27.07.2025, 18:02 ✶
Naprawdę nie wątpił w to, że wybór dokonany przez Geraldine był merytorycznie właściwy, poparty faktyczną szeroką wiedzą na temat magicznych i niemagicznych stworzeń, jaki posiadała i rozszerzała od wielu lat. Śmiał jedynie lekko kwestionować to, czy aby na pewno nie istniała żadna alternatywa dla tej nieszczęsnej ośmiornicy, która ze wszystkimi swoimi zaletami i zdolnościami wymienionymi przez dziewczynę, po prostu nie brzmiała zbyt atrakcyjnie. No, na pewno nie tak jak rekin albo wąż morski.
Ośmiornice być może mogły kojarzyć się z gigantycznymi stworzeniami oplatającymi statki i ciągnącymi je na dno. Z mitycznym Krakenem i tak dalej. Śmiał jednak głęboko wątpić w to, że to o tej skali ataku i zniszczenia z zaskoczenia myślała jego luba. Patrząc jej prosto w oczy i dostrzegając wyraz twarzy Yaxleyówny czy choćby sposób, w jaki unosiła brwi albo układała wargi, dopatrywał się u niej raczej innego toku myślenia. Może nie przypisywała mu ośmiorniczki. Niedużej, tyciej, zabójczo precyzyjnej mikro maszyny do zabijania, ale to i tak nie brzmiało zbyt ekscytująco czy nawet poważnie. Przynajmniej nie w jego uszach.
Tak, pokręcił głową. Nie, niespecjalnie go przekonała. Nawet nie próbował tego ukryć, tym bardziej, że moment później z jego ust padło coś, czego nie zamierzał powstrzymać.
- Pozwól, że mimo wszystko nie pociągnę tematu i nie spytam, co lądowego albo latającego byś mi przypisała - mimo wszystko, leciutko drgnęły mu przy tym kąciki ust, bowiem zdecydowanie spodziewał się tego, że Rina byłaby przy tym równie kreatywna.
Niechybnie znalazłaby równie ciekawe odpowiedniki tej nieszczęsnej ośmiornicy. Chodzące na czterech, sześciu czy ośmiu nogach. Kto wie, może nawet na ich większej liczbie. W końcu nie miał żadnej gwarancji, że nie istnieje jakaś lądowa bestia przypominająca tę podwodną, co nakazywałoby dać mu kolejne osiem ramion. Skrzydła raczej miałby dwa, choć tu także tak naprawdę cholera wiedziała. No, nie był ekspertem od stworzeń, zdecydowanie dużo bardziej znał się na roślinach.
O tym zaś już kiedyś rozmawiali, czyż nie? Co prawda, w zupełnie innych okolicznościach i nastrojach, nie znając się aż tak dogłębnie, zdecydowanie nie od tej partnerskiej, romantycznej strony. Jednakże zapytany poniekąd podtrzymałby swoje zdanie odnośnie tego, czym była. Wbrew powszechnej opinii otoczenia, która w dalszym ciągu malowała się zupełnie błędnie.
Tak, życie lubiło zaskakiwać.
- Mhm, kto by pomyślał, że tak bardzo mnie słuchasz - uśmiechnął się pod nosem, przypatrując się dziewczynie kątem oka spod uniesionej brwi.
Oczywiście, że to była jego narracja. Jego błędny punkt widzenia. Jego pesymistyczno-realistyczne założenia, ku którym miał tendencje w przeciągu zdecydowanie dłużej niż tylko ostatniego tygodnia. To była też jego ich klątwa, którą Rina tak gładko złamała jedną wizytą u specjalistki od klątwołamania. Jakżeby mógł sprzeczać się z nią teraz, skoro to w istocie były fakty. No, przynajmniej do pewnego stopnia, bo gdzieś tam pod skórą nadal uważał, że było w tym wszystkim coś, o czym nie powiedziała im Flo.
Ich wizyta była poniekąd dosyć krótka i raczej niezbyt skupiona wokół dialogu. Nie ukrywał, że miał swój własny wkład (albo raczej zupełny brak wkładu) w to, w jaki sposób wyglądała. Nie uważał jednak, aby potrzebowali kontynuować temat z przyjaciółką Geraldine. Zdecydowanie mogli sami dodatkowo zaczerpnąć tyle informacji, ile potrzebowali i kiedy potrzebowali. Aktualnie? Może trochę podpuszczał dziewczynę, ale zdecydowanie nie musiał oglądać pod lupą tego wszystkiego, co stanowiło drugie dno ich relacji. Tej bardziej duchowej, mniej uświadomionej więzi, jaka ich ze sobą połączyła.
Kiedyś? Może tak, ale nie w tej chwili. Był pewien własnych uczuć. Równie mocno, co tego, że bez siebie nawzajem wcale nie mieli być szczęśliwsi, Rina nie miała być wolna od wszystkiego, co szło w pakiecie z ich relacją, nie miała być ani spokojniejsza, ani bardziej bezpieczna. Wręcz przeciwnie, oboje wyjątkowo malowniczo udowodnili sobie to, jak tak naprawdę wyglądały realia. Nie potrzebował dalej świrować. Nie miał zamiaru z tym walczyć.
- Myślę, że możemy darować sobie dalsze angażowanie Florence w nasze prywatne sprawy - nie ukrywał tego, że jakkolwiek pomocna była Flo, raczej nie widział jej w roli ich faktycznego stałego konsultanta w sprawach związkowych.
Klątwa czy nie klątwa (no, obecnie nie klątwa), raczej wolał skupić się na prostowaniu ich wspólnych spraw na własną rękę. Na przeżywaniu życia, nie na dyskutowaniu na temat wyborów, jakie mogli dokonywać. W wypadku tego, jak to określiła Rina, czemu byli przeznaczeni (to słowo akurat zabrzmiało wyjątkowo dobrze, zdecydowanie lepiej na głos) raczej wybierał improwizację.
Zawsze postępowali nieco na rympał, prawda? Łamali konwenanse, mieli w nosie opinię towarzystwa. Przeżyli tak naprawdę wiele lat. To im służyło, po prostu płynięcie z prądem. Znaki się przecież. Wiedzieli, jak ze sobą postępować. Na co mogą, a na co nie chcą sobie pozwalać, nieprawdaż?
- Temu czemu? - Spytał, nie próbując ukryć błysku, jaki pojawił się w jego oczach.
Oczywiście, że nadal ją podpuszczał. Nawet nie próbował ukrywać tego, czym dyktowane były jego słowa. Tak, poniekąd czekał na ten moment. Nie, sam nie do końca o tym wiedział. To nie było coś, czego był świadomy, jednak gdy już padło na głos, po prostu wiedział.
Tak, przeznaczenie w istocie było znacznie lepszym określeniem od skazania. Niosło ze sobą znacznie więcej pozytywnych emocji, szczególnie w tym konkretnym znaczeniu. Tu i teraz. Między nimi. Sam być może przez długi czas celowo unikał tego słowa. Wolał uznawać to za ich własną decyzję, za świadomy wybór, nie zaś za jakiś z góry napisany plan, jednak w gruncie rzeczy, czy jedno tak naprawdę wykluczało drugie?
Nie, nie sądził. Nie po tym wszystkim. Nie po słowach Florence. Nie po ich własnych doświadczeniach. Tak, zdecydowanie mieli wybór. Mogli przekonać się o tym na własnej skórze. Mogli w dalszym ciągu walczyć ze sobą nawzajem, doskonale wiedząc, gdzie należy zadać cios. Mogli iść dokładnie w tę narrację, usiłując pogłębić przepaść pomiędzy nimi, doprowadzać się na sam skraj. Mogli podjąć decyzję o fizycznym zdystansowanie się od siebie nawzajem. O braku kontaktu, o uciętych relacjach, niewysłanych listach, stłumionych słowach.
Oczywiście, że mogli zrobić to wszystko. To było w ich rękach. Nie potrafili być neutralni, nie mieli być wyłącznie przyjaciółmi, jakiekolwiek próby znalezienia wspólnego gruntu w ramach sojuszu także nie wchodziły w grę. Wzbudzali w sobie zbyt intensywne, nazbyt skrajne emocje. Jednakże dokładnie tak jak powiedziała to Flo: mogli nadal dystansować się od siebie, ponosząc koszty tej decyzji, zachowując się wbrew tej więzi, na sam koniec dnia będąc kurewsko nieszczęśliwi.
Tylko po co? Tak, dotarło to do niego. Nie zamierzał dłużej iść w narrację, która cholernie ich oboje krzywdziła. Wbrew pozorom, potrafił zmienić punkt widzenia. Szczególnie, gdy gdzieś pod skórą nigdy nie był przekonany do tamtej pierwotnej decyzji, gdy z tyłu głowy zawsze wiedział, że jest niewłaściwa.
- Tak. Tak brzmi lepiej. Zawsze będzie - przyznał, przesuwając powoli kciukiem po wierzchu dłoni dziewczyny, przenosząc spojrzenie na ich splecione palce i wpatrując się w nie przez dłuższą chwilę, zupełnie bez słowa. - Los bywa przekorny, nie sądzisz? To samo chyba tyczy się przeznaczenia - stwierdził w zamyśleniu, nieznacznie marszcząc przy tym brwi, gdy wreszcie ponownie otworzył usta. - Myślisz, że coś cię nie dotyczy, więc żyjesz po swojemu przez wiele lat. Przez dekady. Tylko po to, by jedna noc zmieniła wszystko. Zupełnie bez pytania - kontynuował cicho, bezwiednie przenosząc wzrok na horyzont.
Tam, gdzie jeszcze kilka minut wcześniej błyszczały pióropusze fajerwerków. Teraz niebo było ciemne. Przez chmury nie dało się dostrzec zbyt wielu gwiazd. Światło księżyca przebijało się na chwilę, aby zaraz ponownie zniknąć, ale ta noc i tak była zadziwiająco jasna. Spokojniejsza i bardziej senna niż mógłby założyć po początku wieczoru.
- A potem? Nawet nie wiesz, kiedy to się dzieje. Po prostu... ...budzisz się któregoś dnia i jest inaczej - to była dziwna konkluzja.
Nie pierwsza, jaką miał na ten temat. Z pewnością nie ostatnia, skoro mieli spędzić ze sobą resztę życia. Po prostu dziwna, osobliwie niewymuszona. Nie taka, z jaką należałoby walczyć. Już nie, nie teraz. Teraz zwyczajnie była. Niemalże tak samo fizycznie namacalna jak dotyk dłoni dziewczyny pod jego palcami. Ciepła i naturalna myśl o tym, że nie w ten sposób planował przeżyć swoje życie, gdy dorastał. Przez praktycznie dwadzieścia pięć lat przyjmował za pewnik to, że nie znajdzie się tu i teraz. Nie odda nikomu tej władzy, jaka sama wyślizgnęła mu się z palców. Podświadomie oddał ją tej jednej jedynej osobie. I ani trochę tego nie żałował.
Ośmiornice być może mogły kojarzyć się z gigantycznymi stworzeniami oplatającymi statki i ciągnącymi je na dno. Z mitycznym Krakenem i tak dalej. Śmiał jednak głęboko wątpić w to, że to o tej skali ataku i zniszczenia z zaskoczenia myślała jego luba. Patrząc jej prosto w oczy i dostrzegając wyraz twarzy Yaxleyówny czy choćby sposób, w jaki unosiła brwi albo układała wargi, dopatrywał się u niej raczej innego toku myślenia. Może nie przypisywała mu ośmiorniczki. Niedużej, tyciej, zabójczo precyzyjnej mikro maszyny do zabijania, ale to i tak nie brzmiało zbyt ekscytująco czy nawet poważnie. Przynajmniej nie w jego uszach.
Tak, pokręcił głową. Nie, niespecjalnie go przekonała. Nawet nie próbował tego ukryć, tym bardziej, że moment później z jego ust padło coś, czego nie zamierzał powstrzymać.
- Pozwól, że mimo wszystko nie pociągnę tematu i nie spytam, co lądowego albo latającego byś mi przypisała - mimo wszystko, leciutko drgnęły mu przy tym kąciki ust, bowiem zdecydowanie spodziewał się tego, że Rina byłaby przy tym równie kreatywna.
Niechybnie znalazłaby równie ciekawe odpowiedniki tej nieszczęsnej ośmiornicy. Chodzące na czterech, sześciu czy ośmiu nogach. Kto wie, może nawet na ich większej liczbie. W końcu nie miał żadnej gwarancji, że nie istnieje jakaś lądowa bestia przypominająca tę podwodną, co nakazywałoby dać mu kolejne osiem ramion. Skrzydła raczej miałby dwa, choć tu także tak naprawdę cholera wiedziała. No, nie był ekspertem od stworzeń, zdecydowanie dużo bardziej znał się na roślinach.
O tym zaś już kiedyś rozmawiali, czyż nie? Co prawda, w zupełnie innych okolicznościach i nastrojach, nie znając się aż tak dogłębnie, zdecydowanie nie od tej partnerskiej, romantycznej strony. Jednakże zapytany poniekąd podtrzymałby swoje zdanie odnośnie tego, czym była. Wbrew powszechnej opinii otoczenia, która w dalszym ciągu malowała się zupełnie błędnie.
Tak, życie lubiło zaskakiwać.
- Mhm, kto by pomyślał, że tak bardzo mnie słuchasz - uśmiechnął się pod nosem, przypatrując się dziewczynie kątem oka spod uniesionej brwi.
Oczywiście, że to była jego narracja. Jego błędny punkt widzenia. Jego pesymistyczno-realistyczne założenia, ku którym miał tendencje w przeciągu zdecydowanie dłużej niż tylko ostatniego tygodnia. To była też jego ich klątwa, którą Rina tak gładko złamała jedną wizytą u specjalistki od klątwołamania. Jakżeby mógł sprzeczać się z nią teraz, skoro to w istocie były fakty. No, przynajmniej do pewnego stopnia, bo gdzieś tam pod skórą nadal uważał, że było w tym wszystkim coś, o czym nie powiedziała im Flo.
Ich wizyta była poniekąd dosyć krótka i raczej niezbyt skupiona wokół dialogu. Nie ukrywał, że miał swój własny wkład (albo raczej zupełny brak wkładu) w to, w jaki sposób wyglądała. Nie uważał jednak, aby potrzebowali kontynuować temat z przyjaciółką Geraldine. Zdecydowanie mogli sami dodatkowo zaczerpnąć tyle informacji, ile potrzebowali i kiedy potrzebowali. Aktualnie? Może trochę podpuszczał dziewczynę, ale zdecydowanie nie musiał oglądać pod lupą tego wszystkiego, co stanowiło drugie dno ich relacji. Tej bardziej duchowej, mniej uświadomionej więzi, jaka ich ze sobą połączyła.
Kiedyś? Może tak, ale nie w tej chwili. Był pewien własnych uczuć. Równie mocno, co tego, że bez siebie nawzajem wcale nie mieli być szczęśliwsi, Rina nie miała być wolna od wszystkiego, co szło w pakiecie z ich relacją, nie miała być ani spokojniejsza, ani bardziej bezpieczna. Wręcz przeciwnie, oboje wyjątkowo malowniczo udowodnili sobie to, jak tak naprawdę wyglądały realia. Nie potrzebował dalej świrować. Nie miał zamiaru z tym walczyć.
- Myślę, że możemy darować sobie dalsze angażowanie Florence w nasze prywatne sprawy - nie ukrywał tego, że jakkolwiek pomocna była Flo, raczej nie widział jej w roli ich faktycznego stałego konsultanta w sprawach związkowych.
Klątwa czy nie klątwa (no, obecnie nie klątwa), raczej wolał skupić się na prostowaniu ich wspólnych spraw na własną rękę. Na przeżywaniu życia, nie na dyskutowaniu na temat wyborów, jakie mogli dokonywać. W wypadku tego, jak to określiła Rina, czemu byli przeznaczeni (to słowo akurat zabrzmiało wyjątkowo dobrze, zdecydowanie lepiej na głos) raczej wybierał improwizację.
Zawsze postępowali nieco na rympał, prawda? Łamali konwenanse, mieli w nosie opinię towarzystwa. Przeżyli tak naprawdę wiele lat. To im służyło, po prostu płynięcie z prądem. Znaki się przecież. Wiedzieli, jak ze sobą postępować. Na co mogą, a na co nie chcą sobie pozwalać, nieprawdaż?
- Temu czemu? - Spytał, nie próbując ukryć błysku, jaki pojawił się w jego oczach.
Oczywiście, że nadal ją podpuszczał. Nawet nie próbował ukrywać tego, czym dyktowane były jego słowa. Tak, poniekąd czekał na ten moment. Nie, sam nie do końca o tym wiedział. To nie było coś, czego był świadomy, jednak gdy już padło na głos, po prostu wiedział.
Tak, przeznaczenie w istocie było znacznie lepszym określeniem od skazania. Niosło ze sobą znacznie więcej pozytywnych emocji, szczególnie w tym konkretnym znaczeniu. Tu i teraz. Między nimi. Sam być może przez długi czas celowo unikał tego słowa. Wolał uznawać to za ich własną decyzję, za świadomy wybór, nie zaś za jakiś z góry napisany plan, jednak w gruncie rzeczy, czy jedno tak naprawdę wykluczało drugie?
Nie, nie sądził. Nie po tym wszystkim. Nie po słowach Florence. Nie po ich własnych doświadczeniach. Tak, zdecydowanie mieli wybór. Mogli przekonać się o tym na własnej skórze. Mogli w dalszym ciągu walczyć ze sobą nawzajem, doskonale wiedząc, gdzie należy zadać cios. Mogli iść dokładnie w tę narrację, usiłując pogłębić przepaść pomiędzy nimi, doprowadzać się na sam skraj. Mogli podjąć decyzję o fizycznym zdystansowanie się od siebie nawzajem. O braku kontaktu, o uciętych relacjach, niewysłanych listach, stłumionych słowach.
Oczywiście, że mogli zrobić to wszystko. To było w ich rękach. Nie potrafili być neutralni, nie mieli być wyłącznie przyjaciółmi, jakiekolwiek próby znalezienia wspólnego gruntu w ramach sojuszu także nie wchodziły w grę. Wzbudzali w sobie zbyt intensywne, nazbyt skrajne emocje. Jednakże dokładnie tak jak powiedziała to Flo: mogli nadal dystansować się od siebie, ponosząc koszty tej decyzji, zachowując się wbrew tej więzi, na sam koniec dnia będąc kurewsko nieszczęśliwi.
Tylko po co? Tak, dotarło to do niego. Nie zamierzał dłużej iść w narrację, która cholernie ich oboje krzywdziła. Wbrew pozorom, potrafił zmienić punkt widzenia. Szczególnie, gdy gdzieś pod skórą nigdy nie był przekonany do tamtej pierwotnej decyzji, gdy z tyłu głowy zawsze wiedział, że jest niewłaściwa.
- Tak. Tak brzmi lepiej. Zawsze będzie - przyznał, przesuwając powoli kciukiem po wierzchu dłoni dziewczyny, przenosząc spojrzenie na ich splecione palce i wpatrując się w nie przez dłuższą chwilę, zupełnie bez słowa. - Los bywa przekorny, nie sądzisz? To samo chyba tyczy się przeznaczenia - stwierdził w zamyśleniu, nieznacznie marszcząc przy tym brwi, gdy wreszcie ponownie otworzył usta. - Myślisz, że coś cię nie dotyczy, więc żyjesz po swojemu przez wiele lat. Przez dekady. Tylko po to, by jedna noc zmieniła wszystko. Zupełnie bez pytania - kontynuował cicho, bezwiednie przenosząc wzrok na horyzont.
Tam, gdzie jeszcze kilka minut wcześniej błyszczały pióropusze fajerwerków. Teraz niebo było ciemne. Przez chmury nie dało się dostrzec zbyt wielu gwiazd. Światło księżyca przebijało się na chwilę, aby zaraz ponownie zniknąć, ale ta noc i tak była zadziwiająco jasna. Spokojniejsza i bardziej senna niż mógłby założyć po początku wieczoru.
- A potem? Nawet nie wiesz, kiedy to się dzieje. Po prostu... ...budzisz się któregoś dnia i jest inaczej - to była dziwna konkluzja.
Nie pierwsza, jaką miał na ten temat. Z pewnością nie ostatnia, skoro mieli spędzić ze sobą resztę życia. Po prostu dziwna, osobliwie niewymuszona. Nie taka, z jaką należałoby walczyć. Już nie, nie teraz. Teraz zwyczajnie była. Niemalże tak samo fizycznie namacalna jak dotyk dłoni dziewczyny pod jego palcami. Ciepła i naturalna myśl o tym, że nie w ten sposób planował przeżyć swoje życie, gdy dorastał. Przez praktycznie dwadzieścia pięć lat przyjmował za pewnik to, że nie znajdzie się tu i teraz. Nie odda nikomu tej władzy, jaka sama wyślizgnęła mu się z palców. Podświadomie oddał ją tej jednej jedynej osobie. I ani trochę tego nie żałował.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down