16.02.2023, 14:57 ✶
Kiedy mieszkało się na Pokątnej, sztuką było ignorować wszystkie te wydarzenia, które działy się wokół. Główne działania czarodziejskiego świata, jeśli nie dotyczyły ministerstwa, działy się właśnie tutaj na skrzyżowaniu trzech najważniejszych ulic. W miejscu, gdzie nikt nie musiał ukrywać się z tym, że potrafił czarować, tak jak wśród mugoli. Gdzie – prędzej czy później – musiał pojawić się każdy czarodziej mieszkający w Wielkiej Brytanii. Takich rzeczy, jak chociażby różdżka, nie dało się zamówić sowią pocztą. Trzeba przyjść i przetestować, czy aby na pewno nadawała się do użytku i była kompatybilna z danym czarodziejem.
Widząc reakcję przybysza, Fergus machnął swoją różdżką, uchylając nieco drzwi. O ile sam zdążył już przywyknąć do woni tych przeklętych kadzideł, tak ktoś, kto dopiero co pojawił się w środku, obrywał nimi prosto w nos jak obuchem. Drugie machnięcie przywołało dodatkowy kubek, do którego nalał kawy ze stojącego nieopodal dzbanka i przesunął napój w kierunku klienta.
- Poprzednia zaginęła czy została zniszczona? – zapytał z czystej ciekawości. Jego ojciec zawsze lubił wiedzieć, co działo się z pierwszymi różdżkami czarodziejów, zwłaszcza gdy okazywało się, że pochodziły z ich sklepu. Prowadził jakieś dziwaczne raporty, wyliczając procent zniszczeń i wypadków, by dopracowywać kolejne twory. Jeśli zbyt często ulegały samozapłonowi, rezygnował z lakieru do drewna, którego dotychczas używał. Gdy przewagą stawał się wypadający rdzeń, pracował nad grubością drewna. Na zgubienie nic jednak nie mógł zaradzić poza propozycją zakupu czujnika wykrywającego.
- Ma pan na myśli mojego ojca? – zapytał, ledwo powstrzymując się przed parsknięciem śmiechem. – Myślę, że Gareth bardziej mu pasuje, Garrick to takie przestarzałe imię – zażartował, jednocześnie poprawiając błąd przybysza. Dobrze jednak kojarzył, że Ollivanderowie w głównej mierze dobierali imiona na G, przynajmniej w tym starszym pokoleniu. Ojciec Fergusa odszedł od tej tradycji, przede wszystkim przez namowy matki, która miała swoje własne pomysły na nazwanie potomstwa. – Pochodziła od nas? Jeśli mogę zapytać, jaki rdzeń i drewno? To zdecydowanie ułatwiłoby poszukiwania nowej bez zbędnego zajmowania czasu nieudanymi próbami.
Sięgnął do górnej szuflady po jedną z magicznych miarek, którą od razu wypuścił w powietrze. Podleciała do mężczyzny, mierząc mu długość ramienia i inne parametry przydatne do doboru długości różdżki. Praktyka stosowana od lat, choć w przypadku dzieciaków nie zawsze się sprawdzała. Nigdy nie było wiadomo, na jak wysokie wyrosną, a zwykły przedmiot nie mógł tego przewidzieć. Fergus spisał sobie wszystkie centymetry z miary, zerkając do tabeli przygotowanej jeszcze przez pradziadka.
Widząc reakcję przybysza, Fergus machnął swoją różdżką, uchylając nieco drzwi. O ile sam zdążył już przywyknąć do woni tych przeklętych kadzideł, tak ktoś, kto dopiero co pojawił się w środku, obrywał nimi prosto w nos jak obuchem. Drugie machnięcie przywołało dodatkowy kubek, do którego nalał kawy ze stojącego nieopodal dzbanka i przesunął napój w kierunku klienta.
- Poprzednia zaginęła czy została zniszczona? – zapytał z czystej ciekawości. Jego ojciec zawsze lubił wiedzieć, co działo się z pierwszymi różdżkami czarodziejów, zwłaszcza gdy okazywało się, że pochodziły z ich sklepu. Prowadził jakieś dziwaczne raporty, wyliczając procent zniszczeń i wypadków, by dopracowywać kolejne twory. Jeśli zbyt często ulegały samozapłonowi, rezygnował z lakieru do drewna, którego dotychczas używał. Gdy przewagą stawał się wypadający rdzeń, pracował nad grubością drewna. Na zgubienie nic jednak nie mógł zaradzić poza propozycją zakupu czujnika wykrywającego.
- Ma pan na myśli mojego ojca? – zapytał, ledwo powstrzymując się przed parsknięciem śmiechem. – Myślę, że Gareth bardziej mu pasuje, Garrick to takie przestarzałe imię – zażartował, jednocześnie poprawiając błąd przybysza. Dobrze jednak kojarzył, że Ollivanderowie w głównej mierze dobierali imiona na G, przynajmniej w tym starszym pokoleniu. Ojciec Fergusa odszedł od tej tradycji, przede wszystkim przez namowy matki, która miała swoje własne pomysły na nazwanie potomstwa. – Pochodziła od nas? Jeśli mogę zapytać, jaki rdzeń i drewno? To zdecydowanie ułatwiłoby poszukiwania nowej bez zbędnego zajmowania czasu nieudanymi próbami.
Sięgnął do górnej szuflady po jedną z magicznych miarek, którą od razu wypuścił w powietrze. Podleciała do mężczyzny, mierząc mu długość ramienia i inne parametry przydatne do doboru długości różdżki. Praktyka stosowana od lat, choć w przypadku dzieciaków nie zawsze się sprawdzała. Nigdy nie było wiadomo, na jak wysokie wyrosną, a zwykły przedmiot nie mógł tego przewidzieć. Fergus spisał sobie wszystkie centymetry z miary, zerkając do tabeli przygotowanej jeszcze przez pradziadka.