24.07.2025, 13:34 ✶
Trudno byłoby być zupełnie obojętnym tudzież nie mieć swojego zdania na temat śmierci, gdy należało się do tego elitarnego grona ludzi takich jak oni. Nawet w tym wypadku, praktyka udowadniała jednak, że nie każdy myślał o tym dokładnie w ten sam sposób. To była wyjątkowo rozległa kwestia w znacznej mierze oparta również na prywatnych doświadczeniach. Tymi natomiast nie zwykł wymieniać się bez potrzeby. Nawet z kimś takim jak Prudence.
Mogli rozmawiać. Owszem. Nieczęsto uciekał się do nagłych zmian tematu, gdy już zaczęli o czymś dyskutować. Nie miał oporów przed tym, by mówić dziewczynie różne rzeczy, także te niekoniecznie przyjemne. Dla niego, dla niej, dla otoczenia. Tego poranka padło chyba na nich oboje. W końcu sam też nie był specjalnie zadowolony z tego, że znalazł się w jej małych bucikach i przez dłuższą chwilę nie czuł się sobą.
- Mhm - przytaknął bez wahania, nie odwracając wzroku ani nie opuszczając głowy, bo czemuż miałby to robić?
To nie tak, że jakoś wyjątkowo chciał, żeby to miało miejsce. Nie planował tego, co się stało. Nie przeszło mu przez głowę, że powinien spróbować wykorzystać pierścionek Prudence, aby znaleźć ją i Romulusa. Tak po prawdzie, nawet nie miał czasu, by wziąć pod uwagę podobną opcję. Gdyby jednak sytuacja rozegrała się inaczej, czy byłby za tym, żeby to zrobić?
Niekoniecznie. Niekoniecznie tak, niekoniecznie nie. Po prostu niekoniecznie. Z pewnością nie byłoby to jego pierwszym rozwiązaniem. Czy słusznie? Nie zamierzał tego analizować. Nie miał raczej zapędów, by być detektywem-amatorem ochoczo wykorzystującym przyrodzone mu umiejętności w celu rozwiązywania zagadek. To było zresztą jego pierwsze podobne zaginięcie.
Jasne, chciał dowiedzieć się, co spotkało tych dwoje. Zamierzał działać, ale nie był typem, który robił z siebie męczennika. Jeśli istniałaby inna logiczna opcja, nie postanowiłby poświęcić się w imię akcji ratunkowej. Szczególnie, że nie uważał tego za zbyt przyjemny pakiet doznań, nawet jeśli te konkretne raczej nie były wybitnie nieprzyjemne.
Nie chciał jednak celowo wchodzić w buty kogoś, kogo znał i czyich introspekcji zdecydowanie nie potrzebował do szczęścia. Nie musiał zbierać haków na Prudence. Nie dawała mu do tego żadnych powodów. Jeśli zaś chodziło o jego prywatne poglądy, dosyć daleko było mu do typowego plotkarza, który głęboko interesował się życiem i powiązaniami ludzi dookoła niego.
Po prawdzie, szczerze nie obchodziło go, kto z kim sypia i kto kogo faktycznie wyciąga na schadzki. Jasne, nie mógł darować sobie tamtego drobnego nawiązania do zmiany w relacji tych konkretnych osób. To było po prostu zbyt dobre, żeby zupełnie zignorować ironię losu, jaka za tym szła. Czy jednak zamierzał się nad tym spuszczać? Nie.
- Nie sądzę, bym potrzebował od ciebie jakichkolwiek dodatkowych informacji - stwierdził, w dalszym ciągu patrząc prosto w ciemne oczy Bletchleyówny. - Logicznie rzecz biorąc, raczej jest w drugą stronę - to ona teoretycznie mogłaby potrzebować informacji od niego, oboje zdawali sobie sprawę, na jaki temat, ale jednocześnie w tym wypadku także nie uważał, by zamierzała o cokolwiek go pytać.
Znał Prudence. Raczej nie zwykła pchać się z butami w cudzą prywatność. Nawet wtedy, gdy rzeczywiście miałaby ku temu całkiem solidne podstawy. W jego własnych oczach, momentami robiła sobie tym krzywdę, bowiem zdecydowanie powinna baczyć również na samą siebie, dociekając niektórych kwestii, które mogłyby uchronić ją w przyszłości. Ale czy zamierzał na siłę zmieniać jej podejście? Niekoniecznie. Robiła to, co chciała.
- Wiem, co mi na to odpowiesz - rzucił cicho, na kilka sekund unosząc jeden kącik ust. - Wiem, że nie jesteś taka - i w istocie nie musiała być inna, wychowywanie jej nie było jego zadaniem.
Zresztą, miała tylko jakieś trzydzieści procent szans na to, że faktycznie odpowiedziałby na jakiekolwiek pytania z jej strony. Miał dosyć twarde, konkretne podejście do rozmów na temat innych ludzi, szczególnie z jego najbliższego otoczenia. Nie wątpił, że dziewczyna zdawała sobie z tego sprawę już od samego początku ich znajomości.
- Więc możemy ująć to tak - kontynuował spokojnie, bez cienia oporów czy zdenerwowania.
To nie było nic takiego, prawda? Ot. Ich wspólna natura. Paradoksalnie, ze wszystkich osób obecnych wtedy w posiadłości, nie trafiła zupełnie najgorzej.
- Możesz pytać, co widziałem i co wiem. Teraz albo do końca dnia. Jeśli tego nie zrobisz, nie było tematu - brzmiało jak uczciwa oferta.
Wyjątkowo szeroka, zwłaszcza jak na niego. Nie rzucał ich często, ale to była ta wyjątkowa sytuacja.
Mogli rozmawiać. Owszem. Nieczęsto uciekał się do nagłych zmian tematu, gdy już zaczęli o czymś dyskutować. Nie miał oporów przed tym, by mówić dziewczynie różne rzeczy, także te niekoniecznie przyjemne. Dla niego, dla niej, dla otoczenia. Tego poranka padło chyba na nich oboje. W końcu sam też nie był specjalnie zadowolony z tego, że znalazł się w jej małych bucikach i przez dłuższą chwilę nie czuł się sobą.
- Mhm - przytaknął bez wahania, nie odwracając wzroku ani nie opuszczając głowy, bo czemuż miałby to robić?
To nie tak, że jakoś wyjątkowo chciał, żeby to miało miejsce. Nie planował tego, co się stało. Nie przeszło mu przez głowę, że powinien spróbować wykorzystać pierścionek Prudence, aby znaleźć ją i Romulusa. Tak po prawdzie, nawet nie miał czasu, by wziąć pod uwagę podobną opcję. Gdyby jednak sytuacja rozegrała się inaczej, czy byłby za tym, żeby to zrobić?
Niekoniecznie. Niekoniecznie tak, niekoniecznie nie. Po prostu niekoniecznie. Z pewnością nie byłoby to jego pierwszym rozwiązaniem. Czy słusznie? Nie zamierzał tego analizować. Nie miał raczej zapędów, by być detektywem-amatorem ochoczo wykorzystującym przyrodzone mu umiejętności w celu rozwiązywania zagadek. To było zresztą jego pierwsze podobne zaginięcie.
Jasne, chciał dowiedzieć się, co spotkało tych dwoje. Zamierzał działać, ale nie był typem, który robił z siebie męczennika. Jeśli istniałaby inna logiczna opcja, nie postanowiłby poświęcić się w imię akcji ratunkowej. Szczególnie, że nie uważał tego za zbyt przyjemny pakiet doznań, nawet jeśli te konkretne raczej nie były wybitnie nieprzyjemne.
Nie chciał jednak celowo wchodzić w buty kogoś, kogo znał i czyich introspekcji zdecydowanie nie potrzebował do szczęścia. Nie musiał zbierać haków na Prudence. Nie dawała mu do tego żadnych powodów. Jeśli zaś chodziło o jego prywatne poglądy, dosyć daleko było mu do typowego plotkarza, który głęboko interesował się życiem i powiązaniami ludzi dookoła niego.
Po prawdzie, szczerze nie obchodziło go, kto z kim sypia i kto kogo faktycznie wyciąga na schadzki. Jasne, nie mógł darować sobie tamtego drobnego nawiązania do zmiany w relacji tych konkretnych osób. To było po prostu zbyt dobre, żeby zupełnie zignorować ironię losu, jaka za tym szła. Czy jednak zamierzał się nad tym spuszczać? Nie.
- Nie sądzę, bym potrzebował od ciebie jakichkolwiek dodatkowych informacji - stwierdził, w dalszym ciągu patrząc prosto w ciemne oczy Bletchleyówny. - Logicznie rzecz biorąc, raczej jest w drugą stronę - to ona teoretycznie mogłaby potrzebować informacji od niego, oboje zdawali sobie sprawę, na jaki temat, ale jednocześnie w tym wypadku także nie uważał, by zamierzała o cokolwiek go pytać.
Znał Prudence. Raczej nie zwykła pchać się z butami w cudzą prywatność. Nawet wtedy, gdy rzeczywiście miałaby ku temu całkiem solidne podstawy. W jego własnych oczach, momentami robiła sobie tym krzywdę, bowiem zdecydowanie powinna baczyć również na samą siebie, dociekając niektórych kwestii, które mogłyby uchronić ją w przyszłości. Ale czy zamierzał na siłę zmieniać jej podejście? Niekoniecznie. Robiła to, co chciała.
- Wiem, co mi na to odpowiesz - rzucił cicho, na kilka sekund unosząc jeden kącik ust. - Wiem, że nie jesteś taka - i w istocie nie musiała być inna, wychowywanie jej nie było jego zadaniem.
Zresztą, miała tylko jakieś trzydzieści procent szans na to, że faktycznie odpowiedziałby na jakiekolwiek pytania z jej strony. Miał dosyć twarde, konkretne podejście do rozmów na temat innych ludzi, szczególnie z jego najbliższego otoczenia. Nie wątpił, że dziewczyna zdawała sobie z tego sprawę już od samego początku ich znajomości.
- Więc możemy ująć to tak - kontynuował spokojnie, bez cienia oporów czy zdenerwowania.
To nie było nic takiego, prawda? Ot. Ich wspólna natura. Paradoksalnie, ze wszystkich osób obecnych wtedy w posiadłości, nie trafiła zupełnie najgorzej.
- Możesz pytać, co widziałem i co wiem. Teraz albo do końca dnia. Jeśli tego nie zrobisz, nie było tematu - brzmiało jak uczciwa oferta.
Wyjątkowo szeroka, zwłaszcza jak na niego. Nie rzucał ich często, ale to była ta wyjątkowa sytuacja.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down