24.07.2025, 19:28 ✶
Wbrew pozorom, posiadanie kija w dupie wcale nie było jakąkolwiek wadą. Nie brał się tam w końcu zupełnie bez powodu i potrzeby, przynajmniej u większości racjonalnych ludzi. Bywały okoliczności, w których należało zachowywać się w określony, często bardzo sztywny i oficjalny sposób, by nie musieć mierzyć się z konsekwencjami bycia aż nazbyt miękkim i przyjacielskim. W ich świecie pozory często odpowiadały za czyjeś być albo nie być. Nie chodziło przy tym wyłącznie o czarodziejów czystej krwi czy tak zwaną elitę. Nie.
Na pewnym etapie życia niemal każdy musiał przyjąć jakąś oficjalną narrację. Stać się kimś dla otoczenia, dla ludzi na zewnątrz, dla sąsiadów, znajomych z pracy i obcych. Dla gawiedzi mającej to do siebie, że sama także lubiła przypinać ludziom konkretne plakietki i wykorzystywać ewentualne słabości. Dużo korzystniej było samemu przyszyć sobie łatkę, nawet jeśli czasami nie była ona zupełnie zgodna z naturą danego człowieka.
Ambroise był...
...trudno byłoby mu powiedzieć, że szczególnie przyjacielski. W rzeczy samej, nie potrzebował zbyt wielu przyjaciół. Jednakże nie czuł również satysfakcji z robienia sobie wrogów. Tak, czasami ktoś sam prosił się o to, by zostać ustawionym do pionu. Bywały takie momenty, kiedy zignorowanie czyjegoś chujowego zachowania było wręcz niedopuszczalne. Niektórych osób po prostu nie dawało się traktować neutralnie.
Jednak w gruncie rzeczy, jego domyślnym stanem była raczej obojętność wobec otoczenia. Ot, gładka neutralność. Nie miał potrzeby stałego otaczania się wianuszkiem wyznawców, tak jak nie uważał, że musi być z kimś w teatralnie dramatycznym konflikcie, aby żyć. W całkowicie codziennych stosunkach mógł jawić się jako dosyć chłodny, co na ogół przychodziło mu raczej instynktownie.
Nie krył się, nie wycofywał, nie miał tendencji do wtapiania się w ściany. Nie wyglądał na zalęknionego, bo i taki nie był. Nie uciekał z towarzystwa, nie obawiał się ewentualnej konfrontacji. Dosyć jasno i wyraźnie zaznaczał swoje opinie, nie krył się ze znaczną częścią wyznawanego światopoglądu, o ile nie uważał, że niekorzystnie było o czymś mówić.
Z drugiej strony, częściej niż rzadziej zdarzało mu się przybierać znacznie bardziej towarzyską maskę. Nie miał zbyt wielkiego problemu z udawaniem kogoś, kto jest całkowicie zaangażowanym uczestnikiem rozmowy. Potrafił błyszczeć, zwracać na siebie uwagę, czarować i zjednywać sobie ludzi. Z pozoru nie miał wtedy kija w dupie.
No tak. Właśnie. Z pozoru. W istocie po prostu pilnował tego, by dopasowywać zachowania do persony, jaką tworzy. Miał być dziedzicem rodu? Był dziedzicem rodu. Co prawda, przy okazji potrafiąc bawić się złudzeniami na swój temat, jakie tworzył. Umiejąc całkiem zgrabnie dawać ludziom pożywkę do gadania, starając się przez większość czasu być tym, który w istocie rozdaje karty. Tyle tylko, że czasem było to nużące.
Dokładnie tak jak zgrywanie tego poważnego, całkowicie racjonalnego człowieka. Zupełnie jak momenty, gdy spuszczał ze smyczy najgorszą stronę swojego charakteru, pozwalając sobie na bycie całkowitym skurwielem. Kawałem chuja i drania. Tym straszakiem na ludzi usiłujących skakać wyżej niż są w stanie. Tak, poniekąd wtedy także niezupełnie pozbywał się kija z dupy.
Tak naprawdę zupełnie relaksował się wyłącznie wtedy, kiedy znajdował się w bardzo wąskim gronie najbliższych mu ludzi. I nie, nawet niekoniecznie rodzinnym, bowiem rodzina także zwykła stawiać mu wygórowane wymagania, mimo wszystkich benefiów, jakie teoretycznie otrzymywał z tego tytułu. Doceniał pozostałych członków rodu, miał z nimi bliskie relacje, ale prawda była taka, że do tej pory wyłącznie dwie osoby znały go od każdej możliwej strony. W tym tej bardziej miękkiej, całkowicie pozbawionej jakichkolwiek śladów systemów obronnych.
Prudence? Prudence nie była trzecia. Ze wszystkim, co wiedziała na jego temat. Przy tajemnicach, które sobie powierzali. Przy wspólnych interesach, wraz z brudnymi sekretami i rzeczami, których wypłynięcie na wierzch mogłoby co najmniej skończyć się dla nich błyskawiczną drogą do sal sądowych Ministerstwa. Bletchleyówna nie znała go od tej bardziej ugodowej strony.
Nie znała go pomiędzy czterema ścianami szczęśliwego domu sprzed lat. Nie miała okazji dowiedzieć się, w jaki sposób zachowywał się, kiedy pozwalał sobie odpuścić jakiekolwiek rozważania na temat teraźniejszości. Gdy żył. Tak naprawdę żył. Nie poznała go takiego i nie miała go takiego znać. Nawet jeśli zbliżyła się do jego przyjaciela.
Bo byli sojusznikami. Bo nie zamierzał łączyć interesów i prywaty. Nie z kimś, kto w zupełności odpowiadał mu w roli, jaką wyznaczyli sobie nawzajem. Więc nie. Mogli rozmawiać ze sobą nawzajem, mogli pić kawę, przekomarzać się od czasu do czasu jak starzy znajomi. Mogli spędzać ze sobą tyle czasu, ile potrzebowała ich relacja. Być względnie neutralnie przyjacielscy wobec siebie nawzajem.
Ale nie była jego przyjaciółką. Nie była jego przybraną siostrą z innej marki. Zresztą Nora także nie znała go od niektórych stron, nie wiedziała o wszystkim, bo nie powinna tego wiedzieć. Jeśli wyciągał przy Prue kija z dupy, wciąż kontrolował swoje niektóre zachowania. Nie tracił czujności, po prostu ją przygaszał. I miał podstawy sądzić, że ona postępuje dokładnie tak samo.
W końcu w gruncie rzeczy byli do siebie bardziej podobni niż mogłoby się zdawać. Szczególnie na tym najbardziej prozaicznym, podstawowym poziomie. Cała reszta? Była wynikiem doświadczeń. A tych bez wątpienia nie brakowało im obojgu.
W pewnym sensie cieszył się z tego, że Bletchleyówna w tym momencie postanowiła dostrzegalnie pozwolić sobie na więcej. Zachowywała się inaczej, podejmowała decyzje w zgodzie z czymś, co nie było dla niej typowe. Nie dało się nie dostrzec, że poza tamtą sytuacją, Prue wyglądała na szczęśliwszą. Kimże więc byłby, gdyby postanowił ukrócać jej radość swoimi komentarzami na temat czegoś, co nie było jego sprawą?
Oczywiście, powiedział zdanie bądź dwa. Z pewnością zamierzał w dalszym ciągu odnosić się do tej nowej, lekko nieprzewidzianej konfiguracji, jaka powstała podczas tego tygodnia. Nie byłby sobą, gdyby zupełnie darował sobie te drobne podszczypnięcia, tycie szpileczki. A jednak nie był w tym nieprzychylny. Cokolwiek widział i wiedział, miało to pozostać we wnętrzu jego własnej głowy.
Lekki kontrast dla wielu innych obrazów i doznań, jakie w ostatnich dniach miały okazję wyryć się w jego pamięci. Tak, może bycie Prudence nie należało do najchętniej przyjmowanych doznań, ale w gruncie rzeczy, jeśli potrzebowałby o czymś zapomnieć to raczej nie było to w pierwszej dziesiątce jego życzeń.
Mung po pożarach...
...oboje doświadczyli tego, jak wtedy wyglądał szpital, czyż nie? Byli tam wtedy. W samym sercu chaosu. I oboje musieli radzić sobie z konsekwencjami tamtego dnia. Czy to powracając do murów Munga, czy też zajmując się tymi, którym już nie mogli pomóc uzdrowiciele. Tak, nie wybrali sobie łatwego zawodu. Z drugiej strony, czy gdyby mogli to teraz zmienić, faktycznie by to zrobili?
Odpowiedź nasuwała się sama. Nie musiał nad nią myśleć. Po prostu kiwnął głową. Poważnie, upijając łyk kawy i przesuwając dzbanek bliżej Prudence. Napój wewnątrz wciąż jeszcze był całkiem ciepły.
- Tak, Mung też - nie dało się tego ukryć, czyż nie?
Nawet ze wsparciem ze strony innych placówek, z pewnością nadal panował tam chaos. Ta sytuacja nie miała ulec rychłej zmianie. Szczególnie, że pożary nadszarpnęły nie tylko siły pracowników, lecz także zapasy i budżet szpitala.
- Cokolwiek tam zastaniesz, nie będzie gorsze od tego, co już widziałaś - nie próbował nieudolnie pocieszać Prudence, nie miał takiej intencji, bo nie tego od niego oczekiwała, ale te słowa wypowiedział wyjątkowo łagodnie.
Tym bardziej jak na siebie, nawet jeśli nie w tonie sugerującym chęć poklepania dziewczyny po głowie. Oboje byli dorośli. Zdawali sobie sprawę z tego, w jakich czasach przyszło im żyć. Z tego, że z miesiąca na miesiąc, jeśli tylko mogło być gorzej to w istocie było gorzej. Wbrew pozorom, zdolność widmowidzenia także nie była zbytnią pomocą w obliczu tak wszechobecnej śmierci. Być może uczyła z nią obcować, ale to wszystko zdecydowanie wykraczało poza to, co zazwyczaj przychodziło im widywać w wizjach przeszłości.
- Cornelius wie? - Nigdy wcześniej nie czuł się zobowiązany, aby o to pytać, ale tym razem oboje raczej zdawali sobie sprawę z tego, czemu te słowa w ogóle opuściły usta Ambroisa.
Nawet dla kogoś tak obeznanego z działaniem własnych wrodzonych umiejętności, istniało naprawdę duże ryzyko, że Prudence przydarzy się coś, czego nie chciała. Przy tylu martwych, tak wielu emocjach i tragediach, to było raczej kiedy, nie czy. I tak, on sam także zdawał sobie sprawę z tego, że nie dotyczyło to wyłącznie Bletchleyówny. A jednak nie zamierzał tego mówić. Przynajmniej nie teraz. Mieli sobie poradzić, czyż nie? Po prostu chciał wiedzieć, czy Prue miała w kostnicy kogoś, kto mógłby wesprzeć ją w sytuacji, w której ściany zawalą jej się na głowę.
Na pewnym etapie życia niemal każdy musiał przyjąć jakąś oficjalną narrację. Stać się kimś dla otoczenia, dla ludzi na zewnątrz, dla sąsiadów, znajomych z pracy i obcych. Dla gawiedzi mającej to do siebie, że sama także lubiła przypinać ludziom konkretne plakietki i wykorzystywać ewentualne słabości. Dużo korzystniej było samemu przyszyć sobie łatkę, nawet jeśli czasami nie była ona zupełnie zgodna z naturą danego człowieka.
Ambroise był...
...trudno byłoby mu powiedzieć, że szczególnie przyjacielski. W rzeczy samej, nie potrzebował zbyt wielu przyjaciół. Jednakże nie czuł również satysfakcji z robienia sobie wrogów. Tak, czasami ktoś sam prosił się o to, by zostać ustawionym do pionu. Bywały takie momenty, kiedy zignorowanie czyjegoś chujowego zachowania było wręcz niedopuszczalne. Niektórych osób po prostu nie dawało się traktować neutralnie.
Jednak w gruncie rzeczy, jego domyślnym stanem była raczej obojętność wobec otoczenia. Ot, gładka neutralność. Nie miał potrzeby stałego otaczania się wianuszkiem wyznawców, tak jak nie uważał, że musi być z kimś w teatralnie dramatycznym konflikcie, aby żyć. W całkowicie codziennych stosunkach mógł jawić się jako dosyć chłodny, co na ogół przychodziło mu raczej instynktownie.
Nie krył się, nie wycofywał, nie miał tendencji do wtapiania się w ściany. Nie wyglądał na zalęknionego, bo i taki nie był. Nie uciekał z towarzystwa, nie obawiał się ewentualnej konfrontacji. Dosyć jasno i wyraźnie zaznaczał swoje opinie, nie krył się ze znaczną częścią wyznawanego światopoglądu, o ile nie uważał, że niekorzystnie było o czymś mówić.
Z drugiej strony, częściej niż rzadziej zdarzało mu się przybierać znacznie bardziej towarzyską maskę. Nie miał zbyt wielkiego problemu z udawaniem kogoś, kto jest całkowicie zaangażowanym uczestnikiem rozmowy. Potrafił błyszczeć, zwracać na siebie uwagę, czarować i zjednywać sobie ludzi. Z pozoru nie miał wtedy kija w dupie.
No tak. Właśnie. Z pozoru. W istocie po prostu pilnował tego, by dopasowywać zachowania do persony, jaką tworzy. Miał być dziedzicem rodu? Był dziedzicem rodu. Co prawda, przy okazji potrafiąc bawić się złudzeniami na swój temat, jakie tworzył. Umiejąc całkiem zgrabnie dawać ludziom pożywkę do gadania, starając się przez większość czasu być tym, który w istocie rozdaje karty. Tyle tylko, że czasem było to nużące.
Dokładnie tak jak zgrywanie tego poważnego, całkowicie racjonalnego człowieka. Zupełnie jak momenty, gdy spuszczał ze smyczy najgorszą stronę swojego charakteru, pozwalając sobie na bycie całkowitym skurwielem. Kawałem chuja i drania. Tym straszakiem na ludzi usiłujących skakać wyżej niż są w stanie. Tak, poniekąd wtedy także niezupełnie pozbywał się kija z dupy.
Tak naprawdę zupełnie relaksował się wyłącznie wtedy, kiedy znajdował się w bardzo wąskim gronie najbliższych mu ludzi. I nie, nawet niekoniecznie rodzinnym, bowiem rodzina także zwykła stawiać mu wygórowane wymagania, mimo wszystkich benefiów, jakie teoretycznie otrzymywał z tego tytułu. Doceniał pozostałych członków rodu, miał z nimi bliskie relacje, ale prawda była taka, że do tej pory wyłącznie dwie osoby znały go od każdej możliwej strony. W tym tej bardziej miękkiej, całkowicie pozbawionej jakichkolwiek śladów systemów obronnych.
Prudence? Prudence nie była trzecia. Ze wszystkim, co wiedziała na jego temat. Przy tajemnicach, które sobie powierzali. Przy wspólnych interesach, wraz z brudnymi sekretami i rzeczami, których wypłynięcie na wierzch mogłoby co najmniej skończyć się dla nich błyskawiczną drogą do sal sądowych Ministerstwa. Bletchleyówna nie znała go od tej bardziej ugodowej strony.
Nie znała go pomiędzy czterema ścianami szczęśliwego domu sprzed lat. Nie miała okazji dowiedzieć się, w jaki sposób zachowywał się, kiedy pozwalał sobie odpuścić jakiekolwiek rozważania na temat teraźniejszości. Gdy żył. Tak naprawdę żył. Nie poznała go takiego i nie miała go takiego znać. Nawet jeśli zbliżyła się do jego przyjaciela.
Bo byli sojusznikami. Bo nie zamierzał łączyć interesów i prywaty. Nie z kimś, kto w zupełności odpowiadał mu w roli, jaką wyznaczyli sobie nawzajem. Więc nie. Mogli rozmawiać ze sobą nawzajem, mogli pić kawę, przekomarzać się od czasu do czasu jak starzy znajomi. Mogli spędzać ze sobą tyle czasu, ile potrzebowała ich relacja. Być względnie neutralnie przyjacielscy wobec siebie nawzajem.
Ale nie była jego przyjaciółką. Nie była jego przybraną siostrą z innej marki. Zresztą Nora także nie znała go od niektórych stron, nie wiedziała o wszystkim, bo nie powinna tego wiedzieć. Jeśli wyciągał przy Prue kija z dupy, wciąż kontrolował swoje niektóre zachowania. Nie tracił czujności, po prostu ją przygaszał. I miał podstawy sądzić, że ona postępuje dokładnie tak samo.
W końcu w gruncie rzeczy byli do siebie bardziej podobni niż mogłoby się zdawać. Szczególnie na tym najbardziej prozaicznym, podstawowym poziomie. Cała reszta? Była wynikiem doświadczeń. A tych bez wątpienia nie brakowało im obojgu.
W pewnym sensie cieszył się z tego, że Bletchleyówna w tym momencie postanowiła dostrzegalnie pozwolić sobie na więcej. Zachowywała się inaczej, podejmowała decyzje w zgodzie z czymś, co nie było dla niej typowe. Nie dało się nie dostrzec, że poza tamtą sytuacją, Prue wyglądała na szczęśliwszą. Kimże więc byłby, gdyby postanowił ukrócać jej radość swoimi komentarzami na temat czegoś, co nie było jego sprawą?
Oczywiście, powiedział zdanie bądź dwa. Z pewnością zamierzał w dalszym ciągu odnosić się do tej nowej, lekko nieprzewidzianej konfiguracji, jaka powstała podczas tego tygodnia. Nie byłby sobą, gdyby zupełnie darował sobie te drobne podszczypnięcia, tycie szpileczki. A jednak nie był w tym nieprzychylny. Cokolwiek widział i wiedział, miało to pozostać we wnętrzu jego własnej głowy.
Lekki kontrast dla wielu innych obrazów i doznań, jakie w ostatnich dniach miały okazję wyryć się w jego pamięci. Tak, może bycie Prudence nie należało do najchętniej przyjmowanych doznań, ale w gruncie rzeczy, jeśli potrzebowałby o czymś zapomnieć to raczej nie było to w pierwszej dziesiątce jego życzeń.
Mung po pożarach...
...oboje doświadczyli tego, jak wtedy wyglądał szpital, czyż nie? Byli tam wtedy. W samym sercu chaosu. I oboje musieli radzić sobie z konsekwencjami tamtego dnia. Czy to powracając do murów Munga, czy też zajmując się tymi, którym już nie mogli pomóc uzdrowiciele. Tak, nie wybrali sobie łatwego zawodu. Z drugiej strony, czy gdyby mogli to teraz zmienić, faktycznie by to zrobili?
Odpowiedź nasuwała się sama. Nie musiał nad nią myśleć. Po prostu kiwnął głową. Poważnie, upijając łyk kawy i przesuwając dzbanek bliżej Prudence. Napój wewnątrz wciąż jeszcze był całkiem ciepły.
- Tak, Mung też - nie dało się tego ukryć, czyż nie?
Nawet ze wsparciem ze strony innych placówek, z pewnością nadal panował tam chaos. Ta sytuacja nie miała ulec rychłej zmianie. Szczególnie, że pożary nadszarpnęły nie tylko siły pracowników, lecz także zapasy i budżet szpitala.
- Cokolwiek tam zastaniesz, nie będzie gorsze od tego, co już widziałaś - nie próbował nieudolnie pocieszać Prudence, nie miał takiej intencji, bo nie tego od niego oczekiwała, ale te słowa wypowiedział wyjątkowo łagodnie.
Tym bardziej jak na siebie, nawet jeśli nie w tonie sugerującym chęć poklepania dziewczyny po głowie. Oboje byli dorośli. Zdawali sobie sprawę z tego, w jakich czasach przyszło im żyć. Z tego, że z miesiąca na miesiąc, jeśli tylko mogło być gorzej to w istocie było gorzej. Wbrew pozorom, zdolność widmowidzenia także nie była zbytnią pomocą w obliczu tak wszechobecnej śmierci. Być może uczyła z nią obcować, ale to wszystko zdecydowanie wykraczało poza to, co zazwyczaj przychodziło im widywać w wizjach przeszłości.
- Cornelius wie? - Nigdy wcześniej nie czuł się zobowiązany, aby o to pytać, ale tym razem oboje raczej zdawali sobie sprawę z tego, czemu te słowa w ogóle opuściły usta Ambroisa.
Nawet dla kogoś tak obeznanego z działaniem własnych wrodzonych umiejętności, istniało naprawdę duże ryzyko, że Prudence przydarzy się coś, czego nie chciała. Przy tylu martwych, tak wielu emocjach i tragediach, to było raczej kiedy, nie czy. I tak, on sam także zdawał sobie sprawę z tego, że nie dotyczyło to wyłącznie Bletchleyówny. A jednak nie zamierzał tego mówić. Przynajmniej nie teraz. Mieli sobie poradzić, czyż nie? Po prostu chciał wiedzieć, czy Prue miała w kostnicy kogoś, kto mógłby wesprzeć ją w sytuacji, w której ściany zawalą jej się na głowę.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down