Istniały w ogrodzie Maida Vale kwiaty tak osobliwe, egzotyczne wręcz, które bez opieki ciotki Lorelei nie przetrwałyby nawet jednego sezonu. Pieczołowicie pielęgnowane pod secesyjnymi witrażami w kolorach orientu, onieśmielały swoim pięknem. Choćby takie Sirenelle. W naturze porastały wystające ponad fale formację skalne, rozsiane po prawie całym morzu Karaibskim. Kwiaty o smukłej łodydze i zakończone kielichem o półprzezroczystych płatkach, kwitły tylko przy dźwiękach śpiewu syren, stąd najprawdopodobniej ich nazwa. Roślina ta nigdy nie miała prawa znaleźć się na Londyńskiej ziemi i chociaż była niemalże w jego centrum to nigdy nie będzie jej dane poczuć, jak smakuje brudny deszcz nad Tamizą. Matka widząc ten arogancki ruch Lestrangów, wbrew naturalnemu porządkowi musiała być poirytowana. Louvain z szyderczym uśmiechem wspominał momenty jak przyprowadzał na nocne schadzki młode, obiecujące solistki z The Globe. Sugerował, że powinny zaśpiewać swoje ulubione partie wokalne dla florystycznej publiki. Z radością karmił swoją dwulicowość widokiem, kiedy kwiaty marniały i chowały się w liściach na dźwięk ich głosu, a w oczach śpiewaczek gasła nadzieja i pewność siebie.
Dlatego pośród dzikiej natury nie czuł się tak swobodnie, jak wśród tej ogrodowej, obok której dorastał. Ta do której przywykł miała za zadanie wyłącznie ślicznie wyglądać i właściwie być tylko przyjemnym tłem do spędzania wolnego czasu. Dlatego nie tak chętnie opuszczał miejskie zabudowy. Z drugiej strony Knieja wydawała się bardziej przystępna niż nawiedzony Las Wisielców. Jednak nawiedzony las spełniał głównie potrzebę odkrywania tajemnicy niż kontakt z przyrodą. Przelatując nad starymi i prastarymi dębami, nie dało się nie zauważyć, że i tutaj operacja Emberfall zostawiła swoje znamiona. Jakimś dziwnym trafem tym razem Lestrange nie wykrzywiał ust w ironiczny grymas. Jakby kawałek larum wkradł się w jego myśli, a te niespokojnie krążąc po głowie ściągały jego brwi ku sobie. To gdzieś w tych okolicach, raczej niedaleko, była przecież polana ognisk. Tam gdzie ściągnął wianek z pala dla Cynthii. I dokładnie tam gdzie Voldemort zabrał go w podróż do Limbo skąd przyniósł ze sobą ten jebany chłód. Ciężko po czymś takim nie odczuwać chociaż odrobiny trwogi w ukrytą prastarą magię tego miejsca.
Powoli zaczynał już powątpiewać w skuteczność swoich poszukiwań, kiedy ni z tego, ni z owego dostrzegł kawałek jakby ludzkiej sylwetki spomiędzy dębowych liści. Zatrzymał się i spojrzał dokładniej. Prawie by mu umknęła w swojej butelkowej sukni, nie odróżniając jej od kolejnego skupiska dębowiny. Pochylił się nad trzonkiem miotły, łokciami przylegając do miotłowego kija. Dostrzegł ją, a ona jego. Nie usłyszał zaproszenia, ale skoro zaakceptowała jego obecność, wracając szybko do swojego zajęcia, obniżył lot i w końcu postawił oba buty na leśnej ściółce. Nie odezwał się od razu. Rozumiał, że rozlegle panująca tu cisza miała swoje uwarunkowania. Głównie tym, że żadne obce pierdolenie nie zajmowało jej miejsca. Stał tak, opierając się o miotłę w milczeniu. Czekał chwilę, może dwie, jak ten czarny kot na skraju ganku, mrużąc oczy dając sobie i gospodyni chwilę na oswojenie się ze wzajemną obecnością.
Kiedy uznał to za odpowiednie wykonał pierwsze kroki. Nie było ich zbyt wiele, bo opierzone dwunogi oblepiły go spojrzeniem. Zatrzymał się kiedy wszystkie dzioby ze stadka ukierunkowały się na niego. Ostatnimi czasy stał się podwójnie podejrzliwy wobec ptactwa, bez znaczenia czy latało czy nie. Dalej zostawiało fekalia. Ich wybudzoną czujność potraktował jak granicę dobrego smaku, gdzie nie powinien podchodzić bliżej. Spojrzał więc na jedyną osobę, poza samym sobą, z którą mógłby się porozumieć słowami które oboje znali.
- Gdyby dąb miał więcej taktu, sam zniżyłby się w ukłonie przed swoją opiekunką. Zasugerował z lekkim uśmieszkiem pod ustami, ironicznie sugerując, że rozumie co tutaj robi, a to co robi ma odpowiednie znaczenia. Sam gdyby miał więcej taktu, przeprosiłby za naruszanie spokoju, zapytałby o chwilę czasu dla niego, poprosił i podziękował. Gdyby miał. Ale grzeczność uwłaczała jego podłości, jeśli sytuacja absolutnie tego nie wymagała.
- Draconis przesyła pozdrowienia. Dodatek małego kłamstwa na sam początek znajomości wzbogacał kulturę bakteryjną. Zresztą nie było się o co obrażać, bo to dopiero pierwsze takie i do tego bardzo naprawdę niewielkie. Rowle żadnych pozdrowień nie przesyłał, a w dodatku nawet nie był pomocny. Na szczęście Louvain w swoim wyuzdanym zwyczaju miał dość dobrą pamięć. I dzięki niemu miał teraz pewność, że kształtem sylwetki, a nawet ruchem bioder idealnie naśladuje uzdrowicielkę z Ataraxii, albo po prostu nią jest. Niemniej jednak w ten sposób chciał zasugerować, że mają coś wspólnego, w tym znaczeniu, że kogoś. Że jest spowinowacony z osobą w kryzysie zrogowacenia, którą oboje zdążyli poznać od tej konkretnej strony. Śmierciożerczej strony.