• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[8.09.72] Just do what I say and I'll love you

[8.09.72] Just do what I say and I'll love you
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#4
30.07.2025, 21:24  ✶  
Strach nie był emocją mile widzianą w życiu ludzi, bo uznawano ją za słabość, a kto pozwalał sobie na takie w czasach, w których przyszło im żyć? Co zabawne, jednocześnie był to ten element, który przypominał o tym, jaką wartością było życie i jak wiele człowiek mógł znieść, aby się go kurczowo trzymać. Ostatecznie, liczyło się tylko przeżycie – dzisiejszej nocy była wielokrotnie tego świadkiem. Był to strach pospolity, unoszący się w powietrzu jak dym, który całunem otulał zdewastowany Londyn. Nie była ze strachem blisko, chociaż dogłębnie znała jego smak i goryczkę, którą pozostawia na języku. Dotychczas nie postrzegała go w sposób normalny, bo jej głowa niegdyś uznała, że nic straszniejszego w życiu już nie zobaczy, więc jakich potworów miałaby się bać? Wędrówka na krawędź budziła w niej jednak rzeczy, o których zapomniała. To był impuls, który rozlał się po ciele i którego pomimo lat przyzwyczajenia, nie mogła opanować. Zaskoczył ją samą, podobnie jak zamaskowanego czarodzieja. Pomimo jego pojawienia się, nie zamierzała dać zamknąć się w jego kajdanach, kalkulując. Przewidując. Analizując. W tym przecież zawsze była dobra, znacznie lepsza niż w dzikości i impulsywności, która zdawała się samym centrum jestestwa Lestrange'a.
Zacisnęła usta, ściągając na chwilę brwi w grymasie niezadowolenia, który przemknął na jej bladej, brudnej buzi, wywołanego określeniem, którego względem niej użył. Brakowało, tylko żeby prychnęła lub wywróciła oczami, ale zamiast tego, smukłe palce nieco ciaśniej przywarły do jasnego drewna różdżki. To, że nie była magiem bojowym i czarownicą, która lubowała się w klątwach, nie oznaczało wcale, że była bezbronna. Nie chciała przekraczać granic arkan nekromancji w obawie przed narastającym później łaknieniem, przypominającym lub też właściwie będącym odłamem czarnej magii rozlewającej się po ciele. Czasem jednak nie było wyboru. A pielęgniarki wcale nie miały takich umiejętności, jakimi szczycić się mogła Cynthia. Jedno zdanie sprawiło, że pomimo maski i głosu, doskonale wiedziała, z kim rozmawia.
Spełniał marzenia, prowadził rebelię, budował świat od nowa z gruzu i popiołu, niczym najwierniejszy sługa mesjasza czystokrwistych. Przekręciła głowę na bok, ale leniwie przesuwając po jego sylwetce spojrzeniem raz jeszcze, zmienionej przez szaty i aurę, którą emanował. Chociaż wiedziała, że to Louvain, nie opuściła różdżki. Wyprostowała się i zadarła podbródek, obserwując jak mgła i czerń rozlewa się dookoła postaci, a płomienie rozświetlają znajome lico. Odwzajemniła jego spojrzenie ze złością i nutą czegoś jeszcze, co było trudną do nazwania iskrą. Jego twarz, tak dobrze jej znana, a jednocześnie tak obca w tym kontekście. Pełna pychy, dumy, czego dopełnieniem był okrutny, chłopięcy urok, który zawsze był jego największą bronią. Patrzyła na niego, a jej umysł, zwykle tak precyzyjny i analityczny, nie potrafił złożyć w całość tego obrazu. Wiedziała o wszystkim, miała wyobrażenie, ale dostrzec to na żywo? To było inne. A to był przecież Louvain, który śmiał się z nią w klubie, któremu podała smoczą oliwę, ten, który od lat wpuszczał ją do swojego świata, krok po kroku. Jednocześnie był Louvainem z pozbawionymi jaśniejszych żyłek oczyma, pełnym mroku i szaleństwa, mającym krew na rękach. I był dumny z tego, co zrobił, emanował poczuciem wyższości. Nie mogła odwrócić wzroku.
Jego słowa, skierowane do rannego brygadzisty, były jak kolejne, precyzyjnie wymierzone ciosy. Każde z nich uderzało w fundamenty jej starannie budowanego, podwójnego życia. Doskonale wiedziała, do czego zmierzał – znała go zbyt dobrze, aby było to dla niej zaskoczeniem. Kolejna gra, która uwidocznić miała okrucieństwo i ją złamać, podporządkować. Zwilżyła wargi, czując, jak uchodzi z jej słów powietrze, a świat na chwilę jej zawirował. Sadysta, ale nie kłamca. Wpatrywała się w niego bez słowa, a każde kolejne wypowiadane przez niego sprawiało, że uciekały jej możliwości. I on wcale nie oczekiwał sukcesu, on chełpił się jej porażką.
Jego słowa odbijały się echem w jej głowie, która próbowała rozegrać partię szachów z rzeczywistością. Kolejne ruchy pionków przychodzące jej do głowy sprawiały, że je zbijał. Spojrzała na krwawiącą postać, nad którą się pochylał, opowiadając z uśmiechem. Nie była zaskoczona tym, że tyle mówił, bo on i tak nie mógł tego przeżyć, niezależnie kto będzie jego katem. Miała wrażenie, że jego występ ciągnie się godzinami, ale czas był niewdzięczny i wcale nie zatrzymywał się, gdy było to potrzebne.
Wydała z siebie westchnienie, po którym nastąpiło ciche mruknięcie i odwróciła twarz w jego stronę, odwracając spojrzenie niebieskich oczu od przerażonego mężczyzny, który chyba zgubił się w natłoku informacji. Przecież kilka minut temu mu pomogła. Jego udawane zakłopotanie, ten chłopięcy, rozbrajający gest, gdy drapał się po głowie – to było najgorsze. To było czyste, nieskrępowane okrucieństwo, zabawa jej kosztem, jej życiem, jej przyszłością. Patrzyła na niego i po raz pierwszy nie widziała w nim przyjaciela, obiektu skomplikowanych uczuć czy sojusznika. Widziała potwora, posłańca ciemności, którego sama karmiła. Coś w niej pękło, ale nie było złamane. Ta lodowa skorupa, którą otaczała się przez lata, ta fasada spokoju i kontroli – roztrzaskała się w pył. Nie było krzyku, nie było łez. Była tylko absolutna, ogłuszająca pustka. Świat skurczył się do trzech punktów: twarzy Louvaina, wykrzywionej w perfidnym uśmiechu; przerażonych oczu umierającego brygadzisty; i ciężaru różdżki w jej własnej dłoni, która nie drżała tak, jak przypuszczała, że będzie. Uniosła wolną dłoń i opuszkami palców przesunęła po jego rozgrzanym policzku.
Nie miała lepszego wyjścia. To było mniejsze zło, mniejsza tragedia, chociaż sięgająca najdalszych i najbardziej ukrytych fragmentów jej duszy.
- On ma rację. - przytaknęła w końcu, odwracając spojrzenie od śmierciożercy, a potem kucnęła i wbiła spojrzenie w twarz brygadzisty. Nie chciała go zabijać, ale nie było dla niego ratunku. Mogła jedynie okazać mu litość i zrobić to w sposób łagodny. Był przecież czyimś synem, czekał na kogoś. Nie umiała posługiwać się zaklęciami niewybaczalnymi, musiała więc sięgnąć do nekromancji, jej gałęzi przesyconej czarną magią w podobny do zaklęć sposób. Pożerający. Przypominający rozprzestrzeniającą się na duszy chorobę. - Jestem po jego stronie. I nie ma dla Ciebie ratunku, nie wrócisz dziś do domu. Przykro mi, że nie miałeś więcej czasu.
Umieranie młodych ludzi zawsze było stratą, bo mogli osiągnąć coś nowego dla całych pokoleń. Odwróciła wzrok do jego twarzy i przez chwilę przyglądała się własnym dłonią, które gdy uniosła, zadrżały lekko, jakby w proteście. Bezcelowym.
Gdy człowiek umiera, jego mózg odtwarzał sceny z jego życia i tracił poczucie czasu, dzięki czemu czasem te kilka minut, które żył po śmierci ciała, mogły ciągnąć się w zanikającej świadomości w nieskończoność i mieć inne zakończenie, niż w rzeczywistości. Jej smukłe palce przemknęły szyi brygadzisty, zaciskając się na krtani, a rdzeń różdżki został wycelowany w klatkę piersiową. Rzucała niewerbalne zaklęcie, które powoli zaczynało wprawiać jego ciało w drżenie, uwalniając spazmy i stróżkę krwi w nosa, która cieknąć coraz obficiej, barwiła również jej palce. Była chłodna na tle rozgrzanej od przebywania wśród płonących budynków skóry. Podniosła spojrzenie na jego oczy, dostrzegając panikę – bo nawet jeśli chciał walczyć, szarpać się, jej magia i kontrola nerwów mu to uniemożliwia. Nie zamierzała jednak odwracać wzroku od śmierci, której była przyczyną. Bo mogłaby go uratować, gdyby okoliczności były inne.
Postać znieruchomiała, wpatrując się pustym wzrokiem zarówno w Cynthię, jak i znajdującego się obok Louvaina, a kobieta cofnęła dłoń. Podniosła się, opuszczając luźno jasny, przepełniony magią patyk, a wolną dłonią złapała za maskę, którą mężczyzna trzymał. Przesunęła po niej zakrwawionymi palcami, a potem zacisnęła je na krawędzi, unosząc trzymany przez niego przedmiot do góry tak, aby zbliżał się do jego twarzy. Podniosła na niego wzrok, odchylając nieco głowę do tyłu, gdy już wstał, aby utrzymać złapany wcześniej kontakt.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cynthia Flint (3517), Louvain Lestrange (3192)




Wiadomości w tym wątku
[8.09.72] Just do what I say and I'll love you - przez Louvain Lestrange - 08.06.2025, 15:12
RE: [8.09.72] Just do what I say and I'll love you - przez Cynthia Flint - 08.06.2025, 21:26
RE: [8.09.72] Just do what I say and I'll love you - przez Louvain Lestrange - 17.07.2025, 21:00
RE: [8.09.72] Just do what I say and I'll love you - przez Cynthia Flint - 30.07.2025, 21:24
RE: [8.09.72] Just do what I say and I'll love you - przez Louvain Lestrange - 11.08.2025, 00:12
RE: [8.09.72] Just do what I say and I'll love you - przez Cynthia Flint - 25.08.2025, 22:58
RE: [8.09.72] Just do what I say and I'll love you - przez Louvain Lestrange - 05.10.2025, 17:31

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa