28.07.2025, 23:47 ✶
Oczekiwania co do znajomości między dziewczynami — a przynajmniej ciche oczekiwania Peregrinusa — nie wynikały z niczego głębszego, rzecz jasna. Rachunek był prosty: Lyssa narzekała na nudę i brak koleżanek, a oto do Praw Czasu trafiła dziewczyna w podobnym wieku. Nadzieję, że się między nimi uda, zawsze można było mieć. To nie tak przecież, że Trelawney zamierzał na siłę zamykać je w jednym pomieszczeniu, dopóki się nie zakolegują.
Skoro raz się zgodziła, Lyssa mogła sobie kręcić nosem dowoli. Wyrok już zapadł, karty się tasowały, za późno na wycofywanie się z tego przedsięwzięcia, którego Peregrinus chwycił się w kurczowej desperacji.
Gorzej, gdy usłyszał wybrane pytanie. Zapamiętale przekładające talię palce Peregrina zwolniły — choć nie stanęły zupełnie, coby nie pozwolić, aby temat wróżenia zniknął. Pytanie było z tych, których wróż nie lubił: bo co to niby była prawdziwa miłość w gruncie rzeczy? Anam cara? Pasjonujący, pełen głębokich emocji romans, którego wspomnienie wraca do końca życia? Człowiek, z którym do śmierci dzieli się czule codzienne perypetie? Miłość koniecznie romantyczna czy najlepszy przyjaciel wart więcej niż jakikolwiek kochanek? Był Peregrinus trochę miłosnym sceptykiem — jego dusza poszukująca precyzyjnych definicji dopraszała się uściślenia prawdziwej miłości.
Nawet jednak jeśli by zaufać kartom, że one definicję znają, i o tę miłość zapytać, to była to duża rzecz, a Lyssa była…
— Wiesz, jesteś młoda. Skąd pomysł, że miałoby cię to nie czekać? — Peregrinus wszedł na pole minowe, odliczając w głowie sekundy, zanim Lyssa straci cierpliwość i przed nim wybuchnie. — Nie muszę patrzeć w karty, żeby móc się założyć o to, że spotkasz. Masz na to całe mnóstwo czasu. I co to znaczy jeszcze? Już jakąś znalazłaś? — Nie brzmiał kpiąco ani protekcjonalnie, naprawdę nie brzmiał. Stanął na głowie, aby to wyszło neutralnie, z szacunkiem, po prostu sympatycznie, uprzejme zainteresowanie, bez oceniania.
Ale w głowie swoje pomyślał.
Skoro raz się zgodziła, Lyssa mogła sobie kręcić nosem dowoli. Wyrok już zapadł, karty się tasowały, za późno na wycofywanie się z tego przedsięwzięcia, którego Peregrinus chwycił się w kurczowej desperacji.
Gorzej, gdy usłyszał wybrane pytanie. Zapamiętale przekładające talię palce Peregrina zwolniły — choć nie stanęły zupełnie, coby nie pozwolić, aby temat wróżenia zniknął. Pytanie było z tych, których wróż nie lubił: bo co to niby była prawdziwa miłość w gruncie rzeczy? Anam cara? Pasjonujący, pełen głębokich emocji romans, którego wspomnienie wraca do końca życia? Człowiek, z którym do śmierci dzieli się czule codzienne perypetie? Miłość koniecznie romantyczna czy najlepszy przyjaciel wart więcej niż jakikolwiek kochanek? Był Peregrinus trochę miłosnym sceptykiem — jego dusza poszukująca precyzyjnych definicji dopraszała się uściślenia prawdziwej miłości.
Nawet jednak jeśli by zaufać kartom, że one definicję znają, i o tę miłość zapytać, to była to duża rzecz, a Lyssa była…
— Wiesz, jesteś młoda. Skąd pomysł, że miałoby cię to nie czekać? — Peregrinus wszedł na pole minowe, odliczając w głowie sekundy, zanim Lyssa straci cierpliwość i przed nim wybuchnie. — Nie muszę patrzeć w karty, żeby móc się założyć o to, że spotkasz. Masz na to całe mnóstwo czasu. I co to znaczy jeszcze? Już jakąś znalazłaś? — Nie brzmiał kpiąco ani protekcjonalnie, naprawdę nie brzmiał. Stanął na głowie, aby to wyszło neutralnie, z szacunkiem, po prostu sympatycznie, uprzejme zainteresowanie, bez oceniania.
Ale w głowie swoje pomyślał.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie