27.07.2025, 21:16 ✶
Zachichotał na słowa o Lauretcie. Była jego kuzynką, była doskonałą baletnicą i obiektywnie rzecz biorąc, nie można było odmówić jej urody (czego nie zamierzał absolutnie przyznawać w rozmowie z inną kobietą, nie był aż taki głupi). Szczupła jak trzcina, pełna gracji, silna jak witki wierzby bijącej…
I podobnie bolesna przy bliższym poznaniu.
- Taaak, Lauretta, przy całym swoim talencie, ma trudny charakter. Nie mogę doczekać się tańca z nią, ale ten cięty język… - pokręcił głową z porozumiewawczym uśmiechem - Hej, może chciałabyś… - nie dokończył, bo w tym momencie zostali zauważeni - a on właściwie wręcz zaatakowany przez najbardziej rudą i najmniej selwynową z kuzynostwa Selwynów.
Nie spodziewał się tutaj Mony, a już w ogóle nie spodziewał się bycia posądzonym o stosowanie przemocy wobec kobiet. On?! Bez... wcześniejszej zgody?! Zatchnął się scenicznie, głośno, i, z oburzenia zapominając na sekundę o obecności węża, przysunął się z powrotem do Mathildy, bliski otoczenia jej ramieniem, powstrzymany jedynie przez bliskość Artemisa. Spojrzał na kuzynkę - na tancerkę - z powrotem na kuzynkę - z wyrazem skrzywdzonej niewinności, doskonale powielając wcześniejszą minkę kopniętego szczeniaczka, którą poczęstowała go Mathilda - oczy okrągłe jak dwa galeony, usta rozchylone w niemym przerażeniu, oszczędził im jedynie drżącego podbródka i łez, ale pewnie i to dałby radę z siebie wycisnąć.
- Och, Mona… Nie rozumiem, jak możesz posądzać mnie… o… o… - zaciął się, jakby nawet nie chciało mu to przejść przez gardło - Mathilda, przecież ja… - zwrócił na nią bezradny wzrok, ale tancerka ubiegła go - pełna czułości i tak słodka, jakby stowarzyszenie czarodziejskich dentystów płaciło jej pod stołem procent od założonych plomb.
”Zrobiło mi się ciut słabo…” - że… co?
Technicznie może i była to prawda, ale wykręcona i przycięta tak, że trzeba było mocno zmrużyć jedno oko, a potem jeszcze drugie, żeby ją rozpoznać. Quirrell nawet nie mrugnęła. Czemu ta mała nie została aktorką?
Nieważne, jeżeli miało go to uratować przed niezasłużoną awanturą starszej kuzynki, był gotów zagrać w tym przedstawieniu. Jego dłoń jednak opadła na ramię dziewczyny i ścisnęła je lekko z wdzięcznością. Uśmiechnął się do niej z ulgą.
- Nigdy nie uderzyłbym kobiety, no chyba, że w plecy, jakby się krztusiła! - i wtedy dotarło do niego coś jeszcze. “Mo”? Buziak w nos? - Chwileczkę, wy się znacie?
I podobnie bolesna przy bliższym poznaniu.
- Taaak, Lauretta, przy całym swoim talencie, ma trudny charakter. Nie mogę doczekać się tańca z nią, ale ten cięty język… - pokręcił głową z porozumiewawczym uśmiechem - Hej, może chciałabyś… - nie dokończył, bo w tym momencie zostali zauważeni - a on właściwie wręcz zaatakowany przez najbardziej rudą i najmniej selwynową z kuzynostwa Selwynów.
Nie spodziewał się tutaj Mony, a już w ogóle nie spodziewał się bycia posądzonym o stosowanie przemocy wobec kobiet. On?! Bez... wcześniejszej zgody?! Zatchnął się scenicznie, głośno, i, z oburzenia zapominając na sekundę o obecności węża, przysunął się z powrotem do Mathildy, bliski otoczenia jej ramieniem, powstrzymany jedynie przez bliskość Artemisa. Spojrzał na kuzynkę - na tancerkę - z powrotem na kuzynkę - z wyrazem skrzywdzonej niewinności, doskonale powielając wcześniejszą minkę kopniętego szczeniaczka, którą poczęstowała go Mathilda - oczy okrągłe jak dwa galeony, usta rozchylone w niemym przerażeniu, oszczędził im jedynie drżącego podbródka i łez, ale pewnie i to dałby radę z siebie wycisnąć.
- Och, Mona… Nie rozumiem, jak możesz posądzać mnie… o… o… - zaciął się, jakby nawet nie chciało mu to przejść przez gardło - Mathilda, przecież ja… - zwrócił na nią bezradny wzrok, ale tancerka ubiegła go - pełna czułości i tak słodka, jakby stowarzyszenie czarodziejskich dentystów płaciło jej pod stołem procent od założonych plomb.
”Zrobiło mi się ciut słabo…” - że… co?
Technicznie może i była to prawda, ale wykręcona i przycięta tak, że trzeba było mocno zmrużyć jedno oko, a potem jeszcze drugie, żeby ją rozpoznać. Quirrell nawet nie mrugnęła. Czemu ta mała nie została aktorką?
Nieważne, jeżeli miało go to uratować przed niezasłużoną awanturą starszej kuzynki, był gotów zagrać w tym przedstawieniu. Jego dłoń jednak opadła na ramię dziewczyny i ścisnęła je lekko z wdzięcznością. Uśmiechnął się do niej z ulgą.
- Nigdy nie uderzyłbym kobiety, no chyba, że w plecy, jakby się krztusiła! - i wtedy dotarło do niego coś jeszcze. “Mo”? Buziak w nos? - Chwileczkę, wy się znacie?