24.07.2025, 12:27 ✶
Cóż. Zdecydowanie mieli prawo w inny sposób spoglądać na wszystkie sprawy, jakie ich dotyczyły. Z perspektywy Ambroisa, to Prudence przesadnie komplikowała kwestię śmierci i kwestii z tym związanych. Dla niego samego było to dosyć proste, przynajmniej na podstawowej płaszczyźnie, o której teraz mówili. Trzeba było umrzeć nawet po to, by wieść mityczne życie wieczne, którego istnienie głosiły niektóre koweny. Trzeba było umrzeć, aby stać się duchem nawiedzającym miejsca, z którymi było się związanym. Trzeba było umrzeć, żeby przejść proces reinkarnacji. By stać się dębem w Kniei Godryka. By ewoluować i osiągnąć inną, lepszą formę. Aby pozostać za Zasłoną i stamtąd obserwować życie ziemskie. I tak dalej, i tak dalej.
Śmierć była naturalną częścią życia. Jednym z wielu etapów drogi. Umierali ludzie, umierały istoty, magiczne stworzenia, rośliny i owady. Umierały poniekąd też części materii nieożywionej. Czas nie oszczędzał nikogo ani niczego. To, czy robił to szybciej, czy później, to był już zupełnie inny temat.
A podatki? Cóż. Kwestia opodatkowania była równie złożona, ale jednocześnie bardzo prosta: gdyby rząd, szczególnie po niedawnych pożarach, mógł opodatkować dosłownie wszystko, niechybnie by to zrobił. Z roku na rok powstawał szereg nowych opłat i kolejne metody ściągania długów. Nawet (a może zwłaszcza?) tych domniemanych.
Nie zamierzał jednak na siłę wdawać się w dyskusję na tematy finansowe bądź egzystencjalne. Miał wyjątkowo dobry humor, może pogoda za oknem nie sprzyjała spacerom i korzystaniu z pięknego poranka, ale zaprzątanie sobie głowy niepotrzebnymi analizami nie było czymś, co chciałby robić. Szczególnie, gdy interesowało go coś zupełnie innego.
I to także poniekąd udało mu się wstępnie zweryfikować dosyć niskim kosztem. Wystarczyło zaledwie jedno konkretne zdanie, aby uznał, że nie ma zamiaru dalej wnikać w temat podejścia Prudence do zmian w życiu. Nie analizował, co by było, gdyby postanowiła jednak odzyskać pierścionek. Nie zrobiła tego. To mu w zupełności wystarczyło.
Nie oceniał tego, czemu nie chciała sama wywalić symbolu przeszłości w morskie fale. Tego także w zupełności nie potrzebował. Znała jego zdanie na temat przedłużającej się teatralnej żałoby. Była świadoma tego, co sądził o jej zgoła uporczywym noszeniu na palcu dowodu na to, że ktoś kiedyś mówił, że ją kocha. W jego oczach w istocie kochając jakąś wersję Prudence, ale nie ją całą. Śmiał wręcz twierdzić, że tamten wybór pierścionka był wizualnym dowodem braku znajomości całej dziewczyny.
Nawet on nie wybrałby takiego generycznego badziewia, choć nie uważał, że jakoś nadmiernie głęboko poznał wszystkie strony natury Bletchleyówny. Jeśli jednak wiedział o niej więcej niż jej niedoszły mąż (a bez wątpienia tak było, przynajmniej w kwestii tej jej mniej eleganckiej, poukładanej strony), cóż...
...to nie świadczyło zbyt dobrze o sile tamtej więzi, nieprawdaż? Skończyła się tragicznie. To rzeczywiście był naprawdę olbrzymi dramat, ale trzy lata były dostatecznie długim okresem żałoby. Tym bardziej, że to, co ostatecznie pokazał mu tamten kamyk było wyjątkowo wymowne. Ironicznie, nie mając zupełnie żadnego związku z człowiekiem, który nasunął pierścionek na palec pogrążonej w rozpaczy niedoszłej narzeczonej.
- Trudno byłoby nie wiedzieć - odpowiedział krótko na to, co mu powiedziała.
Nie był specjalistą od takich rzeczy. Nie uważał się za kogoś, kto był w stanie instynktownie spamiętać, co kto nosi na palcu i od razu wskazać właścicielkę zguby. Prawdopodobnie, gdyby nie to, że w tamtym czasie tylko Prudence była tu zaręczona, miałby mniejsze szanse na prawidłowe zidentyfikowanie, do kogo należała biżuteria. Mogła bowiem znajdować się na czymkolwiek palcu. Była prosta, klasyczna, nijaka.
Tyle tylko, że jednocześnie niosła ze sobą aż nazbyt jaskrawą historię. Taką, która dosłownie wciągała.
Nie zamierzał ukrywać tego, co kryło się pod jego słowami. Wręcz przeciwnie. Patrzył prosto w oczy Prudence. Nie uśmiechał się przy tym, ale też nie przywoływał żadnego innego grymasu na twarz.
- Nie zamierzam tego nadużywać - nie musiał deklarować tego, że nie jest zainteresowany wykorzystaniem przedmiotu, jaki trafił w jego ręce, ale jednocześnie wychodził z założenia, że słowa wypowiedziane na głos mają czasami znacznie większą wartość niż te, które ktoś teoretycznie wiedział, ale nie padły wprost.
Nie był aż takim kawałem chuja, żeby pozostawiać Bletchleyównę w stanie zawieszenia między cholera a moje sekrety nie należą już do mnie. Należały. Mogła być o to zupełnie spokojna.
Śmierć była naturalną częścią życia. Jednym z wielu etapów drogi. Umierali ludzie, umierały istoty, magiczne stworzenia, rośliny i owady. Umierały poniekąd też części materii nieożywionej. Czas nie oszczędzał nikogo ani niczego. To, czy robił to szybciej, czy później, to był już zupełnie inny temat.
A podatki? Cóż. Kwestia opodatkowania była równie złożona, ale jednocześnie bardzo prosta: gdyby rząd, szczególnie po niedawnych pożarach, mógł opodatkować dosłownie wszystko, niechybnie by to zrobił. Z roku na rok powstawał szereg nowych opłat i kolejne metody ściągania długów. Nawet (a może zwłaszcza?) tych domniemanych.
Nie zamierzał jednak na siłę wdawać się w dyskusję na tematy finansowe bądź egzystencjalne. Miał wyjątkowo dobry humor, może pogoda za oknem nie sprzyjała spacerom i korzystaniu z pięknego poranka, ale zaprzątanie sobie głowy niepotrzebnymi analizami nie było czymś, co chciałby robić. Szczególnie, gdy interesowało go coś zupełnie innego.
I to także poniekąd udało mu się wstępnie zweryfikować dosyć niskim kosztem. Wystarczyło zaledwie jedno konkretne zdanie, aby uznał, że nie ma zamiaru dalej wnikać w temat podejścia Prudence do zmian w życiu. Nie analizował, co by było, gdyby postanowiła jednak odzyskać pierścionek. Nie zrobiła tego. To mu w zupełności wystarczyło.
Nie oceniał tego, czemu nie chciała sama wywalić symbolu przeszłości w morskie fale. Tego także w zupełności nie potrzebował. Znała jego zdanie na temat przedłużającej się teatralnej żałoby. Była świadoma tego, co sądził o jej zgoła uporczywym noszeniu na palcu dowodu na to, że ktoś kiedyś mówił, że ją kocha. W jego oczach w istocie kochając jakąś wersję Prudence, ale nie ją całą. Śmiał wręcz twierdzić, że tamten wybór pierścionka był wizualnym dowodem braku znajomości całej dziewczyny.
Nawet on nie wybrałby takiego generycznego badziewia, choć nie uważał, że jakoś nadmiernie głęboko poznał wszystkie strony natury Bletchleyówny. Jeśli jednak wiedział o niej więcej niż jej niedoszły mąż (a bez wątpienia tak było, przynajmniej w kwestii tej jej mniej eleganckiej, poukładanej strony), cóż...
...to nie świadczyło zbyt dobrze o sile tamtej więzi, nieprawdaż? Skończyła się tragicznie. To rzeczywiście był naprawdę olbrzymi dramat, ale trzy lata były dostatecznie długim okresem żałoby. Tym bardziej, że to, co ostatecznie pokazał mu tamten kamyk było wyjątkowo wymowne. Ironicznie, nie mając zupełnie żadnego związku z człowiekiem, który nasunął pierścionek na palec pogrążonej w rozpaczy niedoszłej narzeczonej.
- Trudno byłoby nie wiedzieć - odpowiedział krótko na to, co mu powiedziała.
Nie był specjalistą od takich rzeczy. Nie uważał się za kogoś, kto był w stanie instynktownie spamiętać, co kto nosi na palcu i od razu wskazać właścicielkę zguby. Prawdopodobnie, gdyby nie to, że w tamtym czasie tylko Prudence była tu zaręczona, miałby mniejsze szanse na prawidłowe zidentyfikowanie, do kogo należała biżuteria. Mogła bowiem znajdować się na czymkolwiek palcu. Była prosta, klasyczna, nijaka.
Tyle tylko, że jednocześnie niosła ze sobą aż nazbyt jaskrawą historię. Taką, która dosłownie wciągała.
Nie zamierzał ukrywać tego, co kryło się pod jego słowami. Wręcz przeciwnie. Patrzył prosto w oczy Prudence. Nie uśmiechał się przy tym, ale też nie przywoływał żadnego innego grymasu na twarz.
- Nie zamierzam tego nadużywać - nie musiał deklarować tego, że nie jest zainteresowany wykorzystaniem przedmiotu, jaki trafił w jego ręce, ale jednocześnie wychodził z założenia, że słowa wypowiedziane na głos mają czasami znacznie większą wartość niż te, które ktoś teoretycznie wiedział, ale nie padły wprost.
Nie był aż takim kawałem chuja, żeby pozostawiać Bletchleyównę w stanie zawieszenia między cholera a moje sekrety nie należą już do mnie. Należały. Mogła być o to zupełnie spokojna.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down