle tylko, że raczej w swoich własnych czterech ścianach. Bez niepotrzebnej publiki i ryzykowania tym, że ktoś ponownie postanowi wykorzystać przeciwko niej zaobserwowaną słabość. Już wiele razy to zrobiono, nieprawdaż? Każdy miał swoje granice, po których przekroczeniu zaczynał stawiać coraz wyższe, bardziej nieprzeniknione mury.
Czasami większe wyzwanie stanowiło to, aby we właściwym momencie zacząć je przesuwać i burzyć. Ale to oboje wiedzieli, czyż nie?
- Odnośnie której części? - Spytał bez oporów, bo skoro już w coś wątpiła, to należało rozwinąć temat. - Tak, nie każdy płaci podatki - poniekąd trudno byłoby robić to z takiej działalności, jaką on również czasami wykonywał - ale to nie oznacza, że nie istnieją - proste? Proste. - Co zaś tyczy się śmierci... ...wszystko musi kiedyś umrzeć, nie? - To też było wyjątkowo zrozumiałe.
Nawet istoty wskrzeszone ponownie. Nawet tysiącletnie wampiry. Nawet te wszystkie wyjątkowe przypadki. Śmierć czekała na każdego. Dało się jej uciec, ale jakim kosztem? Nie mówiąc już o gwarancji, że tak czy siak miała nadejść ponownie. Raz po raz, raz za razem. Nie było nikogo ani niczego, co mogłoby się jej oprzeć. To była tylko kwestia czasu. Dni, tygodni, czasami dziesiątek lat, dla niektórych setek lub tysięcy. Upływ czasu robił swoje.
Kiwnął głową, słysząc następne stwierdzenie płynące z ust dziewczyny. Nie potrzebował niczego więcej. Nie był kimś, kto potrzebował tłumaczeń. Nie musiała przedstawiać mu swojego punktu widzenia w temacie tego, czemu dokonała takiej a nie innej oceny sytuacji. Nie było mu to do niczego potrzebne, bo w gruncie rzeczy nic nie zmieniało w ich relacji.
- Domyślam się - nie bez znaczenia było to, że użył dokładnie tego samego wyjątkowo neutralnego tonu, w jakim zwróciła się do niego Prudence.
Nie zamierzał przesadnie angażować się w rozmowy mające w jego oczach być czymś, co zamierzał przeanalizować we wnętrzu własnej głowy, nigdzie indziej. Nie zamierzał wygłaszać wielkich przemów na temat tego, czemu służyły jego odniesienia do szczurów i wszystkie inne wypowiedzi. Nie, nie potrzebował tego robić. Tym bardziej, że na ten moment wystarczyło mu to, co padło o pierścionku zaręczynowym i to, co już wiedział. Był całkiem spokojny.
- Nie chcesz tego zrobić sama - teoretycznie to powinno być pytanie, fakt, jednak w głosie Ambroisa nie wybrzmiała ta charakterystyczna nuta, która pozwoliłaby tak nazwać wypowiedziane przez niego słowa.
Nie, on po prostu stwierdził to, co poniekąd powiedziała sama główna zainteresowana. Nie wyglądało na to, aby Bletchleyównę interesowały te wszystkie dramatyczne gesty pożegnania z przeszłością. Chociaż znając ją na tyle, na ile zdążył ją poznać, czy tak naprawdę mógł dziwić się tej informacji? Nie, ani trochę.
Jasne, spodziewał się, że Prue potrafi być wyjątkowo uczuciowa. Tyle tylko, że raczej w swoich własnych czterech ścianach. Bez niepotrzebnej publiki i ryzykowania tym, że ktoś ponownie postanowi wykorzystać przeciwko niej zaobserwowaną słabość. Już wiele razy to zrobiono, nieprawdaż? Każdy miał swoje granice, po których przekroczeniu zaczynał stawiać coraz wyższe, bardziej nieprzeniknione mury.
Czasami większe wyzwanie stanowiło to, aby we właściwym momencie zacząć je przesuwać i burzyć. Ale to oboje wiedzieli, czyż nie?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down