28.07.2025, 22:40 ✶
Jej sylwetka wypaliła się na jego powiekach żarem toksycznego przywiązania. Gdy odchodził do krainy Morfeusza, a ciężkość eliksiru opadała wodospadem na spięte ramiona, rozkruszała krawędzie skał, przecierała granice światów, sięgając wiecznie czujnego umysłu, wracał myślami do wilgotnego lata w Wiltshire i złośliwych nut w jej śmiechu; niepewność i napięcie towarzyszące marzeniom sennym wybudzały przedwcześnie lub żelaznym uściskiem przyszpilały do materaca, zawiązując na szyi śnieżnobiałe pętle z pościeli. Eden była jego częścią, najbardziej znaną i obcą, nienawidził siebie tak samo, jak nienawidził jej - byli jednością, spętaną nicią Mojr; tępe ostrza skamieniałych nożyczek, którymi starał się ją przeciąć wciąż rzęziły na dnie najskrytszych koszmarów. Płaszcz, jak zjawa, okalał ciało Lorraine, ściągając go, czuł jakby kuzynka objawiała mu się w prawdziwym obliczu, bez ciężkiego oddechu Pani Lestrange na karku. Wysłużony materiał wygładzonej do perfekcji wełny odcisnął się na duszy wspomnieniem, które Elliott musiał z siebie wydobyć, złapać za wnętrzności i zaprezentować oczom Lorraine.
Chłód rozgrzewanych ciałem sygnetów zadzwonił głośniej, niż kiedykolwiek, gdy bicie dzwonów w rodzinnej kaplicy wydało się nieokiełznanie blisko; na ułamek sekundy elegijny błękit tęczówek Lorraine pokrył go swą spostrzegawczością aż po czubek głowy. Bijąca od kuzyki przed laty dziecinna niewinność wyparowała, nie było w tym nic zaskakującego, w końcu była już dorosłą kobietą, ale coś w tym uczuciu powodowało, że Elliott czuł niepokój. Sięgał dłonią w głąb sadzawki zakrytej rzęsą i dotykał pokrytych wilgotnymi roślinami kamieni, z pozoru wszystko było w porządku, ale zmysły nakazywały być czujnym, jakoby z mułu miały wynurzyć się jadowite insekty. Nie uważał, aby Nokturn był zepsuciem kuzynki, wręcz odwrotnie, w niezrozumiały dla niego sposób trzymał ją przy zmysłach, które przywracały jej ciału równowagę. Odczuł ból straty, empatię, na które w swojej codzienności nie miał miejsca, które w swoim ledwie trzydziestoletnim życiu zaczął rozumieć dopiero z przyjściem na świat Nicholasa i jego białej, niezapisanej tabliczki przeżyć, którą chronił przed tym, co dotknęło ich wszystkich; w ciemności próbowali odnaleźć swoje człowieczeństwo, ale natrafiali jedynie na chłodny marmur zaklętych w rodzinnym grobowcu posągów.
'Dobrze cię widzieć, Elliottcie', usłyszał i mimowolnie przymknął zmęczone powieki.
Złośliwy, dziewczęcy chichot przerodził się w ciężki, niski zgrzyt ojczystych strun głosowych. To on był kością ich niezgody, podlewając potrzebę miłości swojej paroletniej córki benzyną nienawiści, rzucał zapałką podpalając wiążące ich z Eden wspomnienia; Fortinbras był przeszkodą i problemem. Był też potęgą, wiążącą liną, bez której okręt zaginąłby na szalejących falach przestworza nieznajomych wód.
Szczerość słów Lorraine przesiąknęła przez barierę ochronną i osiadła na świadomości Elliotta. Z melodyjnością jej głosu, przyszło wspomnienie spięcie drobnych pleców w wieczorowej sukience, gdy lata temu grała wesołą, zazwyczaj pustą melodię, by zabawić podwieczorkowe hulanie starszyzny.
'Zagraj coś weselszego, Lorraine, moja droga', piała Eleonora, dolewając kolejne bąbelki do przyszłego uzależnienia okalanego kryształem ciężkiego kieliszka.
Dopiero, gdy świece traciły swój frywolny blask, a cienie rodzinnych popiersi padały na granice posadzek i perskich dywanów, rumieńce na twarzy Pani domu dotykały chłodu wykrochmalonej pościeli, drzwi do pokoju muzycznego pstrykały w rytm zaklęcia wygłuszającego. Pamiętał wieczory, które spędzali w posiadłości, ona na graniu, on na spoglądaniu w tańczące na freskach sufitu światło księżyca, bardzo wyraźnie. Było ich niewiele, ale chłód całkowitej ciemności, który spowijał spędzany w rodzinnej posiadłości czas bez rozbrzmiewającej nostalgii wydawał mu się rozmywać, znikać pod naporem intymności fortepianu; tych pare nocy wyryło się w jego pamięci wyraźnymi barwami późnej pory, przygaszało nieprzyjemne podrygi traumatycznych słów Fortinbrasa. Muzyka niemo czesała trawy szargane wiatrem za posiadłością, a wraz z młodością, zniknęło wytchnienie, acz nigdy nić porozumienia - może nie tak silna jak ta, łącząca go z Eden, ale o wiele przyjemniejsza w dotyku, pewniejsza przy zaciskaniu na niej dłoni. Wspomnienia lubiły zwodzić, ale Elliott miał nadzieję, która przyświecała mu wśród gasnących świec chęci brnięcia dalej.
- Był ojcem, którego potrzebowałem - przekraczając granicę pomieszczenia, skórzana podeszwa zderzyła się z chłodną, skalną posadzką, gdy otworzone przed chwilą przejście, zamknęło się za jego plecami, pozostawiając ich w całkowitej ciemności.
- I pogrążony w ciemności, zbyt długo zajęło mi zrozumienie, że bez niej, nie istniałoby światło - wraz z kolejnymi słowami Elliotta odbijających się echem w chłodnej wilgoci pomieszczenia, ożywały unoszące się nad żeliwnymi, krętymi schodami świece, rzucając majaczący półmrok na ich zdobne grawerowania.
Podążył za Lorraine, w dźwięk stukających o materiał stopni obcasów ich butów.
- Jedyne, czego żałuje, a czego już nie zmienię, to fakt, że ojcostwa dziadka zabrakło dla Eden. Matczynej troski nie doświadczyliśmy w ogóle, choć z jej opowieści może wynikać inaczej, jeżeli jakimikolwiek się z tobą dzieliła. Przelewanie na dziecko goryczy swojego nieudanego związku nie ma nic wspólnego z miłością. Absolutnie idiotyczne, że nie potrafię powiedzieć matce tego w twarz, ale cóż by to zmieniło? Wiara w zrozumienie odczuwania bólu, smutku czy radości wiąże się w tej rodzinie z podpisywaniem na siebie wyroku, więc ukrywany swoje uciechy w podziemnych grobowcach przeszłości - patetyczność jego wypowiedzi wydawała się drążyć tunel, którym schodzili w głąb.
Gdy dotarli do obłożonej drewnem piwniczki, pomieszczenie wydało się niewielkie, dopóki nie weszli głębiej, gdzie rzędy regałów z książkami tworzyły swą liczbą iluzję lustrzanego odbicia. Szum wodospadu wypełnił pomieszczenie oraz ich uszy. Odgłos ciężkiej wody odbijał się echem od mosiężnych rogów regałów podziemnej biblioteki, gdy stawiali pierwsze kroki na deskach posadzki oświetlanej naturalnym światłem słonecznym. Nienaturalność tropikalnego gorąca harmonizowała się z wilgocią ukrytej pod szkocką chatką ostoi. W jasnych promieniach padających na grzbiety znajdujących się nieopodal tomów, dało dostrzec się tytuły mugolskich książek. Wbudowane w dziuplę okna, stało biurko z typowo biurową, zielono-mosiężną lampką oraz zakątek z kanapą, ekwipunkiem do zaparzania herbaty i niewielki barek wraz z potrzebnym szkłem.
- Wodospady Nohkalikai w Cherrapunji, w Indiach. Widok z posiadłości, w której dziadek spędził sporą część życia. Miejscowe legendy utożsamiają go z samobójstwem. Podobno kobiety ze znanych, indyjskich rodzin kończyły swoje życia, po tym jak dotknęła je tragedia i traciły zmysły. Do teraz nie jestem pewien, czy ten widok miał być przestrogą czy kierunkowskazem - uniósł jeden kącik ust do góry, widocznie żartując, choć zapewne odrobinę niesmacznie, biorąc pod uwagę, że tragedii w ostatnich latach mieli w rodzinie zapas. Odnosił się również do korespondencji, którą wysłała mu kuzynka w dniu urodzin.
- Jeżeli szum wody ci przeszkadza, mogę zasłonić okno. Usiądź. Chcesz napić się herbaty? Wina? Czegoś mocniejszego? Wody? - zapytał, choć widać było, że nie tylko dlatego, iż wypadało.
- Zanim dotrę do sedna naszego spotkania, muszę cię poprosić, abyś opowiedziała mi o płonącym Londynie. Każdy szczegół może być istotny. - poinstruował i była to pierwsza wypowiedź, w którą zaangażował stanowczość.
Chłód rozgrzewanych ciałem sygnetów zadzwonił głośniej, niż kiedykolwiek, gdy bicie dzwonów w rodzinnej kaplicy wydało się nieokiełznanie blisko; na ułamek sekundy elegijny błękit tęczówek Lorraine pokrył go swą spostrzegawczością aż po czubek głowy. Bijąca od kuzyki przed laty dziecinna niewinność wyparowała, nie było w tym nic zaskakującego, w końcu była już dorosłą kobietą, ale coś w tym uczuciu powodowało, że Elliott czuł niepokój. Sięgał dłonią w głąb sadzawki zakrytej rzęsą i dotykał pokrytych wilgotnymi roślinami kamieni, z pozoru wszystko było w porządku, ale zmysły nakazywały być czujnym, jakoby z mułu miały wynurzyć się jadowite insekty. Nie uważał, aby Nokturn był zepsuciem kuzynki, wręcz odwrotnie, w niezrozumiały dla niego sposób trzymał ją przy zmysłach, które przywracały jej ciału równowagę. Odczuł ból straty, empatię, na które w swojej codzienności nie miał miejsca, które w swoim ledwie trzydziestoletnim życiu zaczął rozumieć dopiero z przyjściem na świat Nicholasa i jego białej, niezapisanej tabliczki przeżyć, którą chronił przed tym, co dotknęło ich wszystkich; w ciemności próbowali odnaleźć swoje człowieczeństwo, ale natrafiali jedynie na chłodny marmur zaklętych w rodzinnym grobowcu posągów.
'Dobrze cię widzieć, Elliottcie', usłyszał i mimowolnie przymknął zmęczone powieki.
Złośliwy, dziewczęcy chichot przerodził się w ciężki, niski zgrzyt ojczystych strun głosowych. To on był kością ich niezgody, podlewając potrzebę miłości swojej paroletniej córki benzyną nienawiści, rzucał zapałką podpalając wiążące ich z Eden wspomnienia; Fortinbras był przeszkodą i problemem. Był też potęgą, wiążącą liną, bez której okręt zaginąłby na szalejących falach przestworza nieznajomych wód.
Szczerość słów Lorraine przesiąknęła przez barierę ochronną i osiadła na świadomości Elliotta. Z melodyjnością jej głosu, przyszło wspomnienie spięcie drobnych pleców w wieczorowej sukience, gdy lata temu grała wesołą, zazwyczaj pustą melodię, by zabawić podwieczorkowe hulanie starszyzny.
'Zagraj coś weselszego, Lorraine, moja droga', piała Eleonora, dolewając kolejne bąbelki do przyszłego uzależnienia okalanego kryształem ciężkiego kieliszka.
Dopiero, gdy świece traciły swój frywolny blask, a cienie rodzinnych popiersi padały na granice posadzek i perskich dywanów, rumieńce na twarzy Pani domu dotykały chłodu wykrochmalonej pościeli, drzwi do pokoju muzycznego pstrykały w rytm zaklęcia wygłuszającego. Pamiętał wieczory, które spędzali w posiadłości, ona na graniu, on na spoglądaniu w tańczące na freskach sufitu światło księżyca, bardzo wyraźnie. Było ich niewiele, ale chłód całkowitej ciemności, który spowijał spędzany w rodzinnej posiadłości czas bez rozbrzmiewającej nostalgii wydawał mu się rozmywać, znikać pod naporem intymności fortepianu; tych pare nocy wyryło się w jego pamięci wyraźnymi barwami późnej pory, przygaszało nieprzyjemne podrygi traumatycznych słów Fortinbrasa. Muzyka niemo czesała trawy szargane wiatrem za posiadłością, a wraz z młodością, zniknęło wytchnienie, acz nigdy nić porozumienia - może nie tak silna jak ta, łącząca go z Eden, ale o wiele przyjemniejsza w dotyku, pewniejsza przy zaciskaniu na niej dłoni. Wspomnienia lubiły zwodzić, ale Elliott miał nadzieję, która przyświecała mu wśród gasnących świec chęci brnięcia dalej.
- Był ojcem, którego potrzebowałem - przekraczając granicę pomieszczenia, skórzana podeszwa zderzyła się z chłodną, skalną posadzką, gdy otworzone przed chwilą przejście, zamknęło się za jego plecami, pozostawiając ich w całkowitej ciemności.
- I pogrążony w ciemności, zbyt długo zajęło mi zrozumienie, że bez niej, nie istniałoby światło - wraz z kolejnymi słowami Elliotta odbijających się echem w chłodnej wilgoci pomieszczenia, ożywały unoszące się nad żeliwnymi, krętymi schodami świece, rzucając majaczący półmrok na ich zdobne grawerowania.
Podążył za Lorraine, w dźwięk stukających o materiał stopni obcasów ich butów.
- Jedyne, czego żałuje, a czego już nie zmienię, to fakt, że ojcostwa dziadka zabrakło dla Eden. Matczynej troski nie doświadczyliśmy w ogóle, choć z jej opowieści może wynikać inaczej, jeżeli jakimikolwiek się z tobą dzieliła. Przelewanie na dziecko goryczy swojego nieudanego związku nie ma nic wspólnego z miłością. Absolutnie idiotyczne, że nie potrafię powiedzieć matce tego w twarz, ale cóż by to zmieniło? Wiara w zrozumienie odczuwania bólu, smutku czy radości wiąże się w tej rodzinie z podpisywaniem na siebie wyroku, więc ukrywany swoje uciechy w podziemnych grobowcach przeszłości - patetyczność jego wypowiedzi wydawała się drążyć tunel, którym schodzili w głąb.
Gdy dotarli do obłożonej drewnem piwniczki, pomieszczenie wydało się niewielkie, dopóki nie weszli głębiej, gdzie rzędy regałów z książkami tworzyły swą liczbą iluzję lustrzanego odbicia. Szum wodospadu wypełnił pomieszczenie oraz ich uszy. Odgłos ciężkiej wody odbijał się echem od mosiężnych rogów regałów podziemnej biblioteki, gdy stawiali pierwsze kroki na deskach posadzki oświetlanej naturalnym światłem słonecznym. Nienaturalność tropikalnego gorąca harmonizowała się z wilgocią ukrytej pod szkocką chatką ostoi. W jasnych promieniach padających na grzbiety znajdujących się nieopodal tomów, dało dostrzec się tytuły mugolskich książek. Wbudowane w dziuplę okna, stało biurko z typowo biurową, zielono-mosiężną lampką oraz zakątek z kanapą, ekwipunkiem do zaparzania herbaty i niewielki barek wraz z potrzebnym szkłem.
- Wodospady Nohkalikai w Cherrapunji, w Indiach. Widok z posiadłości, w której dziadek spędził sporą część życia. Miejscowe legendy utożsamiają go z samobójstwem. Podobno kobiety ze znanych, indyjskich rodzin kończyły swoje życia, po tym jak dotknęła je tragedia i traciły zmysły. Do teraz nie jestem pewien, czy ten widok miał być przestrogą czy kierunkowskazem - uniósł jeden kącik ust do góry, widocznie żartując, choć zapewne odrobinę niesmacznie, biorąc pod uwagę, że tragedii w ostatnich latach mieli w rodzinie zapas. Odnosił się również do korespondencji, którą wysłała mu kuzynka w dniu urodzin.
- Jeżeli szum wody ci przeszkadza, mogę zasłonić okno. Usiądź. Chcesz napić się herbaty? Wina? Czegoś mocniejszego? Wody? - zapytał, choć widać było, że nie tylko dlatego, iż wypadało.
- Zanim dotrę do sedna naszego spotkania, muszę cię poprosić, abyś opowiedziała mi o płonącym Londynie. Każdy szczegół może być istotny. - poinstruował i była to pierwsza wypowiedź, w którą zaangażował stanowczość.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦