Już miał jej tę owijającą się wokół niego rękę odepchnąć, już miał ruszyć do przodu, pozostawiając czepliwą czarownicę gdzieś w tyle, ale ta go w swoją stronę obróciła i zamarł. Serce Caiusa zaczęło rwać gdzieś do przodu pędem, niczym ptaszek zamknięty w złotej klatce, jego twarz mieniła się paletą barw, na początku był szkarłat sięgający czerwienią do samych uszu, potem przeraźliwa trupia bladość, ostatecznie koloryt zatrzymał się na czymś pomiędzy, różowości przypominającej swą barwą tą, jaka zdobiła płatki dzikiej róży. Czuł się tak, jakby został uderzony tłuczkiem wprost w splot słoneczny, nie mógł oddychać, dusił się, ON SIĘ DUSIŁ, oczywiście wszystkie te rzeczy działy się wewnątrz jego umysłu, więc poza dziwną zmianą kolorytu twarzy, czarownica nie mogła dostrzec szoku, w jakim znajdował się jego organizm, wymagało to co prawda ze strony Caiusa niesamowitego samozaparcia, ale jakoś mu się to udało.
– Panno Dolohov, Lyssa, ja - ledwo wydusił z siebie w panice, te słowa brzmiały zupełnie obco, w jego głosie nie znajdowała się ta pewność siebie z której praktycznie słyną. Był za to wstyd, bezkresny, bezgraniczny wstyd, zalewający ciało Caiusa dreszczem żenady od palców stóp aż do ciemnych kosmyków włosów.
Milczał pokornie, kuląc się w sobie, gdy z precyzją godną wyszkolonemu zabójcy, wyrzucała z siebie kolejne zarzuty pod jego adresem. Nie potrafił na nią spojrzeć, jego głowa pochyliła się do przodu w geście całkowitego poddania, a wzrok wylądował na powierzchni brudnej od napływu mnóstwa ludzi, podłogi.
– Dobrodziejko Panno Dolohov, proszę mi wybaczyć, błagam panienkę ze wszystkich swoich sił. – mówił spokojnie, subtelnie ważąc kolejne wypowiadane słowa – Me dzisiejsze zachowanie i jakże raniące słowa, nie powinny się spotkać nawet z krztyną zrozumienia, pokornie liczę jednak na dobroć panienki serca. – próbował się wytłumaczyć, ale wychodziło dość nieporadnie. Okropnie brzydziła go ta obkaszlana dłoń odziana w rękawiczkę, która powoli rozprowadzała na powierzchni jego marynarki ślinę i zarazki, i z całych sił musiał walczyć z grymasem niezadowolenia, który próbował zagościć na przepełnionej pokorą twarzy, ale w mniemaniu Burke, blondynka miała prawo, go tam nawet opluć, mogła żądać tego by padł na kolana i upokorzony błagał o wybaczenie, zgodziłby się na wszystko, byleby Francuzkę udobruchać.
– Wydarzenia ostatnich dni wprowadziły mój umysł w stan wielkiego wzburzenia i może ma panienka rację, może to ja powinienem udać się do Lecznicy Dusz, sam już nie wiem co się ze mną dzieje. – odrobinę to wszystko podkoloryzował, ale w jego głosie istniała skrucha w najszczerszej postaci. Bo co innego mu zostało, niż się ukorzyć i uzbrojonym jedynie w patetyczną przemową, liczyć na łaskę stojącej przed nim damy.
That motherfucker.
What a tool.