29.07.2025, 10:33 ✶
- Och, jestem pewien, że mi to powiesz, gdy tylko nadarzy się adekwatna sytuacja - odmruknął, nawet nie kryjąc rozbawienia słyszalnego w tonie jego głosu.
Wiedział, że mówiła prawdę. Co prawda nie mógł powiedzieć, czy raczej groziła, ostrzegała, czy może obiecywała, jednakże z pewnością nie rzucała słów na wiatr. Miała wydać swój werdykt. Poniekąd nawet spodziewał się tego, co usłyszy. Przynajmniej w zakresie zwierząt chodzących na czterech nogach. W końcu słyszał to już dziesiątki, jeśli nie setki razy, nieprawdaż? Chociaż może nie? Być może miała być wobec niego trochę bardziej łaskawa? Cóż, nie miał dowiedzieć się tego teraz.
Bez wątpienia to, co usłyszałby na swój temat w zakresie przypisywania mu jeszcze innych gatunków i odmian zwierząt byłoby niezmiernie interesujące. Ani przez moment nie wątpił w to, że Geraldine nie potrzebowałaby zbyt wiele czasu, aby wydać swoją ekspercką opinię. Jak i również w to, że z pewnością miałaby naprawdę solidną garść argumentów łączących go z każdym wskazanym przez nią zwierzęciem. Tyle tylko, że na ten moment w zupełności wystarczyła mu ta ośmiornica. Szczęsna czy nieszczęsna, była w zupełności dostateczna.
Zresztą nie o tym tak właściwie chciał rozmawiać tego wieczoru. Co prawda jeszcze sam nie wiedział, w jaki sposób miała potoczyć się ich rozmowa. Owszem, robił naprawdę rozległe plany na końcówkę nocy i początek nowego dnia, jednak w żadnym ze scenariuszy nie uwzględnił siedzenia z dziewczyną w niemal zupełnych ciemnościach i wpatrywania się w horyzont.
To był piękny widok. Noc była pogodna i dosyć malownicza. Gdzieś na wrzosowiskach za ich plecami z pewnością unosiła się coraz gęstsza mgła. Księżyc wisiał wysoko na niebie, niknąc w poszarpanych chmurach. Bryza od wody była rześka, może trochę chłodna, jednak jeszcze nie nieprzyjemnie mroźna. Powietrze miało zapach kojarzący się z nadchodzącą jesienią, ale kalendarzowo nadal jeszcze mieli końcówkę lata.
Wyjątkowo ciepłego, momentami wręcz gorącego i to nie tylko z powodu pogody. Nie. Ostatnie tygodnie obfitowały w wydarzenia. Bywały trudne i chaotyczne. Łatwo było ulec wrażeniu nadchodzącego końca świata. Być może nie ostatecznej apokalipsy (choć wtedy w Londynie ludzie zachowywali się właśnie tak), lecz z pewnością rzeczywistości, którą znali. Nadchodziły zmiany. Chcieli tego czy nie, coś pękło. Coś, czego nie dało się już poskładać w jedną całość, a przynajmniej nie dokładnie tak samo jak wcześniej.
W nim także coś zaczęło kruszyć się i pękać. Z początku dosyć niezauważalnie. Choć może sam po prostu nie chciał tego dostrzegać? Z biegiem czasu nie dało się tego już jednak dłużej ukryć. Był innym człowiekiem niż kiedyś. Zmienił się, nawet jeśli wcale nie planował się zmieniać. Nie dążył już do tego, co niegdyś miało być sensem jego życia. Nie potrzebował angażować się całym sobą w to, czego tak naprawdę wcale nie chciał. Nie czuł potrzeby, aby dalej brnąć w to, co w gruncie rzeczy nigdy nie miało żadnego głębszego znaczenia.
A jednak to robił. Przez ostatnie półtora roku postępował dokładnie tak jak jego dawna wersja założyła, że będzie wyglądać całe jego dorosłe życie. Ponownie wkroczył na tę samą ścieżkę. Tyle tylko, że nie potrafił dłużej nie dostrzegać na niej tego wszystkiego, na co przed laty przymykał oczy. Szedł przed siebie. Oczywiście, że to robił, ale czy odnajdywał się w tym wszystkim?
Przez jakiś czas usiłował twierdzić, że tak. Próbował wmawiać sobie, że to tylko kwestia ponownego wskoczenia na miotłę. Tego się przecież nie zapomina, nie? I rzeczywiście, teoretycznie dokładnie tak było. Umiał podejmować te wszystkie decyzje. Tyle tylko, że głęboko wewnątrz tak naprawdę wcale nie chciał.
Głęboko wewnątrz zdawał sobie sprawę z tego, jak dalekie w istocie to jest od tego, czego naprawdę chciał od życia.
- Wiem - nie potrzebował zbyt wiele mówić, wystarczyło tylko krótkie przytaknięcie.
Oczywiście, że tak. Jasna sprawa.
- O nie - odmruknął, teatralnie zniżając głos do ledwo słyszalnego szeptu; zupełnie tak, jakby sama myśl o kolejnej zgodzie była dla niego powodem do narastającego niepokoju.
Klątwa, tak? Nie mogli, zwyczajnie nie powinni przez cały czas zgadzać się ze sobą nawzajem. Kusili Los czy coś w tym rodzaju, prawda? Niechybnie przyspieszali bieg wydarzeń. Co prawda, nie do końca wiedzieli, jakich (no, bo Florence im tego nie powiedziała), ale jakichś z pewnością. Bez wątpienia istniało pokłosie tak głębokiej zgody, jaka pojawiła się pomiędzy nimi. No, po prostu zgroza.
- Nie zamierzasz mi tego ułatwiać - nie pytał, po prostu stwierdził fakt, unosząc przy tym brwi, wciąż z dokładnie tym samym cieniem uśmiechu na ustach. - Rozumiem - w istocie, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Yaxleyówna nigdy nie lubiła podawać mu niczego na tacy.
Tak właściwie, on sam także wolał, gdy tego nie robiła. W ostatnich dniach i tak byli wobec siebie wyjątkowo wylewni. Nie potrzebowali robić z tego swojej nowej wersji standardowego zachowania. Co prawda, mógł ją podpuszczać, co też bez wątpienia teraz robił, ale w gruncie rzeczy wcale nie potrzebował słyszeć czegoś, co było dla niego wyjątkowo jasne. Szczególnie teraz, gdy wyjaśnili sobie wiele kwestii, jakich nie poruszyli ze sobą przez wcześniejsze lata, wychodząc z założenia, że nie muszą o tym mówić. Najwyraźniej musieli. Choćby tylko ten jeden, dostatecznie jasny raz. Co prawda, rozciągający się w czasie, ale o tym mogli zapomnieć, prawda? Nie było sensu dłużej wspominać o tamtych wszystkich nie do końca przyjemnych rozmowach.
Nie, nie teraz.
- W gruncie rzeczy, mogło być gorzej - nieznacznie przekrzywił głowę, posyłając dziewczynie nieco prowokacyjne spojrzenie spod zmrużonych powiek. - Mogłaś trafić na Macmillana albo, co gorsza, na jakiegoś Croucha - no, to dopiero byłaby zgroza...
Przejebane. Bez dwóch zdań. Znając życie, Crouch-Macmillan też jak najbardziej istniał. Nie musiał tego mówić, prawda?
Wiedział, że mówiła prawdę. Co prawda nie mógł powiedzieć, czy raczej groziła, ostrzegała, czy może obiecywała, jednakże z pewnością nie rzucała słów na wiatr. Miała wydać swój werdykt. Poniekąd nawet spodziewał się tego, co usłyszy. Przynajmniej w zakresie zwierząt chodzących na czterech nogach. W końcu słyszał to już dziesiątki, jeśli nie setki razy, nieprawdaż? Chociaż może nie? Być może miała być wobec niego trochę bardziej łaskawa? Cóż, nie miał dowiedzieć się tego teraz.
Bez wątpienia to, co usłyszałby na swój temat w zakresie przypisywania mu jeszcze innych gatunków i odmian zwierząt byłoby niezmiernie interesujące. Ani przez moment nie wątpił w to, że Geraldine nie potrzebowałaby zbyt wiele czasu, aby wydać swoją ekspercką opinię. Jak i również w to, że z pewnością miałaby naprawdę solidną garść argumentów łączących go z każdym wskazanym przez nią zwierzęciem. Tyle tylko, że na ten moment w zupełności wystarczyła mu ta ośmiornica. Szczęsna czy nieszczęsna, była w zupełności dostateczna.
Zresztą nie o tym tak właściwie chciał rozmawiać tego wieczoru. Co prawda jeszcze sam nie wiedział, w jaki sposób miała potoczyć się ich rozmowa. Owszem, robił naprawdę rozległe plany na końcówkę nocy i początek nowego dnia, jednak w żadnym ze scenariuszy nie uwzględnił siedzenia z dziewczyną w niemal zupełnych ciemnościach i wpatrywania się w horyzont.
To był piękny widok. Noc była pogodna i dosyć malownicza. Gdzieś na wrzosowiskach za ich plecami z pewnością unosiła się coraz gęstsza mgła. Księżyc wisiał wysoko na niebie, niknąc w poszarpanych chmurach. Bryza od wody była rześka, może trochę chłodna, jednak jeszcze nie nieprzyjemnie mroźna. Powietrze miało zapach kojarzący się z nadchodzącą jesienią, ale kalendarzowo nadal jeszcze mieli końcówkę lata.
Wyjątkowo ciepłego, momentami wręcz gorącego i to nie tylko z powodu pogody. Nie. Ostatnie tygodnie obfitowały w wydarzenia. Bywały trudne i chaotyczne. Łatwo było ulec wrażeniu nadchodzącego końca świata. Być może nie ostatecznej apokalipsy (choć wtedy w Londynie ludzie zachowywali się właśnie tak), lecz z pewnością rzeczywistości, którą znali. Nadchodziły zmiany. Chcieli tego czy nie, coś pękło. Coś, czego nie dało się już poskładać w jedną całość, a przynajmniej nie dokładnie tak samo jak wcześniej.
W nim także coś zaczęło kruszyć się i pękać. Z początku dosyć niezauważalnie. Choć może sam po prostu nie chciał tego dostrzegać? Z biegiem czasu nie dało się tego już jednak dłużej ukryć. Był innym człowiekiem niż kiedyś. Zmienił się, nawet jeśli wcale nie planował się zmieniać. Nie dążył już do tego, co niegdyś miało być sensem jego życia. Nie potrzebował angażować się całym sobą w to, czego tak naprawdę wcale nie chciał. Nie czuł potrzeby, aby dalej brnąć w to, co w gruncie rzeczy nigdy nie miało żadnego głębszego znaczenia.
A jednak to robił. Przez ostatnie półtora roku postępował dokładnie tak jak jego dawna wersja założyła, że będzie wyglądać całe jego dorosłe życie. Ponownie wkroczył na tę samą ścieżkę. Tyle tylko, że nie potrafił dłużej nie dostrzegać na niej tego wszystkiego, na co przed laty przymykał oczy. Szedł przed siebie. Oczywiście, że to robił, ale czy odnajdywał się w tym wszystkim?
Przez jakiś czas usiłował twierdzić, że tak. Próbował wmawiać sobie, że to tylko kwestia ponownego wskoczenia na miotłę. Tego się przecież nie zapomina, nie? I rzeczywiście, teoretycznie dokładnie tak było. Umiał podejmować te wszystkie decyzje. Tyle tylko, że głęboko wewnątrz tak naprawdę wcale nie chciał.
Głęboko wewnątrz zdawał sobie sprawę z tego, jak dalekie w istocie to jest od tego, czego naprawdę chciał od życia.
- Wiem - nie potrzebował zbyt wiele mówić, wystarczyło tylko krótkie przytaknięcie.
Oczywiście, że tak. Jasna sprawa.
- O nie - odmruknął, teatralnie zniżając głos do ledwo słyszalnego szeptu; zupełnie tak, jakby sama myśl o kolejnej zgodzie była dla niego powodem do narastającego niepokoju.
Klątwa, tak? Nie mogli, zwyczajnie nie powinni przez cały czas zgadzać się ze sobą nawzajem. Kusili Los czy coś w tym rodzaju, prawda? Niechybnie przyspieszali bieg wydarzeń. Co prawda, nie do końca wiedzieli, jakich (no, bo Florence im tego nie powiedziała), ale jakichś z pewnością. Bez wątpienia istniało pokłosie tak głębokiej zgody, jaka pojawiła się pomiędzy nimi. No, po prostu zgroza.
- Nie zamierzasz mi tego ułatwiać - nie pytał, po prostu stwierdził fakt, unosząc przy tym brwi, wciąż z dokładnie tym samym cieniem uśmiechu na ustach. - Rozumiem - w istocie, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Yaxleyówna nigdy nie lubiła podawać mu niczego na tacy.
Tak właściwie, on sam także wolał, gdy tego nie robiła. W ostatnich dniach i tak byli wobec siebie wyjątkowo wylewni. Nie potrzebowali robić z tego swojej nowej wersji standardowego zachowania. Co prawda, mógł ją podpuszczać, co też bez wątpienia teraz robił, ale w gruncie rzeczy wcale nie potrzebował słyszeć czegoś, co było dla niego wyjątkowo jasne. Szczególnie teraz, gdy wyjaśnili sobie wiele kwestii, jakich nie poruszyli ze sobą przez wcześniejsze lata, wychodząc z założenia, że nie muszą o tym mówić. Najwyraźniej musieli. Choćby tylko ten jeden, dostatecznie jasny raz. Co prawda, rozciągający się w czasie, ale o tym mogli zapomnieć, prawda? Nie było sensu dłużej wspominać o tamtych wszystkich nie do końca przyjemnych rozmowach.
Nie, nie teraz.
- W gruncie rzeczy, mogło być gorzej - nieznacznie przekrzywił głowę, posyłając dziewczynie nieco prowokacyjne spojrzenie spod zmrużonych powiek. - Mogłaś trafić na Macmillana albo, co gorsza, na jakiegoś Croucha - no, to dopiero byłaby zgroza...
Przejebane. Bez dwóch zdań. Znając życie, Crouch-Macmillan też jak najbardziej istniał. Nie musiał tego mówić, prawda?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down