Miał ochotę westchnąć głośno, tak prosto z płuc, prosto z serca, bo poczuł, jak z narządu pompującego krew spada wielki kamień. Nie dostrzegał subtelnych aluzji, nie wyczuwał fałszywej słodyczy głosu czarownicy, zbyt zajęty swoim własnym tyłkiem, bo kilka minut wcześniej, jak się przed nią czerwienił to gdzieś głęboko, być może w gadzim móżdżku odpowiedzialnym za instynktowne zachowania, przeliczał straty na jakie w czasie ich kłótni się narażał. Kobiety, mężczyźni, nastolatkowie nawet dzieci plotkowali i plotki rządziły ich czystokrwistym światem. Co by sobie ludzie pomyśleli, gdyby dowiedzieli się, że on, najstarszy syn swego ojca, przyszły dziedzic rodu Burke, uważany za wyjątkowo szarmanckiego i w ogólnym rozrachunku po prostu dobrego człowieka, jedną z najlepszych partii dostępnych na rynku jest tak naprawdę burakiem? Przecież on by już więcej nie sprzedał ani biżuterii, ani zbroi, ani najdrobniejszego sztylecika, dla kogo by tworzył, dla kurew z Nokturna, a może szlamolubnych zdrajców krwi? Straszna to była wizja, najstraszniejsza z jakie mogły się zdarzyć.
Słuchał z szczerym zainteresowaniem, a pod powierzchnią skóry Burke, co jakiś czas pojawiała się jakaś chora satysfakcja – raczej niby nikomu źle nie życzył, ale nie lubił też, gdy innym powodziło się lepiej. Co prawda z opisu Lyssy nie wynikało, że Lecznice Dusz dotknęły wielkie straty, ale dla Caiusa najważniejsze było, że jakiekolwiek ich dotknęły. Cóż poradzić, był po prostu okropnym człowiekiem.
– Dziękuję za informacje, Lysso, – uniósł jedną dłoń i w geście fałszywej wdzięczności, poklepał Dolohov po dłoni, tej która zawinięta była wokół jego ramienia. Wyszło odrobinę niezgrabnie, bo pomiędzy palcami dzierżył laskę, na szczęście nie zdzielił młodej kobiety przez przypadek ani specjalnie drewnianym przedmiotem. – Moja rodzina, chyba dzięki opatrzności samego Merlina i Salazara, wyszła z pożogi bez szwanku, chociaż moja ukochana matka leży obecnie przykuta do łóżka, nie potrafiąc poradzić sobie z dolegliwościami, które wywołuje ten dziwaczny pył. Niestety, nie miałem zbyt wiele szczęścia, z rodzinnej posiadłości w Little Hangleton zostało niewiele – przez chwilę chciał powiedzieć, że przynajmniej jest bogaty i stać go na odbudowę, ale tego nie zrobił, bo przecież prawdziwy gentelmen nie chwali się w towarzystwie wielkością swej skrytki u Gringotta.
- Długo już tak tutaj czekasz? – spytał zaciekawiony, chociaż może też trochę zmartwiony, przechylając swą głowę w boku, co odmłodziło go o kilka ładnych lat. Kolejna osoba opuściła gabinet, ale razem z nią opuścił go też ubrany w zielone szaty uzdrowiciel. Otaczający ich tłum opanowały szepty, uzdrowiciel spojrzał na nich wszystkich i bez słowa ruszył gdzieś w nieznanym dla nikogo kierunku, a on tylko podążył za nieznajomym wzrokiem. Wszystko wskazywało na to, że Lyssa se jeszcze poczeka.
That motherfucker.
What a tool.