Ogrody Lestrangów nigdy nie miały na celu być czymś stworzonym dla wyższych celów. Cel był bardzo przyziemny i bardzo ludzki w swojej naturze. Zaspokojenie próżności za kwiecistą zasłoną. Chcieli uchodzić za tych którzy wkładają wiele trudu i pracy w opiekę nad czymś tak niewinnym i cudownym jak piękna roślinność. Jeszcze ta cyniczna postawa otwartości dla zwiedzających. Każdy mógł wejść i przyjrzeć się z bliska za pieniądze francuskiej emigracji magicznej florze. Czarodzieje z całego kraju mogli przychodzić, patrzeć, a nawet nieświadomie podłączyć się pod tę próżność, czując się częścią tych botanicznych zdobyczy. Wielu protestowało za polityką otwartości ogrodów, w tym i Louvain, lecz mądrzejsi decydowali. Gdyby zamknąć przed światem to śliczna laurka natury dla magicznej społeczności zamieniłaby się w burżuazyjny kaprys. Bo tym od początku do końca były ogrody Maida Vale.
Orzeźwiający była to rzecz. Słyszeć jej spokojny, stonowany głos. Pozbawiony jakiejkolwiek maniery. Mówiła bez wyuczonej powściągliwości jak bogata damulka. Mówiła bez cienia sarkazmu czy ironii chcąc podkreślić swoje poczucie wyższości. Głos tak melodyjny, że przez moment poczuł się jakby odkrył na nowo czym tak naprawdę jest człowiek. Ona po prostu mówiła, nie starając się w żaden sposób przemycić między słowami skrytych intencji. Najwidoczniej Louvain zapomniał już jak potrafią zachowywać się ludzie, bez całej tej wielkomiejskiejskich, salonowych gierek i giereczek. Powiedziałby, że nawet w pewien sposób była rozczulająca jej reakcja na niego. Taka otwarta i entuzjastyczna na nowe, jakby faktycznie cieszyła się na widok zainteresowanego nią i naturalnym otoczeniem. Taka postawa między cegłami magicznego Londynu była niczym innym jak zaproszeniem, do łatwego oszustwa czy przekrętu. Na Nokturnie nawet dzieci wiedziały, że bycie zbyt otwartym i entuzjastycznym groziło utratą sykli, nawet tych których się nie miało.
Dopiero po chwili dotarło do niego to co w ogóle do niego powiedziała. A to co powiedziała wywołało uśmiech, a nawet bezgłośny, niewielki śmiech. Zabrzmiała nieco jak pacjentka oddziału psychologicznego w Mungu. Chociaż nie. Powiedziała to bez żadnego zawahania, jakby to była najoczywistsza prawda. Nie zadrżała jej przy tym nawet brew, żaden niekontrolowany dryg, wywołany napięciem neuronowym, które towarzyszyły przy chorobach głowy. Brzmiała jak stała kuracjuszka Lecznicy Dusz ze swoim stałym uszkodzeniem mózgu. Czy za przytulanie drzew i kłanianie się im, można było dostać coś specjalnego na piątkowy wieczór? Nikt normalny kogo znał nie mówił z takim zadowoleniem o czymś tak irracjonalnym. Czy aby na pewno ta kobieta była zdrowa na umyśle? Z drugiej strony te jego chwilowe rozbawienie szybko zniknęło. Bo jej słowa coś mu przypominały. On również komuś służył. Gdyby w odpowiednie miejsca powstawiać odpowiednie rzeczowniki, były to zdania które najprawdopodobniej mogły kiedyś paść z jego ust. Czy właśnie tak brzmiał kiedy mówił o Czarnym Panu? Ta ciężkostrawna myśl na tyle sparaliżowała jego poczucie humory, że w jednej chwili wariatka Helliose, z powrotem stała się alchemiczką Helliose której właśnie szukał.
Oboje w ciągu niedługiej chwili zmienili swoje nastawienie. Jej raczkujący entuzjazm wyparował wraz z śmierciożerczym pseudonimem które do niej wymówił. Tak naprawdę nie miał pewności, że i ona zna smoczysyna od tej samej strony. Założył to sobie zuchwale w swoje głowie, ale jak widać słusznie. Zmrużył oczy, kiedy stwierdziła, że ktoś kogoś tutaj obraził. - Nie musisz być nadąsana. Odpowiedział na jej reakcję tym samym tonem, który przed momentem przemówiła do niego. Przecież nie miał złych zamiarów. Wobec niej. Przyszedł we własnej personie, bez muduru mrocznej sługi, łatwo wnioskować, że raczej chciał porozmawiać, niżeli cokolwiek innego nikczemnego, o co można było go posądzać.
- Powiedzmy, że znam Draconisa na tyle dobrze, że nie muszę go cytować. Z zadziornym uśmiechem w nieco mniej oczywisty sposób wykręcił siebie i jego z odpowiedzialności za to co nabrudziły trupie maski. Mógłby się przyznać, że to on był tym do kogo zwracali się wszyscy pozostali, to on był tym przed którym spowiadali się ze swoim wszystkich nocnych występków. Ale to byłoby próżne, wykazałby się ruchem Lestranga, a przecież nie dla siebie znowu przyszedł tutaj po proszonym. - Czarne figurki chcą byś wiedziała, że masz ich wdzięczność. Dlatego masz prawo oczekiwać nagrody, a ja nie mam prawa Ci odmówić. Rzucił nieco oschle, po chwili zastanowienia. Uśmiechnął się płasko, jakby odruchowo. Jakby nie był do końca zadowolony z tego co musiał powiedzieć, z drugiej jednak spłacając zaciągnięty nie przez siebie rachunek. I choć odrobinę udawał, myląc pozory wcale nie kłamał. Mógł przemawiać w imieniu ich wszystkich, bo do tego został właśnie wyznaczony. A spłatą wyświadczonych przysług zajmował się zwykle osobiście, nie po raz ostatni. - Jak widzisz, mnie nikt nie pytał o to co ja wolę. Niczym zmęczony posłaniec, który prawa do zmęczenia nie miał, ciągnął te swoje niedopowiedziane męczeństwo. Nikt nie pytał o to co woli, bo wszyscy dobrze wiedzieli co wybierał. Miał jednak tę sprytną przewagę, że perliczka w lokach nie wiedziała kim jest. - Czy teraz mnie widzisz?