29.07.2025, 19:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.07.2025, 23:36 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Po prawdzie mówiąc, gdyby miał określić się jakimś słowem, sam o sobie zdecydowanie nie powiedziałby, że kiedykolwiek był przesądnym człowiekiem. Ani przez chwilę nie przeszłoby mu przez myśl, by nazwać się w ten sposób. Nawet, jeśli miał swoje dosyć specyficzne przekonania. Nawet, jeśli od czasu do czasu zdarzało mu się uznawać coś za więcej niż zwykły przypadek. Za znak od losu, życia, sił natury i tak dalej, i tak dalej. Lista opcji była dosyć długa i zawierała wiele różnych sił bądź bytów zależnych od tego, czego dotyczyła konkretna sytuacja. To wciąż nie wrzuciłby się do jednego wora z Macmillanami lub bandą wróżbitów pokroju Longbottoma czy Dolohova.
Nie musiał bowiem wszędzie dopatrywać się jakiegoś większego znaczenia. Nie wszystko miało drugie dno. Nie zawsze istniał ukryty cel wydarzeń. W przypadku pożarów, Ambroise raczej podchodził do spraw w tak zdroworozsądkowy sposób, w jaki tylko mógł to robić. Nie chciał nadmiernie wnikać w to, co było dla niego wyjątkowo przejrzyste: Voldemort i jego poplecznicy chcieli pokazać swoją siłę, próbując zasiać w ludziach jeszcze większy strach i napuścić ich na siebie nawzajem. To było coś więcej niż dotychczasowe prowokacje, to była próba sił skierowana w kontrze do Ministerstwa.
Próba przegrana przez tych, którzy mieli panować nad sytuacją. Nie był to natomiast zły omen dla niego czy Geraldine. Choć oboje byli świadkami zezwierzęconych zachowań ludzi na ulicach płonącego miasta, zostając także personalnie wciągniętymi w kilka sytuacji (między innymi zwyzywanymi i zaatakowanymi z nazwiska), nie dopatrywał się w tym niczego, prócz...
...paradoksalnie? Szczęścia. Tego, że ze wszystkich scenariuszy, jakie mogły wydarzyć się tamtego wieczoru i podczas późniejszych dni, uniknęli najgorszych możliwych emocji. Byli obok siebie, gdy to wszystko zaczęło się dziać. Rozdzielili się dopiero wtedy, kiedy wiedzieli, że muszą to zrobić. Nie musieli bać się o siebie nawzajem, szukać się pośród oszalałego tłumu. Mogli naprawdę wiele stracić, jednak los postanowił im sprzyjać.
Tylko zupełny głupiec by tego nie dostrzegał. A oni przecież nie byli ślepcami. Tak, być może popełnili kilka błędów po drodze. Możliwe, że nie musiała być ona aż tak wyboista i pełna zakrętów. Że nie potrzebowali kręcić się w kółko. Nie było powodu, aby miotać się tak bardzo jak robili to przez ostatnie tygodnie. Jednakże w tym momencie nie warto było tego roztrząsać. Nie, skoro zrobili to tuż przed samymi pożarami. Podjęli właściwą decyzję.
Jedną z wielu, jakie miały ich czekać. Nawet jeśli w dalszym ciągu potrzebowali wyjaśnić sobie część spraw, tym razem naprawdę nie czuł, aby miał podstawy wahać się przed tym. Nie chciał ważyć kolejnych słów, ślizgać się, kroczyć dookoła. Mógłby pokusić się o stwierdzenie, że chociaż już od lat znali się praktycznie z każdej możliwej strony, nigdy wcześniej nie byli ze sobą tak szczerzy. Tyle tylko, że nie potrzebował tego ponownie deklarować.
To nie były słowa, jakie musiały znów opuścić jego usta. Nie rzucił ich wtedy na wiatr. Nie miały nieoczekiwanie wrócić do niego w żaden sposób, jakiego nie chciał. Wręcz przeciwnie. Czuł się całkiem lekko z tymi hipotetycznymi scenariuszami, jakie rzucał w tej chwili w kierunku Geraldine, roztaczając przed nią wizje tego, co nigdy nie miało mieć miejsca. Żartował sobie z nich, bo nie było ku nim żadnych podstaw.
Nie tylko dlatego, że Yaxleyówna zupełnie nie pasowała do tamtych obrazków. Nie dlatego, że byli na siebie skazani. Nie dlatego, że przeznaczenia nie dało się oszukać.
Dlatego, że w jego oczach przyszłość była jasna. Prowadziła ku niej jedna droga. Nie od czasu pożarów. Nie od kilku dni czy tygodni. To nie była kwestia nagłego otrzeźwienia w obliczu żywiołu i wojny. Wiedział to od lat. Nawet, jeśli na chwilę pozwolił sobie stracić to z oczu. Tym razem nie zamierzał ponownie popełnić tego błędu.
- Wiem - nawet nie musiała mu tego mówić; oczywiście, że zdawał sobie sprawę z tego, co było jej ulubionym zajęciem. - Natomiast nic straconego, wiesz? Zawsze mogę zacząć wprowadzać cię w tajniki podatkowe dotyczące nieruchomości nad morzem. Możemy złożyć kilka skarg na kozy podchodzące nam pod dom albo beczenie owiec pod oknem o trzeciej nad ranem. Z pewnością to będzie naprawdę pasjonujące - podkreślił, starając się zrobić przy tym jak najpoważniejszą minę, nawet jeśli realnie rzecz biorąc, nie miał nic do wypasu zwierząt skutkującego ich pałętaniem się po wrzosowiskach.
Przynajmniej do czasu, gdy nie starały się nawiązywać z nim wymuszonych interakcji, bo w takim wypadku zdecydowanie wolał po prostu oddalić się w naglących go sprawach niż wdawać się w pyskówki ze starymi mugolami z okolicznych (całe szczęście odległych) gospodarstw. No, po prostu nie przepadał za parzystokopytnymi i wolał, aby pilnowały granic. Ot co.
- Nie rzuciłaś się do wody, nie próbowałaś mnie tam zepchnąć. Myślę, że ci wierzę - nie, nie narzekała.
To była naprawdę miła odmiana. W dalszym ciągu byli bardzo zgodni.
Nie musiał bowiem wszędzie dopatrywać się jakiegoś większego znaczenia. Nie wszystko miało drugie dno. Nie zawsze istniał ukryty cel wydarzeń. W przypadku pożarów, Ambroise raczej podchodził do spraw w tak zdroworozsądkowy sposób, w jaki tylko mógł to robić. Nie chciał nadmiernie wnikać w to, co było dla niego wyjątkowo przejrzyste: Voldemort i jego poplecznicy chcieli pokazać swoją siłę, próbując zasiać w ludziach jeszcze większy strach i napuścić ich na siebie nawzajem. To było coś więcej niż dotychczasowe prowokacje, to była próba sił skierowana w kontrze do Ministerstwa.
Próba przegrana przez tych, którzy mieli panować nad sytuacją. Nie był to natomiast zły omen dla niego czy Geraldine. Choć oboje byli świadkami zezwierzęconych zachowań ludzi na ulicach płonącego miasta, zostając także personalnie wciągniętymi w kilka sytuacji (między innymi zwyzywanymi i zaatakowanymi z nazwiska), nie dopatrywał się w tym niczego, prócz...
...paradoksalnie? Szczęścia. Tego, że ze wszystkich scenariuszy, jakie mogły wydarzyć się tamtego wieczoru i podczas późniejszych dni, uniknęli najgorszych możliwych emocji. Byli obok siebie, gdy to wszystko zaczęło się dziać. Rozdzielili się dopiero wtedy, kiedy wiedzieli, że muszą to zrobić. Nie musieli bać się o siebie nawzajem, szukać się pośród oszalałego tłumu. Mogli naprawdę wiele stracić, jednak los postanowił im sprzyjać.
Tylko zupełny głupiec by tego nie dostrzegał. A oni przecież nie byli ślepcami. Tak, być może popełnili kilka błędów po drodze. Możliwe, że nie musiała być ona aż tak wyboista i pełna zakrętów. Że nie potrzebowali kręcić się w kółko. Nie było powodu, aby miotać się tak bardzo jak robili to przez ostatnie tygodnie. Jednakże w tym momencie nie warto było tego roztrząsać. Nie, skoro zrobili to tuż przed samymi pożarami. Podjęli właściwą decyzję.
Jedną z wielu, jakie miały ich czekać. Nawet jeśli w dalszym ciągu potrzebowali wyjaśnić sobie część spraw, tym razem naprawdę nie czuł, aby miał podstawy wahać się przed tym. Nie chciał ważyć kolejnych słów, ślizgać się, kroczyć dookoła. Mógłby pokusić się o stwierdzenie, że chociaż już od lat znali się praktycznie z każdej możliwej strony, nigdy wcześniej nie byli ze sobą tak szczerzy. Tyle tylko, że nie potrzebował tego ponownie deklarować.
To nie były słowa, jakie musiały znów opuścić jego usta. Nie rzucił ich wtedy na wiatr. Nie miały nieoczekiwanie wrócić do niego w żaden sposób, jakiego nie chciał. Wręcz przeciwnie. Czuł się całkiem lekko z tymi hipotetycznymi scenariuszami, jakie rzucał w tej chwili w kierunku Geraldine, roztaczając przed nią wizje tego, co nigdy nie miało mieć miejsca. Żartował sobie z nich, bo nie było ku nim żadnych podstaw.
Nie tylko dlatego, że Yaxleyówna zupełnie nie pasowała do tamtych obrazków. Nie dlatego, że byli na siebie skazani. Nie dlatego, że przeznaczenia nie dało się oszukać.
Dlatego, że w jego oczach przyszłość była jasna. Prowadziła ku niej jedna droga. Nie od czasu pożarów. Nie od kilku dni czy tygodni. To nie była kwestia nagłego otrzeźwienia w obliczu żywiołu i wojny. Wiedział to od lat. Nawet, jeśli na chwilę pozwolił sobie stracić to z oczu. Tym razem nie zamierzał ponownie popełnić tego błędu.
- Wiem - nawet nie musiała mu tego mówić; oczywiście, że zdawał sobie sprawę z tego, co było jej ulubionym zajęciem. - Natomiast nic straconego, wiesz? Zawsze mogę zacząć wprowadzać cię w tajniki podatkowe dotyczące nieruchomości nad morzem. Możemy złożyć kilka skarg na kozy podchodzące nam pod dom albo beczenie owiec pod oknem o trzeciej nad ranem. Z pewnością to będzie naprawdę pasjonujące - podkreślił, starając się zrobić przy tym jak najpoważniejszą minę, nawet jeśli realnie rzecz biorąc, nie miał nic do wypasu zwierząt skutkującego ich pałętaniem się po wrzosowiskach.
Przynajmniej do czasu, gdy nie starały się nawiązywać z nim wymuszonych interakcji, bo w takim wypadku zdecydowanie wolał po prostu oddalić się w naglących go sprawach niż wdawać się w pyskówki ze starymi mugolami z okolicznych (całe szczęście odległych) gospodarstw. No, po prostu nie przepadał za parzystokopytnymi i wolał, aby pilnowały granic. Ot co.
- Nie rzuciłaś się do wody, nie próbowałaś mnie tam zepchnąć. Myślę, że ci wierzę - nie, nie narzekała.
To była naprawdę miła odmiana. W dalszym ciągu byli bardzo zgodni.
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down