29.07.2025, 18:22 ✶
- Oczywiście. Jakżebyś miała - nie mógł nic poradzić na to, że mimowolnie drgnęły mu kąciki ust.
W końcu oboje zdecydowanie zdawali sobie sprawę z tego, że słowa rzucane na wiatr najczęściej wracały pod postacią zaostrzonego, mocno siekającego bumerangu. Nie dało się nie zauważyć, że pochopne zapewnienia niemalże nigdy nie przynosiły nic dobrego ludziom, którzy nie dbali o to, aby ich czyny i słowa szły w parze. Deklaracje składane bez pokrycia najczęściej obracały się przeciwko tym, którzy bez zastanowienia szastali swoim dobrym imieniem. Zdecydowanie miały tendencję do powracania do ich twórców w najbardziej nieoczekiwanym momencie i działania na ich niekorzyść. To była niemal odwieczna prawda i reguła.
A jednak wciąż nie każdy zwracał na to uwagę. W zbyt wielu przypadkach ktoś szczekał dla samego szczekania. Wyrzucał z siebie kolejne zdania, nie myśląc o przyszłości, nie mając żadnych konkretnych zamiarów prócz tymczasowych gróźb albo obietnic. Tego wieczoru poniekąd widzieli to po raz kolejny. Tym razem w wykonaniu człowieka, który nader wszystko nie powinien pozwolić sobie na to, aby zachowywać się w ten sposób.
Nie wtedy. Nie tam. Mimo to, czasu nie dało się cofnąć. Zresztą, czy gdyby mogli wpłynąć na przebieg tamtej sytuacji, nie dopuszczając Romulusa do przegięcia, cokolwiek by im to dało? A może wyłącznie odwlekliby to wszystko do kolejnego dnia? Do następnego poranka? Daliby sobie godzinę spokoju więcej? Czas na to, aby zdążyć upić się i zacząć świętować?
Ambroise nie lubił spekulować w ten sposób. Nie był typem człowieka, który zastanawiałby się nad każdym a co by było, gdyby. Nie chciał tego robić. Tym bardziej, że przez ostatnie dwa lata zdarzało mu się uciekać w podobne rozważania, nie mogąc spać i tylko pogłębiając swoją bezsenność.
Tak, ta noc miała być inna. Spędzana w ciepłym świetle płonącego ogniska. Wypełniona zapachem dymu i kiełbasek piekących się na patykach. Pełna pogodnych, żarliwych rozmów, stukania szklanych butelek i żartów wymienianych z przyjaciółmi. Miał być też mięsny jeż. Ich osobista, nieco pokraczna wersja ciasta.
Jednakże wcale nie żałował tego, że nie może cofnąć się w czasie i udaremnić Potterowi zniszczenia tamtych planów. Już nie. Zresztą, przecież nigdy nie był typem człowieka, który długo zionąłby gniewem. Oczywiście, gdzieś tam nadal był poirytowany, ale niemal tak samo szybko jak pękł, tak samo otrzeźwiał.
Potrzebował tego spaceru, ciszy towarzyszącej siedzeniu z Geraldine na skałach. Tej atmosfery, jaka powoli na powrót zapanowała dookoła nich. Nie musieli skupiać się na tym, co miało miejsce kilka godzin wcześniej. Zamiast tego mogli tak po prostu siedzieć nad brzegiem morza, rozmawiając w taki sposób, jakby te wszystkie sytuacje wcale nie miały miejsca.
Jeszcze niespełna tydzień wcześniej nie przewidziałby tego, że będzie im to dane. Powracając pamięcią do końcówki sierpnia, nie czuł się wtedy w ten sam sposób, co teraz. Nie miał tej wewnętrznej pewności, że cokolwiek jeszcze mogło na nich czekać, mieli sobie z tym poradzić. Nie był tak optymistyczny. Nie podejrzewałby, że pozwoli sobie na to, aby jeszcze kiedykolwiek tak po prostu kiwnąć głową, wzruszając ramionami i przyznając dziewczynie rację.
No, poniekąd przyznając.
- Ale nie powiesz, że to nie byłoby tak samo zabawne, jak fatalne - dorzucił, bo przecież sama podkreśliła mu, że ją znał.
Oczywiście, że mógł to sobie wyobrazić. To była nawet całkiem zabawna wizja. Ot, hipotetyczna, nie mająca żadnego związku z realiami, ale wciąż całkiem rozbrajająca.
- Mogłabyś teraz siedzieć przy jakimś stole, wysłuchując debaty na temat organizacji Mabon w taki sposób, aby Matka była wam najbardziej łaskawa - kontynuował, uśmiechając się pod nosem. - Ewentualnie zapoznawać się ze stertą zgłoszeń dotyczących występków popełnionych w trakcie niespełnionego końca świata - o tak, to także z pewnością byłoby dla niej wyjątkowo satysfakcjonującym zajęciem.
Viva la Wizengamot, nieprawdaż?
No, niestety traf chciał, że nie do końca, ale przecież rzeczywiście nie było tego złego (w ogóle nie było tego złego), co by na dobre nie wyszło. Miała rację. Sam też nie zamierzał narzekać.
W końcu oboje zdecydowanie zdawali sobie sprawę z tego, że słowa rzucane na wiatr najczęściej wracały pod postacią zaostrzonego, mocno siekającego bumerangu. Nie dało się nie zauważyć, że pochopne zapewnienia niemalże nigdy nie przynosiły nic dobrego ludziom, którzy nie dbali o to, aby ich czyny i słowa szły w parze. Deklaracje składane bez pokrycia najczęściej obracały się przeciwko tym, którzy bez zastanowienia szastali swoim dobrym imieniem. Zdecydowanie miały tendencję do powracania do ich twórców w najbardziej nieoczekiwanym momencie i działania na ich niekorzyść. To była niemal odwieczna prawda i reguła.
A jednak wciąż nie każdy zwracał na to uwagę. W zbyt wielu przypadkach ktoś szczekał dla samego szczekania. Wyrzucał z siebie kolejne zdania, nie myśląc o przyszłości, nie mając żadnych konkretnych zamiarów prócz tymczasowych gróźb albo obietnic. Tego wieczoru poniekąd widzieli to po raz kolejny. Tym razem w wykonaniu człowieka, który nader wszystko nie powinien pozwolić sobie na to, aby zachowywać się w ten sposób.
Nie wtedy. Nie tam. Mimo to, czasu nie dało się cofnąć. Zresztą, czy gdyby mogli wpłynąć na przebieg tamtej sytuacji, nie dopuszczając Romulusa do przegięcia, cokolwiek by im to dało? A może wyłącznie odwlekliby to wszystko do kolejnego dnia? Do następnego poranka? Daliby sobie godzinę spokoju więcej? Czas na to, aby zdążyć upić się i zacząć świętować?
Ambroise nie lubił spekulować w ten sposób. Nie był typem człowieka, który zastanawiałby się nad każdym a co by było, gdyby. Nie chciał tego robić. Tym bardziej, że przez ostatnie dwa lata zdarzało mu się uciekać w podobne rozważania, nie mogąc spać i tylko pogłębiając swoją bezsenność.
Tak, ta noc miała być inna. Spędzana w ciepłym świetle płonącego ogniska. Wypełniona zapachem dymu i kiełbasek piekących się na patykach. Pełna pogodnych, żarliwych rozmów, stukania szklanych butelek i żartów wymienianych z przyjaciółmi. Miał być też mięsny jeż. Ich osobista, nieco pokraczna wersja ciasta.
Jednakże wcale nie żałował tego, że nie może cofnąć się w czasie i udaremnić Potterowi zniszczenia tamtych planów. Już nie. Zresztą, przecież nigdy nie był typem człowieka, który długo zionąłby gniewem. Oczywiście, gdzieś tam nadal był poirytowany, ale niemal tak samo szybko jak pękł, tak samo otrzeźwiał.
Potrzebował tego spaceru, ciszy towarzyszącej siedzeniu z Geraldine na skałach. Tej atmosfery, jaka powoli na powrót zapanowała dookoła nich. Nie musieli skupiać się na tym, co miało miejsce kilka godzin wcześniej. Zamiast tego mogli tak po prostu siedzieć nad brzegiem morza, rozmawiając w taki sposób, jakby te wszystkie sytuacje wcale nie miały miejsca.
Jeszcze niespełna tydzień wcześniej nie przewidziałby tego, że będzie im to dane. Powracając pamięcią do końcówki sierpnia, nie czuł się wtedy w ten sam sposób, co teraz. Nie miał tej wewnętrznej pewności, że cokolwiek jeszcze mogło na nich czekać, mieli sobie z tym poradzić. Nie był tak optymistyczny. Nie podejrzewałby, że pozwoli sobie na to, aby jeszcze kiedykolwiek tak po prostu kiwnąć głową, wzruszając ramionami i przyznając dziewczynie rację.
No, poniekąd przyznając.
- Ale nie powiesz, że to nie byłoby tak samo zabawne, jak fatalne - dorzucił, bo przecież sama podkreśliła mu, że ją znał.
Oczywiście, że mógł to sobie wyobrazić. To była nawet całkiem zabawna wizja. Ot, hipotetyczna, nie mająca żadnego związku z realiami, ale wciąż całkiem rozbrajająca.
- Mogłabyś teraz siedzieć przy jakimś stole, wysłuchując debaty na temat organizacji Mabon w taki sposób, aby Matka była wam najbardziej łaskawa - kontynuował, uśmiechając się pod nosem. - Ewentualnie zapoznawać się ze stertą zgłoszeń dotyczących występków popełnionych w trakcie niespełnionego końca świata - o tak, to także z pewnością byłoby dla niej wyjątkowo satysfakcjonującym zajęciem.
Viva la Wizengamot, nieprawdaż?
No, niestety traf chciał, że nie do końca, ale przecież rzeczywiście nie było tego złego (w ogóle nie było tego złego), co by na dobre nie wyszło. Miała rację. Sam też nie zamierzał narzekać.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down