03.08.2025, 02:27 ✶
Nie mogła się na niego tak zwyczajnie gniewać, kiedy cieszył oko. Emocje Lyssy zawsze były równie szybkie co duże, zmieniając się sprawnie niczym w kalejdoskopie przy najmniejszym nawet ruchu. Dostrzegała w tym pewną przewrotność, a czasem czuła nawet rozbawienie, szczególnie kiedy poznawała innych ludzi, cierpiących na tę samą chorobę co ona. Ci, którzy dostrzegali zbyt wiele i pamiętali za dużo, zwykle cofali się wewnątrz siebie. Stawiali wysokie ściany, robiąc z siebie samych niezdobyte twierdze, ale ona? To było trochę tak, jakby cały ten niepokój, wszystkie nadprogramowe informacje, nauczyły się znajdować ujście w najprostszy możliwy sposób - niczym rwąca rzeka przelewająca się w najdogodniejszym miejscu. Wielu zrzucało to na jej wiek i manierę rozkapryszonej dziewczyny, która urodziła się ze srebrną łyżeczką w buzi i Dolohov robiła wszystko, by podtrzymać te pozory. Bo prawda, mimo wszystko, odrobinę bodła ją między żebrami.
- Cała przyjemność po mojej stronie - zaćwierkała znowu, bo w sumie jak przystało na dziewczynę wyciągniętą z czasopism dla nastolatek, uwielbiała plotki. - Och, niezmiernie mnie to cieszy. Ale ten kaszel jest okropny, doprawdy. Mój papa też przez niego cierpi. Dobrze, że ma w rodzinie uzdrowiciela - uśmiechnęła się lekko, jakby nigdzie tutaj nie krył się problem, ale prawda była taka, że Lyssa nie wyobrażała sobie aby Vakel łatwą ręką przyjął cokolwiek od Annaleigh. Niestety, ciężko było odbudować zaufanie po dowiedzeniu się, że twoja żona poiła cię amortencją. - To jest niewyobrażalne, żeby takie porządne rodziny jak twoja, tak cierpiały - pewnie ktoś inny dowiózłby to zdanie w absolutnie uszczypliwy sposób, ale dziewczyna wydawała się całkowicie zmartwiona wieścią o tym, że rodowa posiadłość Burke się nie ostała. Bo czemu by nie miała? Lubiła Caiusa, kropka. A ludziom, których darzyła sympatią, zwyczajnie życzyła w życiu jak najlepiej, nawet jeśli kosztem innych. - Ale nie wiem czy słyszałeś już? Podobno posiadłości Ministry nie ruszył nawet najmniejszy płomyczek - ściszyła konspiracyjnie głos, bo były pewne rzeczy, które z łatwością mogły wzbudzać oburzenie i ta definitywnie do nich należała.
- Hm, trochę. Nie patrzyłam na zegarek - bo była, oczywiście, zbyt zajęta samą sobą i przeglądaniem się w lusterku. Z pewnym zniesmaczeniem powiodła spojrzeniem za lekarzem, który postanowił zrobić sobie przerwę, ale szybko na nowo skierowała swoją uwagę na Burke'a. - Okropne to w ogóle wszystko było. Wyobrażasz sobie, że ktoś oblał mnie farbą, krzycząc jakieś kocopoły, że to moja wina??
- Cała przyjemność po mojej stronie - zaćwierkała znowu, bo w sumie jak przystało na dziewczynę wyciągniętą z czasopism dla nastolatek, uwielbiała plotki. - Och, niezmiernie mnie to cieszy. Ale ten kaszel jest okropny, doprawdy. Mój papa też przez niego cierpi. Dobrze, że ma w rodzinie uzdrowiciela - uśmiechnęła się lekko, jakby nigdzie tutaj nie krył się problem, ale prawda była taka, że Lyssa nie wyobrażała sobie aby Vakel łatwą ręką przyjął cokolwiek od Annaleigh. Niestety, ciężko było odbudować zaufanie po dowiedzeniu się, że twoja żona poiła cię amortencją. - To jest niewyobrażalne, żeby takie porządne rodziny jak twoja, tak cierpiały - pewnie ktoś inny dowiózłby to zdanie w absolutnie uszczypliwy sposób, ale dziewczyna wydawała się całkowicie zmartwiona wieścią o tym, że rodowa posiadłość Burke się nie ostała. Bo czemu by nie miała? Lubiła Caiusa, kropka. A ludziom, których darzyła sympatią, zwyczajnie życzyła w życiu jak najlepiej, nawet jeśli kosztem innych. - Ale nie wiem czy słyszałeś już? Podobno posiadłości Ministry nie ruszył nawet najmniejszy płomyczek - ściszyła konspiracyjnie głos, bo były pewne rzeczy, które z łatwością mogły wzbudzać oburzenie i ta definitywnie do nich należała.
- Hm, trochę. Nie patrzyłam na zegarek - bo była, oczywiście, zbyt zajęta samą sobą i przeglądaniem się w lusterku. Z pewnym zniesmaczeniem powiodła spojrzeniem za lekarzem, który postanowił zrobić sobie przerwę, ale szybko na nowo skierowała swoją uwagę na Burke'a. - Okropne to w ogóle wszystko było. Wyobrażasz sobie, że ktoś oblał mnie farbą, krzycząc jakieś kocopoły, że to moja wina??
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.