31.07.2025, 23:50 ✶
Proszę chwileczkę zaczekać, uzdrowiciel zaraz panią przyjmie.
Minęło pięć minut. Dziesięć. Pół godziny - Dolohov szczerze straciła rachubę, w tym chórku pokasłujących głosów, które oblegały szpitalny korytarz. W normalnych warunkach jej noga w ogóle by tutaj nie postała, ale teraz w Prawach Czasu było coś takiego, że nie mogła usiedzieć na miejscu. W całym Londynie w sumie, bo miasto wciąż wydawało się przygnębione, jakby wciąż w głębokim niepokoju przez wiszące na niebie pozostałości dymnych chmur. Annaleigh była na wyciągnięcie ręki, ale gdzieś w Lyssie kryło się przekonanie, że jeśli okazała się bezużyteczna podczas pamiętnej nocy, to i teraz nie zamierzała prosić ją o pomoc. Z resztą... ostatnim razem kiedy tu była, widziała na korytarzu całkiem przystojnego lekarza i liczyła może trochę na to, że ponowne spotkanie z nim nieco odpędzi jej smutki.
Kiedy była tutaj ostatnio piętnastego lipca, zmuszona była zrywać tę okropną więź, która połowie Anglii niszczyła związki, zakładała ogrody w płucach i doprowadzała do szaleństwa. Cóż - jak się okazało, magia Beltane nie musiała na nią działać, by wszystko sypało się jej przez ręce, ale kiedy znowu udało jej się zakaszleć, szybko doszła do wniosku że może z dwojga złego, lepsza już była ta kolejka.
Ktoś trącił ją akurat, kiedy ustawiona tak by czerpać jak najwięcej światła z pobliskiego okna, przeglądała się w lusterku z puderniczki. Wyglądała jak zwykle perfekcyjnie, ze starannie ułożonymi włosami, nienachalnym makijażem i ubrana w wysokiej jakości szaty, krojone na francuską modłę - tego akurat ani razu nie rozważyła by odpuścić w nowym kraju, jakby ubieranie się w ponurą, angielską modę było dla niej wyrazem największego upadku.
Szturchnięcie wywołało kaszel, który z uporem starała się zdusić, ale niezadowolone spojrzenie i tak pomknęło na plecy wysokiego jegomościa, który ulokował się bezpardonowo przed nią. Nie zauważyła jego laski, zbyt skoncentrowana na bardzo głośnym i wymownym zatrzaśnięciu puderniczki i schowaniu jej, może wtedy dałaby Caiusowi odrobinę dobrej woli.
- Przepraszam, pan się chyba nie tyle pomylił, co pozamieniał na rozum z krową. To nie obora, żeby się wpychać przed ludzi, tu jest kolejka - powiedziała, ale tak gdzie można by się spodziewać złośliwości, zatańczył przyjemny, słodki wręcz ton głosu.
Minęło pięć minut. Dziesięć. Pół godziny - Dolohov szczerze straciła rachubę, w tym chórku pokasłujących głosów, które oblegały szpitalny korytarz. W normalnych warunkach jej noga w ogóle by tutaj nie postała, ale teraz w Prawach Czasu było coś takiego, że nie mogła usiedzieć na miejscu. W całym Londynie w sumie, bo miasto wciąż wydawało się przygnębione, jakby wciąż w głębokim niepokoju przez wiszące na niebie pozostałości dymnych chmur. Annaleigh była na wyciągnięcie ręki, ale gdzieś w Lyssie kryło się przekonanie, że jeśli okazała się bezużyteczna podczas pamiętnej nocy, to i teraz nie zamierzała prosić ją o pomoc. Z resztą... ostatnim razem kiedy tu była, widziała na korytarzu całkiem przystojnego lekarza i liczyła może trochę na to, że ponowne spotkanie z nim nieco odpędzi jej smutki.
Kiedy była tutaj ostatnio piętnastego lipca, zmuszona była zrywać tę okropną więź, która połowie Anglii niszczyła związki, zakładała ogrody w płucach i doprowadzała do szaleństwa. Cóż - jak się okazało, magia Beltane nie musiała na nią działać, by wszystko sypało się jej przez ręce, ale kiedy znowu udało jej się zakaszleć, szybko doszła do wniosku że może z dwojga złego, lepsza już była ta kolejka.
Ktoś trącił ją akurat, kiedy ustawiona tak by czerpać jak najwięcej światła z pobliskiego okna, przeglądała się w lusterku z puderniczki. Wyglądała jak zwykle perfekcyjnie, ze starannie ułożonymi włosami, nienachalnym makijażem i ubrana w wysokiej jakości szaty, krojone na francuską modłę - tego akurat ani razu nie rozważyła by odpuścić w nowym kraju, jakby ubieranie się w ponurą, angielską modę było dla niej wyrazem największego upadku.
Szturchnięcie wywołało kaszel, który z uporem starała się zdusić, ale niezadowolone spojrzenie i tak pomknęło na plecy wysokiego jegomościa, który ulokował się bezpardonowo przed nią. Nie zauważyła jego laski, zbyt skoncentrowana na bardzo głośnym i wymownym zatrzaśnięciu puderniczki i schowaniu jej, może wtedy dałaby Caiusowi odrobinę dobrej woli.
- Przepraszam, pan się chyba nie tyle pomylił, co pozamieniał na rozum z krową. To nie obora, żeby się wpychać przed ludzi, tu jest kolejka - powiedziała, ale tak gdzie można by się spodziewać złośliwości, zatańczył przyjemny, słodki wręcz ton głosu.
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.