27.07.2025, 15:33 ✶
Śladem za cudzym snem, dopiero z czasem Mona zaczęła nieśmiało bywać w The Globe. W gruncie rzeczy przez lata myślała, że to rezerwat w Walii był jedynym miejscem, które ją ukształtowało. Pewnego dnia, gdy siedziała natomiast na publiczności, obserwując sztukę na starych deskach teatru, uderzyła ją nostalgia. Teatr także ją pamiętał i nosił ją gdzieś w sobie — tak jak nosił jej matkę.
Elizabeth z domu Selwyn odeszła z The Globe, zostawiła za sobą kurz i reflektory. Zaszyła się w zieleni ze swoim mężem tylko po to, aby na końcu stracić życie przez stworzenie, które jej jedyna córka tak sobie ukochała. Niektórzy artyści dostrzegliby w tym pewne piękno. Szkoda tylko, że Mona nie wierzyła w piękno śmierci, bo góry rzadko oddawały to, co zabierały, a smoki nie znały litości. Obecność przyjaciół i rodziny natomiast pomagała jej oddzielić dziwnie nienazwany żal od tego, że za każdym razem czuła się jak intruz, kiedy przekraczała próg budynku.
Rudowłosa kobieta weszła tylnym wejściem, które było tym samym, pokazanym jej przez Alice Bletchley. Tym razem musiała oddać kobiecie najnowszy tom Kronik, które od niej pożyczyła, a chcąc być dobrą koleżanką, postanowiła to zrobić w wolnej chwili.
— Mathilda? Hannibal? — rzuciła, wychylając się zza zakrętu wąskiego korytarza, gdzie usłyszała znajome głosy. — Dobrze was widzieć. Widzieliście może gdzieś Alice?
Rowle zmarszczyła brwi. Coś było nie tak.
— Na bogów, czy ty krwawisz?! Co się stało? — głos Mony przeszedł ze zdumienia w ostre napięcie. W jednej chwili pokonała dzielącą ich odległość. Zmartwiona ujęła twarz koleżanki, a następnie posłała Hannibalowi zszokowane spojrzenie. — Han, co żeś zrobił! Mówiłam ci, że nie każdy jest taki skory do bycia biczowanym! Nigdy mnie nie przekonywał ten koncept przemocy symbolicznej…
Elizabeth z domu Selwyn odeszła z The Globe, zostawiła za sobą kurz i reflektory. Zaszyła się w zieleni ze swoim mężem tylko po to, aby na końcu stracić życie przez stworzenie, które jej jedyna córka tak sobie ukochała. Niektórzy artyści dostrzegliby w tym pewne piękno. Szkoda tylko, że Mona nie wierzyła w piękno śmierci, bo góry rzadko oddawały to, co zabierały, a smoki nie znały litości. Obecność przyjaciół i rodziny natomiast pomagała jej oddzielić dziwnie nienazwany żal od tego, że za każdym razem czuła się jak intruz, kiedy przekraczała próg budynku.
Rudowłosa kobieta weszła tylnym wejściem, które było tym samym, pokazanym jej przez Alice Bletchley. Tym razem musiała oddać kobiecie najnowszy tom Kronik, które od niej pożyczyła, a chcąc być dobrą koleżanką, postanowiła to zrobić w wolnej chwili.
— Mathilda? Hannibal? — rzuciła, wychylając się zza zakrętu wąskiego korytarza, gdzie usłyszała znajome głosy. — Dobrze was widzieć. Widzieliście może gdzieś Alice?
Rowle zmarszczyła brwi. Coś było nie tak.
— Na bogów, czy ty krwawisz?! Co się stało? — głos Mony przeszedł ze zdumienia w ostre napięcie. W jednej chwili pokonała dzielącą ich odległość. Zmartwiona ujęła twarz koleżanki, a następnie posłała Hannibalowi zszokowane spojrzenie. — Han, co żeś zrobił! Mówiłam ci, że nie każdy jest taki skory do bycia biczowanym! Nigdy mnie nie przekonywał ten koncept przemocy symbolicznej…
jaskółka, czarny brylant,
wrzucony tu przez diabła
wrzucony tu przez diabła